Co tam w głowie huczy po wyjeździe

Wróciliśmy z tej Słowacji. Końcówka była wręcz niewiarygodna, bo z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Jadąc przez góry w stronę Korbielowa, zrobiło się plus jedenaście. Przede mną gazetka z marketu. Co się dziwić, że jest wyprzedaż nart. W końcu bez śniegu to te narty można sobie co najwyżej do piwnicy wsadzić.

Przygotowaliśmy się na naprawdę na wysokim poziomie. Jakby miało spaść sto centymetrów śniegu, jak teraz w Południowym Tyrolu, mieliśmy rakiety śnieżne. Moglibyśmy śmigać, jak nie przymierzając, rasowi Eskimosi.Jakby na to miał spaść zamarzający superszybko deszcz i zostawić supergrubą warstwę, mieliśmy raki. A gdyby tak nic się nie działo, to i tak mieliśmy kijki i stuptuty.

Nie działo się nic. Raz jeden, przebiegając w poprzek stoku narciarskiego na Chopoku i unikając bliskiego spotkania z parapetowcami, skacząymi po specjalnych górkach, można było żałować. Poza tym, spędziliśmy czas na pięć sposobów:

  1. Chodziliśmy po dolinkach.Ziarska cała nasza, zjechaliśmy na sankach na dół, do samego parkingu. Może trzy osoby na jednych sankach to dużo, ale dało radę.Ja już wiem, po co są sanki. Żeby mieć pretekst do wyjścia z domu i żeby dorośli też mogli mieć trochę zabawy.Kvačianska dolina zdobyta łącznie z Oblazami, gdzie dopadły nas dwa koty, łaszące się bardziej od psów. Miejsce zachwycające o każdej porze roku.
  2. Moczyliśmy tyłki w basenach.Odwiedziliśmy Tatralandię, co do której obiecuję sobie zawsze, że więcej tam nie pójdę, bo nie wytrzymam. Było „fajnie”. Rozwaliłam sobie kostium na dupie i mam dziurę. Poprzedni kostium załatwiłam w ten sam sposób na zjeżdżalni.Pojechaliśmy też do Bešeňovej. Pomijając grobowe ciemności na zewnątrz i pół godziny szukania parkingu, pomijając chore ceny, kiedy duża część basenów jest nieczynna i pomijając kilometrowe korytarze, które trzeba przejść z jednego miejsca do drugiego – było nieźle. Następnym razem trzeba jechać tam, pomoczyć się trzy godzinki TYLKO w zewnętrznych basenach, oszczędzając sobie lipnych zjeżdżalni i chlorowanej wody oraz około 10 euro na głowę.
  3. Chodziliśmy po sklepach. Ileż to ciekawostek można spotkać w zwykłym Kauflandzie czy Hipernovej. Słowackie chipsy i czekolada Studencka. Musztarda francuska Maille w kilku smakach. Włoskie karczochy w puszce. Niemieckie oryginalne żelki o wielu smakach. Herbaty Pickwick. Ach. Och. Ech. I ceny jakieś normalne.
  4. Jedliśmy dobre rzeczy. Pyszne smażone sery, zupy czosnkowe, pizze normalnie jak włoskie. Mmmmm.
  5. Spaliśmy! Tak długo to ja nie spałam daaaaaawno, daaaaawno temu. Słodkie lenistwo. Na szczęście krótko to trwało, bo ileż można.

Dwa razy byliśmy na basenach i dwa razy ze znajomymi. Śmialiśmy się, że w ramach biletu poprosimy o rodzinny – dwóch dorosłych facetów, jedna kobieta i dwie dziewczynki w wieku szkolnym. A na Słowacji jednak zniżki są jakieś chore. Żeby mieć bilet rodzinny można mieć dziecko do lat 7. Albo do 140cm wzrostu. A później co? Przestaje być czyimś dzieckiem?! Albo najlepiej mieć dziecko do lat 3 i przyjść między 18-tą a 21-ą. Paranoja.

Lubię ten kraj i jego mieszkańców, ale czasem zaskakują mnie jak w czeskim filmie.

Czas na basenach umilał nam owy znajomy. Gaduła niepojęta. Gdyby wpuścić go do pokoju pełnego ludzi, a żaden z nich nie mówiłby po polsku, nikt by nie zauważył. Zagadałby na śmierć tych ludzi. Nawet nie musieliby do tego kiwać głowami, że nie rozumieją ani słowa.

Przy okazji okazało się, że nie je cebuli na pizzy. A na surowo je tylko razem z żoną, bo inaczej musi spać osobno i nie dostaje buziaka na dzień dobry. Poza tym, facet nie lubi octu, z warzyw je chyba tylko świeże długie ogórki ze skórką, na kolację potrafi zjeść główkę surowego czosnku, a wszystko, co kwaśne, jest dla niego niejadalne.

Jego córka za to jest już gigantycznym ewenementem. Wygląda jak anorektyczka, której najgorszym koszmarem jest usiąść przy stole i zjeść cokolwiek. Do menu nawet nie zajrzała. Na pizzy nie je niczego. Ser żółty widać ją gryzie w zęby, bo tak. Pomidorów nie je. Szynka żadna (ani salami, ani prosciutto, ani kiełbasa czy boczek czy kurczak) też jej się nie komponują z pizzą. W ogóle to po co iść z kimś takim i zamawiać pizzę? Przecież mają tam w menu zupełnie inne dania.

