Lista, lista, a w tle cholerne fugi

Taaaaaak. Wreszcie mogę sobie SIEDZIEĆ. Cały dzień kręcił się wokół fug. Mam ich dość. Najpierw szorowałam paznokciami i ściereczką, żeby po raz milionowy wydobyć z nich pył i kurz. Jedno i drugie jest uparte i nic się nie da z tym zrobić, można sobie czyścić godzinami. Także to już było moje ostatnie podejście. Ile razy można dać się wrobić w czyszczenie łazienki, skoro ona nie chce być czysta?

Cause the smell of her perfume echoes in my head still
Cause I see my people trying to drown the sun
In weekends of whiskey sours
Cause how many times can you wake up in this comic book and plant flowers


Czytaj dalej

Z piorunami na drugim planie

The boy child is locked in the fisherman’s yard
There’s a bloodless moon where the ocean died
A shoal of nightstars hang fire in the nets
And the chaos of cages where the crayfish lie

Jestem w cywilizacji i zupełnie nie mogę się odnaleźć. Jestem do tego marudna. Bo się nie wyspałam! Jednak chrapanie, chociaż sygnalizuje obecność człowieka, zupełnie nie daje mi szans na spokojną noc. Kiedy chłopak wrócił ze spotkania ze znajomymi, a ja byłam po jakimś ataku dreszczy z zimna, z wielkim katarem i z początkiem migreny, on spał jak zabity, a ja się męczyłam. Po trzeciej w nocy nie wytrzymałam i uciekłam na sofę, zamykając za sobą dwoje drzwi. Dalej SŁYSZAŁAM takie chrrrr chrrrr… Za mną superudana noc. ;)

Czytaj dalej

Lista, lista!

Witajcie w Trójce!

W tle nowa piosenka z  płyty Stinga.Lista Przebojów jest wciąż żywa, niczym wskrzeszony Dinozaur. I niech nie umiera!

Mamy na budowie porządny radiomagnetofon. I słuchamy namiętnie po kolei wszystkich wygrzebanych z otchłani czasu kaset. A tym razem, wreszcie, wreszcie, wreszcie! siedzimy spokojnie przy świecach i LP3 leci samo. Bez przekładania kasety na drugą stronę. :)

Co do świec – włożone są w wiadro (kibel, jak tu mówią) i udają ognisko. Zastawiliśmy je kilkoma kawałkami drewna dla lepszego efektu. Pięknie. Na budowie też może być romantycznie. Szczególnie, że mamy tynk na zewnątrz i nawet kurier od wanny myślał, że to taki mały remoncik nam się szykuje.

 

Jeśli wredny księżyc znów będzie dawał po gałach, nie prześpię kolejnej nocy, mimo wszelakich zabiegów, żeby mocno spać. A było tak:

Czytaj dalej

Jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia

Zanim wpiszę tytuł, który Wy zobaczycie jako pierwszy, spojrzę jeszcze jeden raz na tagi. Czy w ten sposób mogę streścić magiczny czas, zupełnie nierealny i wprost niemożliwy? Czy to możliwe, że wszystko działo się naprawdę i ja byłam w samym środku wydarzeń? No pewnie, że nie.

[To jest chwila, w której należy przygotować kolację i zasiąść z nią przed monitorem, albo porzucić nadzieje na w/w. Tylko dla tych, którym literki niestraszne. Sporo się ich dziś posypie.]

You’ll remember me when the west wind moves
Upon the fields of barley

Dzień dobry. Dobrý deň. :)

U mnie już tak jest, że albo wszystko idzie utartym torem, albo następuje efekt motyla i wszystko toczy się rytmem huraganu. Na co dzień jest to pierwsze, na wyjazdach z reguły to drugie. Tym razem też nie było wyjątków. Jeszcze dobrze nie wyjechałam, a już cały plan legł w gruzach. Pozostało się tylko poddać biegowi zdarzeń i obserwować, co stanie się za chwilę.

A były to chwile warte zapamiętania. Niczym złote łany zbóż w Stingowej piosence, niosły ze sobą wspomnienia najprostszych obietnic. Tych spełnianych jednym spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Przy takich obietnicach niepotrzebne są słowa. Chcę te kilka szalonych zapamiętać w jeden sposób. Wszystkimi zmysłami i na wszystkie sposoby.

See the west wind move like a lover so
Upon the fields of barley

Szukałam prostoty. Szukałam więzi między człowiekiem a przyrodą. Szukałam piękna, które będzie ocierać o kicz. Szukałam wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia i radości.

Jak łatwo się domyślić, znalazłam to wszystko natychmiast, a z każdą chwilą znajdowałam jeszcze więcej.

Zaczęło się bardzo niewinnie w strugach deszczu, a skończyło słodkim pocałunkiem słońca. Ain’t no sunshine when she’s gone. Ain’t no mountain high enough. I tak dalej w ten deseń. Wybaczcie mi ciągłe wstawki po angielsku. Ten wyjazd był nieco międzynarodowy. Dużo bliżej wszystkiego, co dalsze od Polski. Nawet słowackie radio lepiej odbierało i zasięg był lepszy dla sieci z końcówką SK, a nie PL.

So she took her love
For to gaze awhile
Upon the fields of barley

Wzięłam niczym bohaterka piosenki swojego ukochanego Nikona i poszliśmy przez pola, lasy, łąki i błota na górę. Ta historia mogłaby się zaczynać od słów Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Ale że zaczęła się inaczej, niech już tak zostanie.

Rozdział 1. Czwarty dzień na początku.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i siedmioma dolinami rozpoczynał się czternasty dzień czerwca. Było mu daleko do wspaniałej pogody z początku maja. Zimowej zawieruchy też nie przypominał. Pozostało mu jedynie rozpocząć się ulewnym deszczem, co niechybnie uczynił.

I w ten oto sposób powitałam dzień po dwóch godzinach snu i jeździe taksówką na dworzec. Wytarabaniłam się z moim cudownie ogromnym plecakiem i cóż… Okazało się, że zmieniły się dni odjazdu PKSu do Zakopca i najbliższy będzie następnego dnia. Jak w życiu, równanie było proste.

Nie ma autobusu = nie zdążę na pociąg = nie zdążę na kolejny pociąg = nie zdążę na busa = będę w środku nocy w górach  = będę szła w deszczu ze trzy godziny = dojdę i padnę na gębę.

Ale dobra. Siadłam na ławce, obok zasiadł plecak i kobieta z małym dzieckiem. Czekaliśmy elegancko na cud, który nie chciał się wydarzyć. Obiecałam sobie, że jeśli nic się nie stanie, wracam do domu, idę spać i mam wszystko w tyle. Są czasem takie chwile.

