Na jesienną chandrę

Oczywiście chandra jest tak głupim słowem, że nawet nie wiem, skąd to mi się bierze (że jestem mitologiczne zwierzę).

Witajcie.

Moje życie znów wywróciło się do góry nogami, a to dobry moment, żeby przysiąść nad blogiem, uzupełnić go o przepisy z ostatnich miesięcy i zrobić w końcu coś dla siebie.
Zrobić coś dla siebie.

Będę liczyć gwiazdy. :)

To moje motto od dłuższego czasu. Zająć się sobą, zaopiekować się tą małą dziewczynką, która domaga się więcej gorącego chleba i więcej ciastek czekoladowych. Do kawy. To już w ramach marzeń mnie obecnej.

Odkrywam się na nowo, a może w ogóle po raz pierwszy w życiu wiem, że prawdą są te wszystkie banały typu „jak weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie, to zobaczysz, jak dużo się zmieni”.

Wzięłam się w garść. W kwietniu wyprowadziłam się od chłopaka, bo nasze relacje przypominały opowieść Anthony’ego de Mello o facecie, który wsiadł do autobusu z wielką torbą. I tak siadł, trzymając torbę na kolanach. Ludzie go pytali, co tam wiezie, a on na to, że bombę. Na to zebrał się tłum i krzyczy” Bomba? To niebezpieczne! Proszę natychmiast włożyć ją pod siedzenie!”.

Ekhm. No właśnie. Miałam dość trzymania bomb pod siedzeniem autobusu.
Czytam bardzo dużo książek. Jestem z tych osób, które wyrabiają polską normę dla kliku osób miesięcznie, więc zawyżam cholerne statystyki. W które po pięciu latach socjologii nie wierzę, bo statystyczny Polak nie istnieje. Ale całego „Przebudzenia” jeszcze nie przeczytałam ze zrozumieniem. To zupełnie jak z „Prorokiem” Khalila Gibrana.

Zresztą, ja uwielbiam książki, które można czytać sto razy i dalej być w nich zakochaną. Uwielbiam je nad wiele, wiele rzeczy. I spraw. Tak na przykład są dla mnie ważniejsze, niż niektórzy znajomi.

I niż masło orzechowe.

I moje niektóre zdjęcia (szczególnie z czasów, kiedy dopiero uczyłam się trzymać lustrzankę w rękach).

I nawet ważniejsze, niż mój ulubiony kubek, który dostałam w prezencie od chłopaka. Kubek jest z cieniutkiej porcelany, wysoki, chudy jak ja i równie piękny. :) A wszystko smakuje z niego lepiej. Całkiem poważnie!

Książki. Jestem zawalona książkami, odkąd się tu przeprowadziłam. W mieszkaniu Maćka i w domu na wsi na wszystko było mnóstwo miejsca. Było więcej pokojów, więcej półek. Nie musiałam mieszać bakalii z foremkami do ciast i kłaść ich obok trzydziestu książek kucharskich. I około dwóch tysięcy przepisów w segregatorach.

I obok podręcznej biblioteczki, takiej złożonej pewnie ze stu pięćdziesięciu książek. Rodzina w domu nie może odżałować do tej pory, że wzięłam tylko część swoich książek, bo ich już się nie mieszczą. Więc jak tylko przyjeżdżaliśmy z Maćkiem samochodem, od razu znajdowały się jakieś kartony z książkami, które na pewno chcę zabrać. :)

Takie życie, pełne przepisów, książek, zdjęć i kolorów.

Nie powiem, brakuje mi wszystkiego. Przede wszystkim, brakuje mi nas z czasów, kiedy wszystko było super i marzyliśmy, żeby się w końcu przeprowadzić na wieś na stałe. Siedzieliśmy w fotelach z Ikei, na gołym betonie, grzejąc stopy na podłogówce i smażąc kiełbaski w kominku.

I było genialnie, cholernie genialnie.

A potem nastąpiło życie, które jak zawsze jest totalnie inne, niż nasze wyobrażenia. A szaleństwo to wciąż robić tą samą rzecz w ten sam sposób i liczyć, że wyjdzie coś innego.

Nawet pan Albert E. to wiedział.

PS. Maciek tego na pewno nie przeczyta. Czytał mój blog tylko na samym początku i tylko przez przypadek, kiedy przy udostępnianiu mu zdjęć z naszego pierwszego (ach, ach. ach) wyjazdu w Karkonosze. Prawie tylko we dwoje. Z jego wspaniałym przyjacielem, który tylko się uśmiechał w BARDZO charakterystyczny sposób i udawał, że szybko zasypia. ;)

A potem… już wiedział, dlaczego robię tyle zdjęć jedzenia. I najwyraźniej na tym poprzestał, bo nigdy nie skomentował nawet słowem moich tekstów na temat budowy, życia, wyjazdów i czegokolwiek.