Tatuś jednak zamawiał u przemiłego kelnera pizzę bez niczego. I dopytywał, czy może mają focaccię. Pan kelner nie wiedział, co to jest. W menu tego nie mają. Na litość boską, pizza to nie focaccia, a stary bar mordownia nigdy nie będzie miał gwiazdek Michelina! Wprawdzie jedliśmy w bardzo przyzwoitej i przyjemnej hotelowej restauracji, ale wielkie zadziwienie „Jak to, nie macie focacci?” kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Ale o nich jutro, bo na dziś starczy.

Dobrej nocy! :)

SERenity

Nie, tym razem nie będzie o serze. Chociaż jak patrzę na ten wyraz, to od razu mam skojarzenia z jedzeniem.

Wiecie. Wstaję rano. Pierwsza myśl: „Śnił mi się pyszny obiad”. Idę do kuchni. Druga myśl (bo mam niedaleko): „Co by tu zjeść?”. Idę dalej…

Nie tym razem. Zatrzymuję się w kuchni i tam rozważam. Czy coś, co podobno ma w sobie sól i pieprz, powinno mieć też herbatę, cebulę w proszku i spulchniacze?

Myślę, że zdecydowanie nie. Ale jak dobrze smakuje, kiedy nie czyta się składników z tyłu opakowania. Ignorance is bliss. Oj tak. A bliss. Czasem lepiej nie wiedzieć. Czy informacja dotycząca śladowej ilości krakersów w krakersach wpływa znacząco na moje postrzeganie rzeczywistości?

Wpływa. Znacząco wpływa. Nie tylko na postrzeganie rzeczywistości, ale na wartość użytkową herbaty, która właśnie urosła w moich oczach do składnika niezbędnego w kuchni, szczególnie do krakersów. A nie do picia z kubka.

Zbliża się niebezpiecznie różowo-czerwone  święto (@%#^$??!!!). Dzień, w którym każdy mógłby sobie przyczepić w/w karteczkę na czole i tak z nią chodzić. Jak balonowy pająk. Nie chcemy być popychani łokciami w tramwaju, walczyć o wolne miejsce w autobusie, biec za odjeżdżającym trolejbusem. Nie chcemy, żeby wstawanie lewą nogą mogło nam zaszkodzić. Nie chcemy, żeby w naszej lodówce brakowało sera. Cholera. Znów ten ser. Whatever.

Zbliża się dzień, w którym lepiej nie wychodzić z domu, żeby nie zostać zasypanym serduszkowym confetti, ckliwymi piosenkami i obściskującymi się małolatami. Jakby to miało ich uratować przed starością, łupieżem i niedożywieniem. W ten dzień nagle niektórzy przypominają sobie, że ktoś tam, coś tam, kiedyś tam i gdzieś tam, więc na hurra! rezerwują miejsce w knajpie i weź tu zjedz spokojnie obiad.

Dlatego ja ucieknę. Powiedzmy, że spadła mi z nieba (a przynajmniej dzięki wejściu do sfery niebieskiej w  internecie) taka możliwość. Z nieba…

Wybaczcie. Teraz na poważnie, o czym ja tu w ogóle piszę.  Odzywa się moja ciemna strona Księżyca. Ta, o której nie wiadomo, co w sobie ma. Ktoś tam był, ale czy na pewno? Ciemna strona w sobie jest dużo bardziej interesująca. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Pięknie. Ciekawe, ile osób wie, z jakiego wiersza pochodzi ten cytat? I że na pewno to nie jest jego tytuł. Bo w każdych wiadomościach go powtarzają, jak mantrę. I do tego Umrzeć – tego się nie robi kotu. Tak, wiem, wszyscy to już znają, cytują na prawo i lewo. A ja, kiedy pierwszy raz czytałam ten wiersz naprawdę wiele lat temu, to zapadło mi w pamięć inne zdanie. I mówię je Wam ze swojego nieznanego serca.

Nawiasem mówiąc, ten wiersz jest mi bardzo bliski. Tak od dziesięciu lat. Nie, nie ratowałam nikogo z pożaru w 2002 roku. My Godness, to było już 10 lat temu? Co ja robiłam tyle czasu temu w lutym? Może miałam ferie? Pewnie po raz kolejny uczyłam się jeździć na nartach. Albo lepiłam bałwana. Kiedy ostatnio lepiłam bałwana?

Wtedy. Listopad 2009. W sumie to ja wtedy bardziej robiłam zdjęcia bałwanowi, niż go lepiłam. Ale pamiątka jest. Tyle czasu bez rzucania się śniegiem, bez lepienia bałwana, bez robienia orzełka w śniegu? Jak się ociepli do minus trzech stopni, to może wrócę do dziecięcych zabaw. Przy minus dwudziestu nie będę ryzykować utraty kończyn.

W listopadzie 2009 zdobyłam też Kartę Mocy i słuchałam Trójki z samego rana. I spadł pierwszy śnieg tamtej zimy. Uściślijmy. Pierwszy w Beskidach. Bo Kraków wyglądał tak dzień później:

Ciemna strona Księżyca odzywa się regularnie, kiedy słucham starych piosenek. Jak nie Erica Claptona, to Jethro Tull. Stinga. Turnaua. Albo Pink Floyd.

There is no dark side of the moon really. Matter of fact it’s all dark.

Dziesięć lat minęło jak z bicza strzelił. Przegapiłam ten strzał, który oznacza początek biegu. Czas minął, piosenka się skończyła, a ja myślałam, że mam coś więcej do powiedzenia.

Ale nie mam.

Śpijcie dobrze tej nocy. I śnijcie o ciemnej stronie Księżyca.