Po kilku minutach usłyszałam stukot walizki na kółkach i na horyzoncie zamajaczyła sylwetka kobiety w butach na obcasie. Oł je. Przed czwartą w nocy wszystko jest możliwe. Sylwetka nabrała realnych kształtów i barw, kiedy zbliżyła się niemal pod mój nos i oznajmiła, że będzie jechać autobusem do Kielc o 4:20.  Po chwili rozmowy okazało się, że będzie jechać nie do Kielc, ale nawet do Katowic. Tego mi było trzeba. Miałam zapewnioną towarzyszkę podróży niemal przez cały czas! A stąd już było tylko o krok do decyzji, że jedziemy razem.

W końcu i tak nie zdążyłyśmy na pociąg z Kielc do Katowic. Ale na dworcu PKS zdążyłyśmy na busa do Krakowa. I to tylko dzięki szalonemu maratonowi,  który przypadkowo rozpoczęłyśmy. Ale dzięki temu zdążyłyśmy w Krakowie na kolejnego busa do Katowic. Za dużo się podczas tych kilkuset kilometrów nie nagadałam. Jak tylko siadałam w fotelu, uruchamiał mi się w mózgu tryb SPANIE i budziłam się zaraz przed dworcem. Wada busów – człowiek siedzi złożony jak ryba w puszce i marzy tylko o szybkim zaczerpnięciu świeżego powietrza. W przeciwnym razie marzy o sporej i pustej reklamówce, którą natychmiast chciałby wykorzystać i pozbyć się treści z żołądka.

Z Katowic poszłam już na pociąg do Rajczy. Udławiłam się, jak usłyszałam, że bilet kosztuje 18,50. A ode mnie kosztuje 32,00. Im dalej, tym faktycznie taniej. W pociągu już się tak nie wyspałam. Weszłam do wagonu, a za mną cała wycieczka do Zwardonia. Na przeciwko zasiadło dwóch około 10-latków z PlayStation3, komórkami i innymi cudami techniki. Okno dalej chłopcy w wieku gimnazjalno-licealnym wydzierali się przez okna „Legia!”. Na pytanie wychowawczyni, czemu krzyczą akurat o Legii, skoro nawet nie są z Mazowsza, stwierdzili, że Legii nikt nie lubi, więc to dobry okrzyk na zwrócenie uwagi.

W Rajczy wysiadł ze mną też dziadek, którego panicznie bały się wszystkie dzieci z wagonu. Wyglądał trochę obleśnie, szedł o kulach i coś krzyczał przez szybę przedziału w trakcie jazdy. Ale jak wysiadł, to już tylko śpiewał po góralsku, idąc po moście. Ta scena nadawała się na początek filmu.

A potem znów lunęło. Weszłam do sklepu i poza żarciem, kupiłam wielki płaszcz przeciwdeszczowy. A potem odebrałam telefon z pytaniem, gdzie jestem i po wymianie informacji dostałam przykazanie nie ruszać się z  Rajczy i czekać na A., która właśnie schodziła na dół. Boże, błogosław wynalazcę telefonu komórkowego i tych, którzy go używają! Dzięki temu, że A. przyjechała po mnie spod samej granicy i wyjechała ze mną znów na granicę, szłam na górę niecałą godzinę. Zamiast niecałych trzech. Ale i tak ufajdałam się jak prosiątko w błocie. To jednak lepiej, że szłam w starych butach. Przynajmniej nie było ich tak żal. A spodnie uwaliłam od góry do dołu.

Doszłam na miejsce koło wpół do piątej. Moja podróż trwała pół doby. Tylko dwanaście godzin. Następnie wpadłam w gościnne objęcia, zdjęłam z siebie przemoczone ciuchy i zjadłam crupety na słodko i słono. I tak już pozostałam pod urokiem miejsca aż do poniedziałku.

W międzyczasie dowiedziałam się, że jestem dziwna. Zresztą, do jakiego wniosku można dojść, jeśli bierzesz cudzy aparat, a tam na tysiąc zdjęć jest dziewięćset dziewięćdziesiąt samego jedzenia? No ja nie wiem.

I to wieczorne pytanie, niosące w sobie więcej niż odrobinę wariactwa. Nie wiedziałam, co przyniesie mi los.

 

Rozdział 2. Się dzieje.

Im grubszy tort, tym głębiej odcisnąć trzeba twarz.

Właśnie tak bym podsumowała kolejny dzień. Mogłam zjeść przygotowane przez B. śniadanko (kanapki z masłem, serem, pomidorem, ogórkiem, cebulką i pieprzem, czyli thanks God, I’m a woman!) i wziąć się do roboty. Na drugie śniadanie miałam racuchy z wielką gębą, namalowaną bitą śmietaną. Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm!!!!

Robiliśmy pranie. To nie jest takie proste, biorąc pod uwagę brak stałego dostępu do prądu. Niezbędny jest agregat, mała praleczka do wirowania, dwie balie do płukania i silne ciała do wyżymania pościeli. Jestem prawie jak Strongman po takim fitnessie. I można pobiegać boso po trawie.

A na obiad pizza z pieca. Kaflowego. Z całą masą różnych dodatków,  z podwójną porcją sera i z radością. Ludzie, jak można się tak obżerać. Siekierą nie była krojona, ale przyznacie, że to całkiem niezły pomysł na zdjęcie. Niczym z gospody. Zjedliśmy jeszcze po dwa takie kawałki i się skończyło.

Po kolejnej porcji solidnej pracy przy różnych elementach wyposażenia, przyszła pora na posiłek. Czyli sałatkę owocową. Pomarańcza, banan, jabłko, rodzynki, nektarynka, sok z cytryny…  A potem wysiłek został okupiony najpiękniejszym zachodem słońca, jaki tego dnia mógł być na całym świecie. Zachód doprawiony kiełbasą z ogniska i bułeczkami drożdżowymi z pieca.

Ile tematów potraficie poruszyć, gapiąc się w ogień?

A ile, jeśli do tego słyszycie T.Love, R.E.M. i szkocką muzykę na przemian z Kazikiem? ;)

Rozdz. 3. Never ending story

Rano zdążyłam się spóźnić dwadzieścia minut. Przez cały dzień musiałam je nadrabiać i odrabiać. Spokojnie, tylko spokojnie. :)

Ten dzień się nie chciał skończyć. Tak jakby mógł to być jedyny w swoim rodzaju dzień. Tak jakby jutro nie nadchodziło nigdy, a czas dawno już przestał mieć znaczenie.

Taj, jakbym ja sama bardzo nie chciała jego końca.