A jeśli dotrwaliście do teraz, oto nagroda-niespodzianka. Piosenka, której chętnie będę używać jako budzika i będę się przy niej (może?) w końcu gimnastykować. Bo na pewno nie będę uprawiać fitnessu we własnym pokoju! Wystarczy, że mam na parapecie bazylię i rozmaryn.

Piosenka, którą usłyszałam w bacówce równe trzy lata temu. A wczoraj znalazłam małą żółtą karteczkę z nazwą piosenki. I zakochałam się w życiu od nowa!

Jest! Jest! Jest! Toaleta!

Oł je je je! Waka! Waka!

Aż chcę tańczyć i skakać. Mamy w końcu kibelek na naszej budowie! Koniec z wychodzeniem zimą, wiosną, latem i jesienią na zewnątrz do domku z serduszkiem! (Wprawdzie u nas jest kwadracik, ale po dupce wieje jednakowo.) Od niedawna jest nawet z aire acondicionado, czyli rurą „wyziewową” jako wentylacją, ale to jednak nie to samo, co ceramika łazienkowa…

Czytaj dalej

Zachód zachodem

… ale wschód musi być po naszej stronie!

Nadchodzą coraz dłuższe dni. A co za tym idzie, wschód słońca będzie coraz wcześniej. A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno, a widziałam wschód o ósmej. I zaspanymi oczami, dłońmi szukającymi filiżanki kawy i neuronami w mózgu, wciąż działającymi w trybie uśpienia, zrobiłam to zdjęcie. Niby zdjęcia robi się aparatem. Ale to już by było czepialstwo. A potem, żeby wszystkich zazdrość wzięła i szlag trafił, pokazywałam je każdemu, kto się napatoczył.

Że ja tak mam na co dzień. Że jak wstanę i wyjrzę przez okno, to właśnie tak jest. I że zamiast parkingu kilkanaście pięter niżej albo ruchliwego ronda, mam widok na polanę i las. Że mam niepowtarzalne okazje. Stworzone jakby tylko dla mnie.

Oczywiście nie wierzcie, że tak jest codziennie. Dzień później przyszła gęsta mgła i jak wychodziłam po drewno, to ledwo widziałam na kilka metrów. A gwiaździste niebo widziałam dopiero w połowie stycznia i to tylko przez minutę. Bo sypał śnieg, a jak śnieg, to i chmury są. Proste.

Ale jakby się nie upierać, byłam the one and only, która miała 14 grudnia 2012 roku taki widok z okna.

I pomyśleć, że można mieć tak codziennie. Tylko weź się obudź człowieku, wygrzeb spod cieplutkiej pierzyny, znajdź aparat, uruchom go i jeszcze spróbuj zdążyć, zanim krajobraz zmieni się nie do poznania. Łap chwilę!

Jak to mówią, nawet największe szczęście nie jest szczęściem, jeśli nie masz się z kim nim podzielić. I wtedy myślę, że prąd się przydaje, nie tylko na parę godzin w sobotę po południu, żeby naładować akumulator. Ale szczególnie wtedy, gdy dzieje się coś pięknego, a Ktoś Bliski jest daleko. Tu przecież trzeba tak niewiele, a jak wspaniale razem można marzyć.

Zdumienie. Coś, czego nie da się perfekcyjnie udawać. Świat jest tak zrobiony, że szczere zdumienie ma w sobie taką iskrę. Niepowtarzalną energię, zdolną odmienić wszystko. Coś doskonale znanego nagle Cię zaskakuje. I  widzisz rzeczywistość inną, niż chwilę temu. Niby nic się nie zmieniło. Ale zmieniło się w Tobie i to ma znaczenie. Nic nie będzie takie samo. Ani lepsze, ani gorsze. Będzie inne.

Zbieram takie zdumienia. Że świeży rozmaryn sprzedają w słowackim Tesco i że myszy się go nie imają. Że zupa z tymiankiem przywraca myśli o swoim domu, chociaż tymianku może w nim nie było. Że zupa czosnkowa z czterech ząbków czosnku jest bardzo delikatna, za to z dwudziestu jest BARDZO aromatyczna, ale żołądek boli po niej przez dwa dni. Zębów też myć nie trzeba, bo skóra przechodzi czosnkiem i takie mycie zębów tylko psuje efekt. W końcu czosnek sam w sobie jest antyseptyczny czy jakiś tam.

Takie proste zdumienia. Chwile, do których warto wrócić, żeby stworzyć je na nowo i po raz kolejny. Żeby wypić setny raz czarną herbatę i poczuć jej smak, jakby to była pierwsza herbata w życiu. Żeby spróbować Primitivo i w zupełnie innym miejscu, w kompletnie innych okolicznościach, mieć wrażenie, że czas się zatrzymał. Smakować życie.