I never made promises lightly
And there have been some that I’ve broken
But I swear in the days still left
We’ll walk in the fields of gold

Po prostu. Zwyczajnie, bez żadnego zastanawiania się, oceniania, dobierania słów. Są chwile,  które przepadają bezpowrotnie, jeśli ich nie wykorzystamy. Są chwile, w których zwycięża piękna prostota. Na przykład robienie przez godzinę czy dwie zdjęć z długim czasem naświetlania. Słuchanie meczu w radiowej Jedynce. Oblewanie się wodą w wielki upał. Albo opowiadanie i słuchanie bajek o jeżu. Bo się akurat napatoczył do historii o królewnie. Albo spanie na niewygodnym łóżku i przewracanie się z boku na bok. Proste? Jeszcze nic nie było aż tak proste i bez drugiego dna. That’s a kind of magic!

A na dokładkę napiszę tylko, że zwykły olej roślinny czy zapalniczka mogą mieć wiele zastosowań, o których wcześniej nie wiedziałam. Albo z których nie zdawałam sobie sprawy. ;)

Ten dzień był tak cudowny, wesoły, pełen muzyki, żartów, głupich pomysłów i całkiem niegłupich realizacji, że piętnasty czerwca nie ma już innych znaczeń, jak tylko to jedno. Prostota. Bliskość czegoś nieznanego, choć niezwykle pięknego. Gapienie się w rozgwieżdżone niebo. Robienie tego, co do mnie należy i satysfakcja, że coś potrafię. Pomimo zmęczenia totalnego.

Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym.
Daleko, tak daleko… Jesteś tak daleko ode mnie, czasami jednak blisko tak.

Rozdział 4. Coraz bliżej nieba z dnia na dzień.

Pomimo wszystko, a szczególnie pomimo krótkiego czasu snu, tym razem zdążyłam na czas. Pewnie dlatego, że nie miałam daleko i obudził mnie mój budzik. Którego przez długi czas nie mogłam zlokalizować. A darł się jak szalony. Pewnie obudził też wszystkich innych, którzy planowali wstać bliżej dziesiątej, a nie siódmej.

Uczyłam się rozpalać w piecu kaflowym. To nie jest takie proste, jak rozpalanie w kominku. Tu niezbędna jest technika i wyczucie. I nawet zrobiłam placki ziemniaczane. Ja, która prawdopodobnie nigdy w życiu nie robiłam sama takich zwykłych placków. Na studiach dodawałam całą masę różnych rzeczy, typu marchewka, cukinia, czerwona cebulka. A tu masz babo placek ;)

I znów jadłam racuchy i sałatkę. Teraz nawet ze świeżym ananasem! I kto tu mówi, że ja wymyślam dziwne rzeczy? Ananas to zupełnie nie był mój pomysł. Ani troszeczkę. Ale nie narzekam, bo to było genialne. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem i doceniać własną pracę.

We’ll forget the sun in his jealous sky
As we lie in the fields of gold

Człowiek szczęśliwy to człowiek spełniony. Kiedy mogę sobie posłuchać Trójki do śniadania, albo podskoczyć ze trzy razy do taktu muzyki, drąc się przy tym na całe gardło, bo i tak nikt nie słyszy. Andrusowa piosenka Glanki i pacyfki idealnie się do tego celu nadaje. Podobnie jak Listy ze świata i Muzyka bez granic. To nic, że jest mnóstwo roboty. Śpiewając, wszystko idzie szybciej.

A wieczorem można znów wybiec na zachód słońca, pogadać z panami od huskych, którzy wrócili z oglądania meczu na Miziowej, podłożyć do pieca i poczuć, ile jeszcze tajemnic kryje się w ciszy. Zasnąć tak bardzo szczęśliwa, że to przekracza granice rozsądku i innych wymysłów. Nucić pod nosem But I feel tomorrow I’ll be crying z Kinga Crimsona (Epitah). I wiedzieć, że następnego dnia będzie ciężko powstrzymać łzy, zaciskając mocno usta.

Bo chociaż jestem silna, to przecież jestem tylko kobietą.

Magia ciągnie, zniewala, odrealnia, każe zgłębiać nieistniejące zakamarki duszy. Składa się na to obecność szczególnych Osób, szczególnych splotów wydarzeń i tej szczególnej optyki, płynącej z innego świata.

Rozdz. 5. Jeszcze chwilę tu pobędę…

Tak bardzo nie chciałam wychodzić w ten poniedziałek. I pomimo zakazu robienia czegokolwiek (Ty już dziś nie pracujesz), chciałam zrobić wszystko, żeby te chwile się nie kończyły. Na śniadanie wielka porcja sałatki z ananasem i racuchy. Gdybym robiła je sama, pewnie wcale by mi nie smakowały.

Zrobiłabym niemal wszystko, żeby nie wychodzić na zewnątrz na ten szaleńczy upał. Ale wyszłam. I dojechałam do Bielska ze Słowakiem, który opowiadał mi o swoim życiu. Jak wysiadłam od niego, przesiadłam się do przemiłego starszego kierowcy TIRa, który miał niesamowite historie do opowiedzenia. Sporo jeździł po Europie, to sporo widział i słyszał. Kocham takie rozmowy!

Kolejna przesiadka w Katowicach. A potem w Krakowie, z dodatkowymi tobołami. Sprzedawca w sklepie z butami rozpoznał mnie w drzwiach, kwestię butów mieliśmy obgadaną przez telefon. Przy okazji zainwestowałam w nową latarkę. A w księgarni nabyłam drogą kupna rozmówki polsko-słowackie.

Hej.

I po północy dojechałam do domu. Kierowca autobusu obudził mnie na dworcu pytaniem, czy jadę z nim dalej. Spałam jak kamień!

Dziś  w ramach relaksu popołudniowego wybraliśmy się rowerami na przejażdżkę z Tomkiem i Aneko. Odwiedziliśmy P., wygłaskaliśmy jego ogromne psy i wróciliśmy lasem. Piękna wycieczka. I już nie było tak gorąco.

Ale to by już było w post scriptum. W niedzielę znów jadę. W drugą stronę Polski tym razem. Na dużo dłużej. Jak wszystko pójdzie dobrze, a na pewno pójdzie dobrze, za miesiąc znów będę w Beskidach wieczorami gapić się w rozgwieżdżone niebo i marzyć o tym, co najpiękniejsze.

Bo w ciągu dnia nie ma czasu na takie sentymenty. ;)

Wiosenne czaszki

Dzikość się we mnie obudziła. Taka bliższa szalonej wściekłości, niż cieknącej piany z pyska. No cholera jasna, gdzie ten przycisk na blogu, że od lat 18?!

(chwilę później)

Jest.

I mogę się założyć, że część osób przewija teraz wpis do dołu, sprawdzając, ile jeszcze zostało do czytania, po czym klika krzyżyk w karcie przeglądarki i rezygnuje. Cierpliwość nie jest cechą narodową Polaków. Ale oglądanie półgodzinnej przerwy reklamowej jakoś nie nuży, hmm?

Nie mogę spać. Położyłam się wczoraj specjalnie koło jedenastej wieczorem. Dwudziesta trzecia to na mnie bardzo wcześnie, raczej koło północy myślę o wstawaniu znad książki/komputera/czegokolwiek. Myślę sobie, może to właśnie przez późne chodzenie spać nie mogę zasnąć. No bo przecież nie przez te tabuny myśli o debilu.

Ale się uparłam, bo jestem jednostką niezdolną do stanowczej resocjalizacji i wszystkie zbiegi okoliczności są u mnie całkowicie nieplanowane i przypadkowe. Uparłam się, poszłam się wymyć już o dziesiątej. Piękna, czysta i pachnąca, niczym świeżo wymyte w błotku prosię, położyłam się spać. Żeby kontynuować eksperyment, postanowiłam wyłączyć dźwięk w telefonie i usnąć snem sprawiedliwych.

Dziesięć minut później. Nie śpię. Pół godziny później. Nie śpię. Nie da się! Nie da się i już. Najpierw przeszkadzało mi, że poduszki nierówne. Ułożyłam. Potem denerwowały mnie kolczyki, które wbijają się w ciało. Trudno. Trzeba było nie przekłuwać uszu w przypływie wściekłości na kursie prawa jazdy. Łóżko skrzypiało. Na to nie znajduję rozwiązania. Ewentualnie spanie na podłodze, bo wystarczy ruszyć palcem u nogi, żeby znów skrzypiało. Spadłam z poduszki. Przesunęłam poduszki. Przesunęłam głowę.

Ile można się męczyć?

Kiedy się urodziłam, wymyśliłam sobie sposób spania i tego się trzymam. Pewne nawyki nie mijają z wiekiem, pogłębia się tylko ich gwałtowność. Kompulsywność wręcz. Potrzebuję spać pod dużą kołdrą. Taką, żeby przykryła mnie od stóp do głów (a dokładnie do końca jednej, mojej prywatnej, głowy). I najlepiej, jakby miała dwa metry szerokości.

Zasypiam zazwyczaj tak samo, zwinięta w kłębek lub na brzuchu. Jakbyście mnie szukali, jestem pod kołdrą. Wystaje tylko czubek nosa do pobierania tlenu. Nie wiem jak i czemu, ale budzę się z kołdrą przekręconą o 180 stopni. Lub przykrytą mam tylko głowę, a reszta ciała leży rozrzucona byle jak, mniej więcej jak resztki człowieka na wojnie.

Obrazowość tego porównania mnie poruszyła. Idźmy dalej.

Kiedy już ułożyłam wszystkie elementy układanki zwanej ciałem, przykryłam się kołdrą należycie i pozostało tylko usnąć, trzasnęła lodówka. Ona robi to o różnych porach dniach i nocy, zazwyczaj kiedy chcę usnąć i już-już jestem o krok od snu. JEBUDU! Coś jej się przestawia czy co, w każdym razie od razu się budzę i zastanawiam, co to było. Shit.

Jak wszystko inne się uspokoiło, usłyszałam najgorszy dźwięk, jaki dobiega człowieka w nocy. TYKANIE ZEGARKA!

Jeden był niemal przy mojej głowie, a drugi w kuchni. Jednostajne tykanie mi nie przeszkadza. Ale tym razem to było takie podwójne, nerwowe, wkurw***** wręcz. Kołdra na łbie nie pomogła. Ostatecznie wetknęłam jeden róg do ucha, drugie ucho wcisnęłam aż do bólu w poduszkę i kiedyś usnęłam.

Pierwsza szesnaście – pobudka. O nie. Nie po to się kładłam o jedenastej, żeby budzić się o pierwszej. Wepchnęłam się w ciasne ramy snu i jazda. Jak zaczęło mi się śnić, to już wolałabym wcale nie spać. Pobiłam we śnie jednego faceta, a on nic sobie z tego nie robił. Siedział nieporuszony ani tym, że dostał po łbie, ani tym, że w końcu chciałam się do niego przytulić. Facet to świnia, że tak wspomnę znany tekst. Nie każdy facet, rzecz jasna.

Don’t forget me, I beg. I remember you said: Sometimes it lasts in love. But sometimes it hurts instead.

A potem byłam na Węgrzech, ciocia mnie nagle wysadziła z samochodu przed stacją kolejową i kazała jechać do domu. Jedyny napis, jaki zrozumiałam z napisu przed dworcem to: Nie przyjmujemy kart, czeków ani nie mamy bankomatu. Płatność tylko gotówką. Ja nie miałam przy sobie nawet grosza. Miałam jechać z jedną dziewczyną, która mówi, że nie ma sprawy, jedzie pociąg do Katowic. Stamtąd do Żywca, Krakowa i gdzieś dalej. A stacja kolejowa wyglądała mniej więcej jak koniec torów z zarośniętymi przez chwasty szynami. I jedź człowieku do domu. Nikt nie rozumie, co gadasz, kart płatniczych nie przyjmują, nawet nie wiesz, co tu robisz.

Głęboka metafora mojego życia ;P

Tradycyjnie już, obudziłam się kilkanaście minut po trzeciej nad ranem. Potem przed czwartą. Potem znów po czwartej. W końcu o ósmej rano byłam tak zmęczona ciągłym budzeniem się i zasypianiem, że zasnęłam i spałam do dziesiątej. A w rezultacie śniadanie zjadłam o dwunastej, kompletnie nieprzytomna.

Śniło mi się jeszcze parę innych rzeczy. Założę sobie drugi blog, gdzie nikt nie będzie wiedział, że ja to ja i tam wszystko napiszę. Że tęsknię za (…), że marzę o (…), że śniło mi się (…) z (..) i działo się tam (…). A tu będę wrzucać przepisy na chrupiące tortille z serem i bazylią, które świetnie smakowały na późne śniadanie. I napiszę, jak łatwo zrobić tartę z grillowaną cukinią, pstrągiem i sosem beszamelowym.

A na koniec pierwszego wpisu na nowym miejscu napiszę, dlaczego nienawidzę chamstwa i drobnomieszczaństwa. Po tym mnie poznacie.

The winner takes it all.Wiecie, dlaczego powstała taka piosenka? Bo rozstanie boli bez względu na to, czy jest się człowiekiem spod mostu czy wielką gwiazdą. Mnie też boli. Więcej nie napiszę, bo albo zacznę przeklinać, albo rozpadnę się na kawałki. Dobrze, że chociaż za pobicie we śnie nie zamykają w kiciu. I ten bezczelny uśmieszek idioty, po którym wszystko spływa. Jakie to szczęście, że nie oglądam go na żywo!