Prostota. Kto jej szuka zbyt głośno i zbyt szalenie, może jej nigdy sam nie odnaleźć. Zbyt dużo myślenia nie sprzyja przecież działaniu. A tu chodzi tylko o to, żeby przejść do działania. Pokroić wszystko, dodać oliwy, soku z cytryny, soli i pieprzu. Podzielić się obowiązkami przyjemnościami – kto robi kawę, a kto idzie po ciastka? Usiąść i zjeść pół takiej ogromnej miski sałatki, jakby to było nic.

I wcale nie myśleć o tym, że jak dziś zjemy wszystkie kabanosy, pomidorki koktajlowe, czarne i zielone oliwki, to następne może będą za tydzień. A ty s(obi)e radź. Ale jak smakuje taka sałatka. I takie warzywa – wyczekane, śniące się po nocach, wywołujące skręt żołądka na samą myśl, że by się zjadło.

Chcąc, nie chcąc, przechodzę przez szkołę pragmatyzmu i cierpliwości. Potem dochodzi do kulinarnej rozpusty i jak przez tydzień wymyślam dania z jednego selera, ziemniaków i cebuli, tak potem dostaję oczopląsu na widok tylu dobrych rzeczy naraz. Dla mnie. Dla nas. Dwa dni wcześniej mam milion pomysłów. Aż czasem głupio o nich mówić, bo niektóre wymagają niezłego biegania po sklepie. Nie mojego biegania. I nie wszystkie są możliwe do zrobienia. Chociaż… za każdym razem przekonuję się, że ograniczenia tkwią w głowie, nie w okolicznościach. Da się, wykorzystując piec kaflowy, zrobić dużo więcej. Współczesnemu człowiekowi, dzierżącemu piekarnik z termoobiegiem w dłoni, może się wydawać, że to jest koniec świata. A tu chleb można piec, rogaliki, scones, pora z gorgonzolą, karmelizowane warzywa, ciasto bananowe, muffinki cytrynowe i w sumie to wszystko, co tylko się wymyśli. Jeśli znajdzie się dobra dusza i przyniesie na swoich plecach trochę (trochę?! masę!) składników. Masło o smaku i wyglądzie masła na ten przykład. Albo całą epę maszketów.

Także szkołę wdzięczności też mam. To chyba najcięższa szkoła, ale mam nadzieję, że po moich wygłodniałych oczach widać, jak bardzo mnie wszystko cieszy. Bo cieszy sam gest. Sama chęć. Obecność. Jedzenie jest niezwykle ważnym dodatkiem do Osoby, ale wciąż dodatkiem. Wiadomo – im więcej można wymyślić, tym radość większa, że oto wreszcie nie gotuję tylko dla siebie. Że tak, właśnie tak, tu i teraz, będzie z kim usiąść przy stole, spojrzeć na siebie i spytać: Może sałatki?

Dokąd idziesz?

Moi Drodzy!

Pozdrawiam Was serdecznie znad mojego komputera. Który stoi na moim taborecie. Przy moim łóżku. Obok leży rozwalony pies. W pozycji horyzontalnej, ma się rozumieć. Ale nie w stanie rozkładu. Stwierdziłyśmy zgodnie z siostrą cioteczną, że wygląda, jakby ktoś miał ją nadziać na rożen. Gotowa do upieczenia. Tyle, że to chude takie, jak nie przymierzając, ja sama. Worek na kości.

Nie mam zdjęć, jak leży obecnie, ale jeśli potraficie wyobrazić sobie elegancko śpiącego psa, to ona wygląda zupełnie inaczej. ;) Teraz wyobraźcie sobie psa, który śpi z głową pomiędzy wszystkimi łapami, zwiniętego w podwójny kłębek i nieporuszonego żadnym dźwiękiem ani jedzeniem (!). To już wiecie, jak wygląda.

one day you see a strange little girl look at you
one day you see a strange little girl feeling blue

Po takim pięknym wtręcie na temat psa, powróćmy do tematu głównego. Siedzę na swoim łóżku i tak dalej. Pośród Rodziny. Czuję się jak w Boże Narodzenie, tyle ludzi w domu. Wróciłam wczoraj w nocy z Banieczką i Q., i Mamą Banieczki. Jestem. Specjalnie po to, żeby było nas jeszcze więcej! Udało mi się to przede wszystkim dzięki brzydkiej pogodzie w Beskidach i wyrozumiałości Szefa.

Zaczęło się niewinnie, jak wszystkie przygody. Otworzeniem okna w pociągu. I to nie tak zwyczajnie. Po paru latach jeżdżenia w Beskidy otwieram to okno rytualnie. Zamykam oczy, mocno ciągnę za uchwyt i głęboko wdycham powietrze.