Wysyłam SOS do świata. Love can mend your life but love can break your heart. Nie chce się pokazać teledysk. Niech się buja. Nie będę się go prosić. Kto chętny na Stinga, proszę kliknąć i zobaczyć na YouTube. Reszta – do domu. ;)


http://www.youtube.com/watch?feature=fvwp&NR=1&v=AO4Je4JOikA

Gdzie moja koszulka z trupimi czaszkami?! Pora ją znów ubrać, jak zbroję.

I przestać myśleć o miłości.

Padłeś? Powstań!

[Jeśli macie ochotę na pyszne kruche ciasto czekoladowe, zaktualizowałam wpis na tartę i dodałam przepis. Żeby nie zapomnieć. Klik!]

Zbity pies, zbity wazon, zbity palec, zbity z tropu, zbity agrument, zbity w warstwy.

Jak łatwo można sobie odrealnić dowolny wyraz przez ciągłe powtarzanie.

W tej zbitce słów pies staje się kruchy jak kryształowy wazon, a trop jest niczym spadanie z piedestału. Palec boli, bo jest równie kruchy jak warstwa, a ja nie mam na to żadnych argumentów. Czy ktoś nadąża za moim słowotokiem?

Dobra. Chodzi mi o to, że życie zazwyczaj znajdzie jakiś wspaniały sposób, żeby nam udowodnić, jak niewiele możemy. Kiedy zaczyna się już układać, kiedy wszystko jest na dobrej drodze, to na scenę wkracza jedno małe słówko i burzy fasadowość naszych marzeń.

Ironia.

Tego słowa nie umiem odrealnić. Chodzi za mną jak cień, podtyka pod nogi coraz większe kłody. I patrzy zza rogu, na której się wywalę na zbity pysk.

Zupełnie jak z marzycielską Ludmiłą u Boya-Żeleńskiego.

Jednej nocy, bawiąc wspólnie,
Rycerz czuły był szczególnie.
Ciągle mówił: „Ach! Ludmiło!”
(Niby tak się to jej śniło.)
Wciąż mężniej sobie poczynał,
Aż łóżko wpadło w Urynał.

Oto jak nas, biednych ludzi,
Rzeczywistość, ze snu budzi.

Co za ironia losu. A sarkazm pochodzi od starogreckiego przygryzania zębów ze wściekłości.

Sting & Toby Keith. Tak szczęśliwi, że nie mogą przestać płakać. Jak to jest, że znów utożsamiam się z facetami w piosence?!

I saw a friend of mine. He said, „I was worried about you
I heard she had another man, I wondered how you felt about it?”

I’m so happy that I can’t stop crying
I’m laughing through my tears.

Mr Good News… To dopiero dobra nowina od Pana Dobre(-go?) Nowiny.

Ale mamy też innego Mistera. Jeszcze lepszego. Może go znacie, a może spotkaliście podobnego kiedyś w życiu. Takiego, co to zawsze jest gotowy na wszystko, zainstalował sobie w domu czujniki ruchu, dymu i sto kamer, a z dziećmi ćwiczy codziennie alarmy przeciwpożarowe.

Ja się nie nadaję na takiego kolesia. Mam mętne wyobrażenie o czujnikach ruchu. U mnie pewnie uruchamiałby się przy każdym podkładaniu drewna do kominka.

Im więcej zabezpieczeń „fortecy” domowej, tym większe poczucie zagrożenia. Czy to nie jest ironią, że do takiego domu zabezpieczonego fosą z piraniami i zamkiem na tęczówkę oka też się włamują? I żeby się dostać do środka, niszczą dużo więcej, niż w zwyczajnym domu?

Jeśli to świadczy o podejściu do życia… Im głębiej się człowiek chowa za maskami, tym trudniej mu zobaczyć siebie w lustrze. I w sumie może potem być przerażony tym, co zobaczy. Nawet najpiękniejszy makijaż po zdrapaniu szpachelką może ukazać Fantomasa. And isn’t it ironic… don’t you think?

Przeciwbólowe tabletki ze słów. Tak wiele ich wczoraj dostałam, w tym gratisowym dniu, którego nie było w 1989, ani w 1987, ani w 1985 roku. Powinnam skakać z radości. Albo przynajmniej wyrównać się do pionu, jak wańka-wstańka. Nic takiego się nie stało. Gratis przyszła wiosna.

Może to taki dzień, który można wymazać z pamięci gumką-myszką. Istnieje raz na cztery lata. Taki trochę naciągany, żeby nie zmieniać godziny na zegarku i w ogóle, żeby raz na cztery lata zrobić coś bonusowo. Na przykład uśmiechnąć się do lustra więcej razy w roku. Ja się uśmiechnęłam i wyciągnęłam środkowy palec. Fuck yesterday. Fuck tomarrow.

Jutro będzie futro. Wystarczającym wyzwaniem dla człowieka jest poradzić sobie z dniem dzisiejszym! A jutro niech się martwi samo o siebie.

I saw that friend of mine, he said, „You look different somehow.”
I said, „Everybody’s got to leave the darkness sometime.”

 

PS. Pamiętajcie o tarcie czekoladowej!

Geografia uczuć – cz. 4

Część pierwsza tutaj. Druga tutaj, a trzecia tam. ;)

2009 rok.
Dziwny rok. I dobry, i zły.

Szalony, pełen nerwów, nowych wyzwań i uczenia się ratownictwa.

Noc Muzeów z P. i jego znajomymi. Stoimy w kilkusetmetrowej kolejce przed wejściem do Muzeum Czartoryskich. Obok klub z mocno przesłodzonym wnętrzem. Koleżanka pyta P.: „Zgadnij, jak nazywa się ten klub?”. P. patrzy i mówi: „No nie wiem, może Różowe Landrynki?”. Klub nazywa się Stalowe Magnolie. Obraz we wnętrzu muzeum urzekł mnie całkowicie. Szczególnie, że był wypożyczony.

Razem, a jednak osobno.

Słowacja. Liptovska Mara. Śląski Dom. Solisko. Maliny w ilości nieskończonej. Dużo pociągów. Jeszcze więcej wątpliwości.

Obóz typu naukowego. Kielce. Nie uwierzycie, w jakich dziurach mogą kryć się poważne firmy z międzynarodowymi kontaktami. I na jakich ludzi możecie trafić, mieszkając w akademiku Politechniki. Pozdrawiam pana, który hodował kury na trawniku obok uczelni. I tego chłopaka, który twierdził, że Rihanna śpiewa o nim piosenkę.

 

Parapetówka. Całkowicie nowe znajomości. Wygrałam w tramwaju podwójne zaproszenie do kina na Festiwal Etiuda&Anima. Jako jedyny pasażer wiedziałam, kto i w jakim filmie powiedział, że życie jest jak pudełko czekoladek. Poszliśmy z Mr.

Z moim szczęściem trafiliśmy na dość niecodzienną serię filmową. Wyszliśmy, kiedy dzieci rzucały kotem o wielką beczkę. Kot nadział się na hak. Zaproszenie trzymam do tej pory. Żebym wiedziała, na jaki festiwal więcej nie iść.

Życie jest jak pudełko czekoladek, naprawdę. Nigdy nie wiesz, na co trafisz.

 

2010 rok.
Nocnym pociągiem aż do końca świata.

Weekend majowy. Kraków – Gdańsk – Gdynia – Wrocław – Warszawa – Kraków.

Weekend lipcowy. Kraków – Hel – (promem) Gdynia – Świnoujście – Poznań – Kraków – Wrocław – Kraków.

Lato. Violettes bonbons. Mi favoritas. Z fiołków.

Tydzień wrześniowy. Üzenet a McDonald’s-ból. Jó reggelt. Viszontlátásra! Vonat EuroCity. Balaton.hu. Tibor, żona Tibora i Barbie. Be youfself, no matter what they say. Najlepsze langosze NA CAŁYM ŚWIECIE. Było, minęło.

Jesień. Odwiedziny Skansenu Kolejowego w Chabówce. Nie pierwszy raz w tym roku i nie ostatni w ogóle. Pozamykali wszystkie sklepy z dopalaczami, co upamiętniłam zdjęciem witryny jednego ze sklepów. W oknie wywieszona była kartka:

TOWAR MA PAN TUSK.

Więc proszę się z nim kontaktować.

Pozdrawiamy wszystkich klientów.

 

2011 rok.
„I tak nie zrozumiesz!”.

Never understand why. Why now? Why me? Why?

I wake in pain
I dream of love as time runs through my hand

This fire burns
I realize that nothing’s as it seems



 

2012 rok.

Wszystko przede mną?

Thanks God, I’m a woman.

Dobrnęliście do końca. Gratulacje. Idźcie na kolację.

—————————————————————————————————————————–

Geografia uczuć, zaklęta w zdjęciach, pocztówkach, zapachach. Są miejsca naznaczone poziomicami bólu. Dominuje w nich kolor czerwony. Są też zielone depresje radości, im większe, tym piękniej odznaczają się na wyżynnym tle niezwykłej codzienności.

Jestem z tych osób, które zbierają w sobie wspomnienia. Magazynuję je jak najlepsze jedzenie na ciężkie czasy. Oglądam, smakuję, dotykam ich chropowatej powierzchni. Czuję. Dla siebie. Jak Edyta Bartosiewicz, nie byłabym sobą, gdy byłabym inna.

Chciałabym podzielić się z Wami jeszcze zupełnie innymi wspomnieniami.Ich odbiciem są wspomnienia drugiej osoby. Patrzę na zieloną kropkę, sygnalizującą obecność. Jaka to obecność, najwyraźniej nieobecna. Spytać czy pisać bez pytania? Nie wrzucać zdjęć, czy wrzucać z czarną dziurą, gdzie stał ktoś inny? To są dopiero dylematy.

To by było dużo ciekawsze, niż biografia zapisana wyrwanymi z kontekstu zdarzeniami. Kiedyś, obiecuję. Kiedy już nic nie będzie kuło, bolało, trzeszczało na myśl, że to już przeszłość. Kiedy się pięknie zestarzeję, moja szyja przestanie mi się podobać, a notatki na blogu będę pisać zgrzybiałymi palcami staruszki. Was wyobrażam sobie w okularach z wielką ilością dioptrii, wpatrzonych w ekrany przedpotopowych komputerów (bo do tego czasu pewnie tylko nieliczni będą rozumieć słowo „laptop”, a cała reszta będzie się porozumiewać za pomocą telepatii czy czegoś innego).


Look@this

Wielkie otwarcie kategorii Look@this. Nie będzie dużo słów. Tutaj kultura obrazkowa górą! Do tej kategorii dorzucam też posty, które do tej pory spełniały ten wymóg ;)

Z.M.

I climb this tower inside my head
A spiral stair above my bed
I dream the stairs don’t ask me why,
I throw myself into the sky

A-na-nas i na was niech słońce świeci!

Co może być bardziej słonecznego w zimowy wieczór, niż ananas? Odpowiedź: Nic!

Some days it’s hard to be a human being. I właśnie na takie dni, które chce się wymazać nie tylko z pamięci, ale z kalendarza, wymyślono rozgrzewające, pełne ciepła i radości jedzenie. Po angielsku nazywa się to comfort food. Po polsku? Tak samo. ;)

Dla mnie comfort food to nie tylko rozgrzewające kociołki, pełne ziemniaków, makaronu, kaszy, warzyw, mięska. O nie. Ja tam wolę inne comfort food. Na zdjęciu papryka. Bo pasuje do takiego kociołka, przyprawiona węgierską przyprawą do gulaszu. Nie tylko dlatego, że ma dużo witaminy C. Ale dlatego, że kiedy znów nastanie lato (myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć!), będę po raz kolejny wymyślać dania z pachnącej słońcem papryki. Kombinować, z czym jeszcze smakuje lepiej. Będę szukać zielonej, białej, żółtej, pomarańczowej i czerwonej. Potem robić z nich pasty, sosy, przetwory na zimę. Patrząc na tęczowe kolory warzyw, będę czerpać energię na szaro-burą porę roku. A na razie wystarczy mi świeży ananas.

Market niedaleko mojego domu reklamował ananasy po 3,33 za kilogram. Poszłam wieczorem do sklepu, patrzę na cenę, a tu promocja. 2,50 za kilogram. No to wzięłam takiego ślicznego*. Największego, jakiego znalazłam. Wykorzystałam go na poprawę humoru i ilości cukru we krwi. Pomógł nadspodziewanie dobrze.

Przywołał wspomnienia wycieczki do Doliny Pięciu Stawów, gdzie na szlaku mijałam idiotkę schodzącą w japonkach od strony schroniska. To nic, że właśnie się skończyła burza. Spytana, czemu nie ma na sobie innych butów, powiedziała: Adidasy mam w plecaku, ale te są wygodniejsze. Ciekawe, czy zimą wybiera się w góry w kozakach na wysokim obcasie? Japonki -9,99. Dżinsy – 99,99. Przelot Sokołem – bezcenne. Może gdyby akcje ratownicze były płatne, to panienka sięgnęłaby do plecaka.