Żaden zapach nie równa się z tym jedynym. Łąka po deszczu. Zioła, zboża, ciepły wiatr ku dolinom. Promień słońca na twarzy. Otwieram oczy. Jestem w innym świecie. Który nie należy przecież do nikogo, chociaż jego Mieszkańcy czują się tu prawdziwymi gospodarzami. Ale może dojdę do tego później. Jutro? Po kolejnym powrocie?

she’d run to the town one day
leaving home and the country fair

Włażenie pod górę z plecakiem, co ważył tyle, co prawie pół mnie…. Lipa totalna z tym pakowaniem. Jakoś nie wychodzi mi to za dobrze. A mogłam wychodzić pod górę z małą reklamóweczką (lub torbą na kółkach. I wjeżdżać na rolkach. Z prostownicą dzierżoną w jednej dłoni, a mikrofalówką w drugiej).

Zytko Maurion i reszto, nie idźcie tą drogą.

Ekhm. Pakowanie. Dalej i dalej wkładam coraz mniej, a to waży coraz więcej. Z każdym krokiem pod górę przybywa ciężaru. Jakby się uparło, że mają mnie boleć ramiona. Do tego stopnia, że po zdjęciu plecaka nie daję rady ich wyprostować przez długi czas.

A droga długa jest
Nie wiadomo czy ma kres
A droga kręta jest
Co dalej za zakrętem jest
Kamieni mnóstwo
Pod kamieniami leży szkło
Szło by się długo
Gdyby nie to szkło to by się szło

Kiedy wyszłam na górę w pięknych okolicznościach fauny, a być może i flory, jak to mówiła Żulietta w Baśni o ludziach Stąd, wyglądałam jak resztka samej siebie. Chciałam zrzucić plecak z ramion i spędzić tak całe popołudnie, jak ona na zdjęciu poniżej.

Błogostan. Szczęśliwe nicnierobienie. Podnoszenie powiek jako ćwiczenie wybitnie fizyczne. Bardzo delikatne ruszanie kończynami, żeby tylko się upewnić o ich jedności z resztą ciała. Bezmyślne gapienie się w krajobraz. Tyle. Nie było mi to dane. Nie po to tam wyłaziłam.

Chyba już można iść spać
Dziś pewnie nic się nie zdarzy
Chyba już można się położyć
Marzeń na jutro trzeba namarzyć

I nie po to, żeby spać. Nie potrafię o tym napisać dziś. Niemoc twórcza mnie ogarnęła.

Kiedy się odnajdę, z wielką przyjemnością napiszę Wam, jak górol spotkał się z krawaciarzem. I dlaczego szmata w wiadrze pełnym wody może świadczyć o dobroci człowieka. Albo jak to jest po ośmiu latach założyć znów zegarek na rękę.

Ale dziś przejechałam w deszczu jakieś sto kilometrów z górki, pod górkę, z górki, pod górkę. Szybciej, bo teren niezabudowany i wolniej, bo nastawiali tych fotoradarów jak bud na odpuście. A jak wszyscy w samochodzie mają prawo jazdy dłużej od Ciebie, to normalnie tacy mądrzy, że cho cho. Fakt, rady są cenne, ale w pewnym momencie człowiek gubi się w hałasie, dobrych radach i wymianie doświadczeń. I już nie wie, czy jechać na luzie, jedynce, dwójce. Czy może wysiąść i zabrać kluczyki.

A niech tam nawet sobie krzyczą przez okna i się pytają, dokąd idę!

Łososiowy jest po prostu żywot mój

Piękny tytuł, nie ma co.

O łososiu jest na końcu, zainteresowanych przepisami zapraszam sporo niżej. A teraz małe podsumowanie. Mogło być większe, a i tak doprowadziłam je do daleko idącej syntezy. Antytezy. Entropii. I sublimacji.

Gorąco (!) pozdrawiam Was z Warszawy. Upał jak się patrzy, wycieczki rowerowe zaliczone, otwarty basen na Saskiej Kępie to rewelacja – odwiedziłam dziś i można wleźć na cały dzień. Można wchodzić, wychodzić, od 10-tej do 19-tej za 15 złotych. Już nie wiem, czy bardziej się  nazwiedzałam, opaliłam, czy zdarłam sobie nogi w nowych butach.