Hola, hola, powiecie. Miało być o ananasie! A ja znów uciekam do wspomnień. Ananasa zjadłam po drodze do Piątki. W wieczór przed wycieczką obrałam go elegancko i w woreczku włożyłam do lodówki. Sprawdził się w upale lepiej, niż miętowa woda mineralna. A jakby go tak zamrozić w plasterkach i zabrać w torbie izotermicznej? Mmm. Następnym razem tak zrobię.

Dzisiaj świeciło słońce. Wbrew wszelkim zapowiedziom i prognozom meteo. Dlatego zrobiłam ananasa grillowanego. Na zimę dużo lepszy, niż prosto z zamrażalnika, lodowaty niczym górski potok. Wykorzystując chęć na słodkie, zrobiłam od razu sos toffee (śmietanka 30% i brązowy cukier), starłam czekoladę na wiórki i wyjęłam bitą śmietanę z lodówki. Kompozycja przerosła moje oczekiwania.

To było najsłodsze danie, jakie kiedykolwiek jadłam! Nigdy wcześniej nie bolały mnie zęby na sam widok takiej ilości cukru w cukrze. Gorący ananas zamoczony w sobie toffee, posypany czekoladą. Na to bita śmietana. Żyć, nie umierać! To nic, że kiedy skończyłam degustację, wypiłam natychmiast dwie gorzkie herbaty i pobiegłam wymyć zęby dla równowagi. Opłacało się. Humor poprawiony o 100%. Wartości cukru nie mierzyłam, bo nie ma takiego glukometru na świecie, który pokazałby tak wysoki wynik. Zresztą, po co się stresować. Glukoza, fruktoza, cukry proste i złożone. Sama chemia. W końcu to czysta energia :D

Grillowanie powoduje, że cukier zawarty w owocach się karmelizuje (a patelnia jest cała przypalona, cha cha). Ananas zmienia smak, robi się dużo słodszy i jeszcze bardziej… ananasowy. Świeży, zaraz po obraniu wydaje się nieco dziwny. Inny, niż z puszki. Zdecydowanie. Na tym etapie dobrze mieć pewność, że na tej samej desce nie kroiłeś chwilę wcześniej czosnku, inaczej efekt będzie mieszany ;)

*Jak poznać, że ananas jest dojrzały? Przede wszystkim – powąchać. Osoby zakatarzone nie powinny tego robić w sklepie, ale już po zakupach w domu. Im niech wystarczy, że liście takiego ananasa łatwo odchodzą od siebie, a ‚kolce’ są brązowe. No i sam owoc nie jest supertwardy, tylko jego skórka lekko ugina się pod palcami. I kolor ma żółto-brązowy, a nie zielony jak papryka na pierwszym zdjęciu. Można jeszcze odwrócić ananasa i spojrzeć, czy czasem nie pleśnieje od spodu.

Do jedzenia ananasa polecam starocia. Kolesie znów się świetnie bawią, chociaż tekst nie zachęca do zabawy ;)

Z dedykacją dla Seven Day’sa. Jutro pogrzeb.Wednesday would be fine?

 

Duszne ciastko z dedykacją

Duszne ciastka nie zdarzają mi się codziennie. Smakuję, delektuję się, próbuję, kombinuję.

Zimowe jabłka mają w sobie liofilizowane słońce. Jeden gryz i od razu robi się cieplej na duszy. Lato było przecież tak gorące tego roku, że jabłka zdążyły zmagazynować w sobie nieskończone pokłady życiowej energii. Przemienione na jabłecznik lub szarlotkę z dodatkiem cynamonu działają cuda. Zatapiam zęby w kruchym cieście, parzę język gorącymi plastrami jabłek, ale nie poddaję się.

Kiedy na niedojrzałym jabłku przykleimy jakiś znaczek, wtedy będziemy mieć oryginalny prezent pod choinkę. Z dedykacją, monogramem, symbolem, datą. Tylko trzeba pamiętać, żeby go przy tym nie zerwać z drzewa ;)

Duszne jabłko wzięło mi się stąd, że słuchałam Pana Żądło. Mr Sting z brodą, w katedrze, w asyście doskonałych muzyków. I tradycyjna pieśń bożonarodzeniowa. O dusznym cieście i owocach. Wyobrażam sobie, jak brzmi śpiewana przez chór dziewczęcy. A jak przez kolędników. Albo przez starszą babcię, siedzącą przy Xmas tree. Duch Świąt unosi się nade mną w miesiąc po tym, jak obchodziłam Wigilię. Ale w kościołach dalej są śpiewane kolędy i pastorałki. Klimat zachowany.

 

Dziś imieniny obchodzi: Agnieszka i (sprawdźmy może)… Długomił, Epifani, Epifaniusz, Eulogia, Eulogiusz, Jan Chrzciciel, Jarosław, Jarosława, Jerosława, Józef, Józefa, Krystiana, Meinrad, Patrokles, Publiusz, Sobiesława. Jan Chrzciciel? Czy ja dobrze widzę? Tak to jest, jak ściąga się z internetu. No to wszystkiego dobrego nie tylko Agnieszkom, ale też wszystkim Babciom. Jubilatkom. Solenizantkom. Beznadziejnie brzmi ten wyraz, kiedy się go odmienia. „om” na końcu wygląda jak błąd ortograficzny.

Zamiast robić szarlotkę, można po prostu upiec jabłka. Nawet w mikrofalówce. Przekroić na pół, wydrążyć gniazda nasienne, posypać brązowym cukrem, cynamonem, do środka wrzucić po kilka rodzynek lub innych suszonych owoców. Ułożyć rozcięciem do góry na talerzu nadającym się do mikrofalówki. Włożyć na 3-4 minuty na pełną moc. Smacznego ;)

 

Można też wziąć na poważnie słowa Stinga i zagłębić się w swojej piwniczce w celu poszukiwania i znalezienia czegoś, co zastąpi śpiew kolędników aż do następnych Świąt. Mamy nadzieję, że będziesz zadowolony. Jabłko? Gruszka? Śliwka? Wiśnia? Panie, spraw, żebyśmy byli szczęśliwi. Duszne ciastko. Soul cake ;)

Modlitwa podróżnika

Modlitwa Pana Cogito Podróżnika.

Jak łatwo się zgubić, kiedy droga kręta, a drogowskazów brak. Jak łatwo odpuścić, kiedy sobie uświadamiam, że nie mam o co walczyć. Kiedy ideały, w które wierzyłam, okazują się mrzonkami. I kiedy po wszystkim uświadamiam sobie, że nie warto było poświęcać wszystkiego dla niczego.