Tak to jest, jak zamiast siedzieć spokojnie na tyłku, ja wolę pozwiedzać, przejechać dziennie trzydzieści czy czterdzieści kilometrów i potem płakać na blogu, jak to mnie d**a boli. O nogach nie wspominając. :)

 

  1. Pegazy na Placu Krasińskich przed gmachem Biblioteki Narodowej. Ustawione w 2008 roku w ramach obchodów Roku Herberta, stoją do dziś i cieszą oczy. Jest ich więcej, full kolor, nie tam jakieś black and white.
  2. Ścieżka rowerowa na Wale Miedzeszyńskim. So cute! Czyli jeszcze nie widziałam, żeby ktoś z taką pieczołowitością obmalował słupki i w ten sposób oznaczył teren wyłączony z ruchu na ścieżce.
  3. Dążenie do ideału najwyraźniej nie poszło w parze z ortografią. Tak raziło w oczy, że aż się płakać chciało. Pozostaje wierzyć, że to specjalnie w Loesje tak  ktoś wymyślił.
  4. Opuszczona zjeżdżalnia przy wale wiślanym. Wygląda jak porzucone dziecko dinozaura.
  5. Fontanna na Skwerze im. I Dywizji Pancernej lub też przy Multimedialnym Placu Fontann. Wieczorami można tam obejrzeć pokazy Woda – Światło – Dźwięk. Podobno super, tylko regularnie zapominam, że chcę się tam wybrać na taki pokaz. Na razie moczyłam tam nogi. Też niezłe wrażenie.
  6. „Gdański” bar mleczny, który miałam przyjemność odwiedzić już dwa razy. Mają świetne blinki z jabłkiem, niezłe knedle ze śliwkami i naprawdę dobrą pomidorową. Więcej nie próbowałam, ale ceny są takie typowo jak w barze mlecznym – niewysokie. A klimat jest bezcenny. Ten zapach. To menu. Ten wystrój!
  7. Zegar na Rynku Mariensztackim czy to może już na ulicy Sowiej. Takie miejsce w samym centrum, które zupełnie nie wygląda na samo centrum. Cisza, spokój, knajpka, koniec drogi, mała fontanna. Dobre miejsce do siedzenia z książką, chociaż leży pod samą trasą W-Z.
  8. I jeszcze raz klimat Baru Gdańskiego przy ulicy Andersa. Nie zapomnijcie zajrzeć na obiad.

 

Siedzę tu już praktycznie od tygodnia, z małą przerwą na wspaniałą zabawę pod Krakowem na weselu kolegi. Opis rosołków i innych elementów byłby totalnie nudny (ile można zachwalać jedzenie), także daruję sobie. Liczyła się zabawa, śmiech, radość. I przede wszystkim – świetne towarzystwo. W trakcie wesela poznałam kolejne osoby warte wspomnienia, ale nie mogę zdradzić Wam tematów rozmów, chociaż bardzo bym chciała. To by brzmiało tak niewiarygodnie i dziwnie w formie pisanej, że tym razem sobie daruję. To mniej więcej coś w tym stylu, jakbym teraz spytała Was ni stąd, ni zowąd, czy coś ukradliście, a Wy byście mi zaczęli wyznawać, że tak, że w dzieciństwie wafelka kokosowego czy gumę Turbo. No nie wiem, tak sobie zmyślam teraz.

Zachowam się teraz jak IMGW i wydam ostrzeżenie. NIE ŁAPCIE BUKIETÓW Panny Młodej! Grozi to uszczerbkiem na zdrowiu duszy i ciała. Serio. Tak właśnie się wydarzyło tym razem i moja Przyjaciółka wróciła z wesela z bardzo mocno stłuczonym palcem. Całą noc obkładała go lodem, a rano myślałyśmy tylko tym, czy jest złamany, czy nie.

Zobaczyłam tam też Człowieka-Zombie. Rozkminialiśmy dziś ze znajomym, jak dochodzi do sytuacji, że człowiek wygląda, jakby równocześnie rozjechał go pociąg, walec drogowy go nie zauważył i służył za worek treningowy przed meczami bokserów? Ale prawdziwa przyczyna jest mi dalej nieznana. Pod koniec zabawy miałyśmy ochotę z koleżanką poprosić fotografa o zdjęcie z tym kelnerem, ale w końcu sobie darowałyśmy. Do tej pory nie widziałam jeszcze człowieka z tak ponurą, a jednocześnie obojętną i odpychającą miną, który miałby ruchy robota. I sprawiał wrażenie człowieka siłą odratowanego ze statku kosmicznego. Ale już po wyssaniu części mózgu.

Kiedy tylko podchodził do naszego stolika, od razu odwracałyśmy z przyjaciółką głowę, jak jakieś dzieciaki, bo nie mogłyśmy się opanować ze śmiechu. Człowieka bawią różne rzeczy… Śmieszno i straszno. Ten facet był mniej więcej z tej samej bajki, co te kobiety, spotkane kiedyś na Węgrzech. Tyle, że one specjalnie, a on bezwiednie.

Za to jak już urządzam wieczór skarg i zażaleń, to napiszę, że mam KAŻDY palec u nogi obdarty. I pięty też. Każdą z obu stron. Jedne bolączki od butów na wesele, inne od tych, które ubrałam po weselu, inne od sandałów, a jeszcze inne wzięły się z bliżej niezidentyfikowanej przyczyny i nie robią tu żadnej różnicy. Przynajmniej mnie nie robią, bo i tak jestem żywą reklamą plastrów.

W sumie mogłabym owinąć sobie całe stopy bandażem elastycznym. Nie  dość, że efekt byłby piorunujący, toą jeszcze oszczędziłabym sobie głupiej roboty z każdym palcem i piętą. Tylko wtedy już nie wcisnę żadnych butów.  Zresztą, co to kogo obchodzi, ile kilometrów bandaża mam na sobie. Najwyżej spuchną mi odnóża dolne i tyle. A w góry będę szła na rękach. Zaczynam trenować. Szukajcie dobrego ortopedy.

********************

A gdybym miała napisać coś tylko o dzisiejszym dniu… Spędziłam go bardzo przyjemnie. Częściowo w zimnej wodzie basenu, a w dużej mierze ze znajomym z pracy. Siedząc w barze mlecznym nad blinkami z jabłkiem i nad knedlami. Zwiedzając miejsca pamięci z czasów II Wojny Światowej i przemierzając parki w środku miasta. Co to było za spotkanie. Czas leciał jak szalony, a tematów do rozmów nie brakowało. Spotkać Człowieka, który rozumie, co myślę. Który zna nazwiska socjologów, antropologów, filozofów. Który zajmował się wieloma różnymi zadaniami. A mimo to rozbrajająco szczerze mówi, że jest początkującym gitarzystą, perkusistą, uczniem sztuk walki i tak dalej. Szumi magia, dźwięczy dziecięca radość, szemrze uśmiechnięta prostota.

Wróciłam. Gdzieś niedaleko ktoś słuchał Stairway to heaven. Kiedy ja to słyszałam…

There’s a feeling I get when I look to the west,
And my spirit is crying for leaving.
In my thoughts I have seen rings of smoke through the trees,
And the voices of those who standing looking.
Ooh, it makes me wonder,
Ooh, it really makes me wonder.

And it’s whispered that soon if we all call the tune
Then the piper will lead us to reason.
And a new day will dawn for those who stand long
And the forests will echo with laughter.

If there’s a bustle in your hedgerow, don’t be alarmed now,
It’s just a spring clean for the May queen.
Yes, there are two paths you can go by, but in the long run
There’s still time to change the road you’re on.
And it makes me wonder.

Starałam się jak najdalej odsunąć od siebie piosenkę Crimsona. Epitah. Dlaczego tak często spotykam fantastycznych ludzi, których potem już nie mam okazji widzieć, słyszeć, z którymi nie mam jak spędzać czasu? To nie pierwsza taka sytuacja. Tak jakbym miała tylko jedną szansę na każde spotkanie. Reszta jest zawsze ogromnym niedopowiedzeniem. Albo nieplanowanym skutkiem zaplanowanych działań. Jakby mój świat miał się składać z wielkich puzzli, które do siebie idealnie pasują, ale każdy ma inny obrazek. Jedno spotkanie, jeden element układanki. Pstryk. Jedziemy dalej. Następne spotkanie i tak dalej. Budzi się we mnie wulkan goryczy. Dlaczego tak się dzieje?

Ludzie są, są, są. Potem ich spotykam i nagle ich nie ma. Wyjeżdżają, znajdują pracę gdzie indziej, wracają do siebie, przeprowadzają się i tak dalej. A może to kwestia podróżowania. Jakbym siedziała w jednym miejscu, to nie poznałabym nikogo i nie miała takich problemów. Whatever.

Cokolwiek przez to rozumiecie, prawdopodobnie będziecie się mylić. ;)

 

Łosoś

Kurczę (czyli, że nie ryba), mózg mi się lasuje od tych upałów. Albo piszę notatki na kilkaset słów, a w tytule szumnie zapowiadam coś dobrego, albo piszę tytuł zupełnie niekulinarny i wrzucam kilka przepisów naraz. Żadna różnica. Przepis na łososia wygrzebałam bez większego trudu na stronie Food&Wine. Mają tam niezłe pomysły, a w dodatku na tyle dobre, że nie miałam ochoty niczego zmieniać. Smaki skonstruowane specjalnie pode mnie. I pod aktualną promocję w markecie.

Podam Wam te składniki, które sama wykorzystałam. W razie jakby co, możecie zajrzeć do oryginału ↑↑↑.