Góry. Widziały już tyle krwi, tyle dramatów, wojen i porażek. Ludzie zostawieni przez współtowarzyszy, bo albo uratuje się jeden z nich, albo żaden.  Czy można mówić o etyce w górach? Czy samo to słowo nie jest zbyt poważne, zbyt wydumane, żeby w ogóle o nim wspominać w takich chwilach? Przecież lepsze jest wrogiem dobrego. Mądrość pokoleń pokazała, że  wielkie teorie nie oddadzą sensu lepiej, niż proste zdanie starego człowieka, który przeżył całe życie w górach. Zresztą, taki człowiek nie musi nawet nic mówić. Bo milczenie jest sztuką wyższą. Ja zatrzymałam się najwyraźniej na poprzednim etapie ewolucji.

Żebym rozumiał innych ludzi języki inne cierpienia

Może jedyną formą pociechy jest cisza? W niej można odnaleźć i zgubić siebie po stokroć. Wojownikowi w końcu nie zależy na wygranej czy przegranej. Zależy mu tylko na stoczeniu dobrej walki. W ramach lekcji życia ubrałam dziś czarną koszulkę z czaszkami. Długo nie musiałam czekać na efekty. Ale wolałabym, żeby życie nie dawało mi aż tak wyraźnych znaków, naprawdę. Chociaż…

a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze i bez wybaczenia

Zostałam uwiedziona. Spadł wczoraj pierwszy śnieg. Nareszcie w ciągu dnia jest jaśniej, niż w nocy. Polska to nie biegun, nie chcę mieć nocy polarnej aż do wiosny! Rozpalanie w kominku wreszcie nabiera zimowego sensu, patrzenie w ogień przypomina poprzednie lata. Strzelanie drewna jest przytulne, a dym przywodzi na myśl dobre chwile. „U was w domu pachnie ogniskiem”. Tylko kiełbasek na kijkach brakuje ;)

Wiecie, po co wymyśliłam sobie pisanie bloga? Jeśli macie jakieś pomysły – wpiszcie w komentarzach. Najbardziej urocze zostaną nagrodzone ;)

To będzie wpis z największą ilością tagów, jak sądzę. Tyle spraw się złożyło, normalnie jak w harmonijce. Leżały sobie uśpione spokojnie, aż nagle ktoś podszedł, rozciągnął harmonię na boki i wszystkie się wysypały. Podsumowanie należy do Pana Żądło. Rafał z PKP nie ma dziś wiele do powiedzenia swoim cyfrowym głosem. Mnie za każdym razem się coś w żołądku przewraca, kiedy piosenka jest mniej więcej w połowie drugiej minuty (2:28 i dalej). Nieważne, czy oglądam teledysk (co za durne słowo!), czy słucham. Nie jestem człowiekiem o wielu twarzach. Maska, którą noszę, jest jedna. I jeśli mówię, to mówię to naprawdę.

Na ukojenie tabletki ze słów Stinga:



——

Głosowanie rozpoczęte! Jeśli chcesz, żebym wygrała skuter (bo na nim można jeździć nawet bez prawa jazdy), albo nowego laptopa (żebym mogła oddać Ci swojego), albo nie wiem co, to możesz się wykosztować i włożyć energię w wysłanie sms-a o treści A00241 na numer 7122. :)

Every little thing She does…

…is magic!

Odkąd tylko usłyszałam go po raz pierwszy, zakochałam się na zabój. Chciałby być zapamiętany jako zwykły, rozsądny facet. I w ogóle mógłby być mocno staroświecki, gdyby nie fakt, że jest niesamowitym kolesiem. Ten typ się nie starzeje! Zawadiacki uśmiech, szalony błysk w oczach i głos nie do podrobienia, nawet przez Gotye ;)

Ilu jest tak wielkich muzyków na świecie, którzy na koncercie śpiewają równie fantastycznie, jak na płycie? Ilu potrafi bawić się swoją muzyką tylko po to, żeby stwierdzić, że to świetna zabawa?

Pan Żądło. Moja miłość.

Co tu dużo gadać. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym nie lubiła jakiejś jego piosenki. Może niektóre dziwaczne teledyski wytrąciły mnie z równowagi, jak na przykład Sting galopujący na srebrnym koniu. Ale poza tym, starsze teledyski mają w sobie magię – wszyscy byli młodzi, mieli dłuższe włosy i charakterystyczne stroje „z epoki”. Niesamowicie zaskoczyła mnie płyta Symphonicities. Najpierw nie mogłam jej słuchać, a potem nie mogłam się oderwać. Wróciło zauroczenie klasyką w klasycznej aranżacji.

Kiedy w moim mieście był mecz Polska-Nowa Zelandia, przyjechał do mnie Przyjaciel z rodziną. Rodzina poszła na mecz, my zostaliśmy w domu i zastanawialiśmy się, co tak podnieca ludzi w bieganiu innych za małą piłką. Do tej pory nie rozwiązałam tej zagadki. W swojej ignorancji wierzę, że jest to taki sport zastępczy. Popatrzymy i może nam też się kondycja poprawi ;)

Wtedy właśnie słuchaliśmy z Przyjacielem KASETY MAGNETOFONOWEJ  Mercury Falling. Postanowiliśmy w ramach wolnego czasu tłumaczyć teksty na bieżąco. Zostaliśmy przy The Hounds od Winter. Nie dlatego, że nam wciągnęło taśmę ;) Przerosło nas (mnie na pewno) tłumaczenie tego, czego wiele lat później dalej nie rozumiałam. I was dark as December. I was cool as man in the Moon. Same słowa potrafią wrzynać się w umysł niczym brzęczenie komara w cichą letnią noc. I jak tu nie brać ich do siebie, tych wszystkich słów? Czasem jednak cieszy mnie, że znam angielski. Chociaż wtedy boli jeszcze bardziej. Wersja katedralna zabija od środka. Taka prawdziwie zimowa, mroczna i wkradająca się w najciemniejsze zakamarki duszy. Znam tę piosenkę już tyle lat. Może dwanaście? Nie wiem, kiedy wydali to w Polsce. Wystarczająco dawno, żebym na zawsze kojarzyła ją z dzieciństwem.

Dziś kojarzy mi się również z jedną z niewielu osób, które potrafiły kaligrafować. Tamten świat. Zapach jabłecznika z aromatem waniliowym i cynamonem. Jedyny w swoim rodzaju omlet, nie do podrobienia. Perlisty śmiech, pomimo wszystko. Historie o tym, jak na lekcjach francuskiego pytała, czy może wyjść do łazienki (i podobno znikała z koleżanką na resztę lekcji). Pozostało kilka kartek i miliony wspomnień. Babcia. Nie do podrobienia. Skoro aż tyle zawdzięczamy tym, których nie kochamy, to o ile więcej zawdzięczamy tym, którzy nas pokochali. ♥

It seems that she’s gone
Leaving me too soon

I still see her face
As beautiful as day
It’s easy to remember
Remember my love that way
All I hear is that lonesome sound
The Hounds of Winter
They follow me down