Smażony łosoś z pomidorowym winegretem

Czas przygotowania: 30 minut (naprawdę!) | Trudność: łatwe (niewiarygodnie wręcz, robi się samo)

Składniki:

  • 4 duże, dojrzałe pomidory
  • 1 duża młoda cebula, posiekana
  • 1 łyżka kaparów, odsączonych
  • 2 łyżki czerwonego octu winnego
  • sól kuchenna i gruboziarnista
  • oliwa z oliwek
  • 4 kawałki łososia, ucięte z filetu ze skórą
  • świeżo zmielony pieprz
  • 1 łyżeczka ziaren kuminu lub 1/2 łyżeczki zmielonego
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 2 czubate łyżka posiekanej natki pietruszki
  • 2 czubate łyżki porwanej bazylii

 

Przygotowanie:

  1. Rozgrzać piekarnik do 220°C.
  2. Pomidory pokroić na ósemki, wymieszać w misce z posiekaną cebulką, kaparami, octem winnym i mniej więcej 3/4 łyżeczką soli kuchennej. Odstawić.
  3. Rozgrzać dobrze patelnię nieprzywieralną (najlepiej nadającą się do piekarnika). Łososia obsypać solą i pieprzem. Na patelnię wlać 2 łyżki oliwy, włożyć łososia skórą do góry i obsmażyć na złoto-brązowo przez 3 minuty. Następnie odwrócić skórą do dołu i wstawić do piekarnika na 7-10 minut, zależnie od wielkości filetów. Przełożyć na talerze i zlać z patelni tłuszcz.
  4. Tę samą patelnię postawić na średnim ogniu, włożyć na nią pomidory, kumin, olej rzepakowy i 2 łyżki oliwy z oliwek. Gotować przez dwie minuty, aż pomidory zmięknną, odrywając w tym czasie wszystkie resztki, które przywarły do patelni. Rybę polać gotową mieszanką, posypać pietruszką i bazylią. Podawać od razu.

 

Pyszne. Szczególnie z miętową herbatką, zaparzoną z mięty zrywanej w swoim ogródku.

Rzut kamieniem do padnięcia

Zabrałam się dziś za wiele rzeczy naraz. Z głupa i bez większego przemyślunku. Jak jakaś idiotka i kretynka, której mózg został wystawiony w Sèvres jako próżnia doskonała.

Żeby nie było, że jestem kompletnie zboczona na punkcie jedzenia, podzielę sobie wpis na kilka części i sami sobie wybierajcie, co chcecie przeczytać. O żarciu będzie na końcu, możecie nawet tam nie zaglądać. A co mi tam.

Rozdział I pod bosko brzmiącym tytułem „Jadę do stolycy”

Jak w tytule. Jadę, jadę i dojechać nie mogę.

Firma, od której zależy termin rozpoczęcia pracy postanowiła wykorzystać nową świecką tradycję i oddać później dokumenty. Miałam przez to jechać w tę niedzielę. A nie w środę, która bodajże minęła wczoraj. A tu, masz babo placek, jednak się zastanowili i nie zdążą. Co tam, że ja już kupiłam sobie bilet na Polskiego Busa. I że takie przeciąganie terminu nie jest mi na rękę, bo tęsknię za górami. I mam tam coś do załatwienia. A może nawet kogoś do załatwienia. Jak tak dalej pójdzie, wyjadę za tydzień, zamiast wtedy spokojnie wracać i pakować śpiwór, a na nogi ubierać nowe buciory do testowania.

Co mogę powiedzieć. Już się przyzwyczaiłam nie planować dalej, niż jak do wieczora tego dnia, który się zaczyna. Ewentualnie do następnego poranka. Nie bądź taki do przodu, bo cię sznurówki wyprzedzą.

Ładne zdjęcie, nie? Z materiałów prasowych Polskiego Busa.

 

Rozdział II pod chińskim tytułem „Wojna z tygrysem”

Przyczajony tygrys, ukryty smok. Do you know what it feels like for a girl in this world? Szczególnie jak to jest być małą dziewczynką z wielkimi zębami, długim tułowiem i umaszczeniem prawdziwego tygrysa? Jak to jest być kilkumiesięczną suczką, która na widok szczotki do zamiatania dostaje szału z radości, jakby widziała przyjaciółkę. I która na widok grabi (co za słowo) warczy jak traktor? A potem zapomina się i rzuca się z na wpół wyrośniętymi kłami wprost na rękę Zytki, zamiast na wyimaginowanego wroga.

Także wyglądam jak po przegranej bitwie z dzikim zwierzęciem. Cała jestem w odbiciach ubłoconych łap (trzeba się poprzytulać), ręce mam podrapane od wyjmowania jej z pyska swoich spodni (ach, jakie to cudowne – pogryźć nogawkę), a spodnie mam w całości tylko dzięki cudowi (bo raczej nie dzięki uspokojeniu się psa, które to uspokojenie nastąpiło dopiero przy pełnej misce z jedzeniem).

Jedynie łopata, uderzająca o wapień powstrzymywała suczkę od rzucania się na narzędzia ogrodnicze. Wszystkie inne przybory do odchwaszczania, odgarniania, czyszczenia i porządkowania służą temu psu do radosnego wyrywania szczęką szpadli, stylów i ogólnie wszystkiego z rąk. I do zabawy w ogrodnika. Albo psa ogrodnika. Sama nie sprzątnie, drugiemu nie da.

Tutaj na przykład chciałam wyczyścić kilka dni temu czosnek. Taaaaa. Proszę bardzo. Wyrywamy? No to sru, suczka wyrwała trzy główki czosnku i ukontentowana, zeżarła na moich oczach pomimo próśb, gróźb i wyjmowania z pyska. Jeśli potrzebujecie głębokiego dołu, proszę bardzo. Ona jest lepsza od koparki. I nie potrzebuje paliwa.

 

Rozdział III, czyli jak to z kuchnią wyszło

To nie jest tak, że ja wstaję i już mam milion pomysłów co zjem na obiad. Ja mam od tego cztery wielkie segregatory i stertę książek. Kiedyś prezentowałam te zbiory, także zdjęcie jest:

Hmm. Segregatory widać trzy. Czwarty pewnie służył mi za krzesło.

Staromodnie, kompletnie staroświecko – zrobiłam sobie prażone jabłka na szarlotkę i dżem z czerwonych porzeczek. Zagniotłam ciasto na pizzę. I na focaccię. Z samym przygotowaniem jabłek zeszło mi kilka godzin, bo nawet po darowaniu sobie obierania, trzeba było wydrążyć środki i odkroić z maleńkich zielonych owoców obite części. Te papierówki to takie spady. Wór spadów łypał na mnie oczkami i darł się w niebogłosy, że albo go przerobię, albo zjedzą go robale. Czy co tam jest w stanie zjeść takie kwaśne jabłka.

Do zdjęcia sprytnie poukładałam te jabłka tak, że wyglądają przepięknie. Kurde, toż to zakłamywanie rzeczywistości, bo prawie każde było obite, albo wygryzione w środku.

Więcej nie piszę o jedzeniu. Zjadłam pół pizzy, wielka focaccia czeka w kolejce, do tego trzy małe tartaletki z masą śmietankową i pomidorami. To tak w ramach oczyszczania zamrażarki. Ekhm.

 

Rozdział IV, zwany też potocznie zakończeniem

Dziękuję bardzo za uwagę. Do zobaczenia jak skończymy czterdziestkę.

Życie. Miłość. Radość. Szczęście. Spełnienie. See You.

Proszę sobie dobrze przyswoić piosenkę, która tu niżej powinna się pięknie wyświetlić. Słuchać, proszę słuchać!

Zytka

 

To było tak dawno

 

Są mosty na wzgórzu spalone w południe
i tarcza blaszana nad drzwiami fryzjera
i brzytwa po której nie krzepnąc krew spływa

Nie wiem, jak mają inni Blogerzy, ale dla mnie samo wpisywanie tagów do wpisu to już jest wyczyn myślowy. Najpierw wpisuję tagi, a potem myślę, skąd mi przyszły takie do głowy. Chwila zamyślenia. Moment zatrzymania. Przymykam powieki. Żebyśmy się poznali.

Ty i Ja. Pięć liter. A słowo pięć ma tylko cztery.

Moje miłości pomiędzy Ty i Ja nieskończenie blisko związane są z górami. Nawet szalone zakochanie w zupce chińskiej o smaku sera w ziołach zaczęło się i skończyło w górach. Gdzieś do tej pory mam paragon z pierwszej wycieczki o smaku Nudli.

(Czy ja mogłabym pisać o miłości bez pisania o jedzeniu???)

Słucham. W życiu piękne są tylko chwile. Zapamiętujemy je, żeby odtwarzać. Kiedy wszystko zaczyna się walić. Kiedy brakuje pomysłu na temat do rozmowy. Kiedy szukamy inspiracji do obiadu.

(Poddaję się. Nie umiem pisać o miłości bez wtrętów o żarciu.)

Chwile, które łączą Obecnych. Dzielą Rzeczywistość na Tu i Teraz oraz na Tam i Kiedyś.

w miasteczku anioły więdnące na drzewach
od czterech miesięcy nie golą już bród

Kiedy przygniata pewność niepewności, a rzesze ludzi zdają się przypływać i odpływać, jak pod urokiem zmiennych faz Księżyca, pozostaje spojrzeć wysoko w górę. Odszukać Gwiazdę Polarną. Odetchnąć powietrzem czystym jak dziecięca łza. Pobiegać boso po rosie. Bawić się ze szczeniakiem. I uśmiechać szczerze do własnych myśli.

Za murem szkło tłucze wylękła dziewczyna
a tarcza blaszana jak słonce się żarzy
wiec mruży dziewczyna swe oczy i ślepnie

Połączenie odrażających zapachów i wzruszających dotyków. Ostra mieszanka tego, co niewypowiedziane z tym, co krzyczą na dachach. Oddarcie z intymności na rzecz pierwszej strony w kolorowym tabloidzie. Ucieczka daleko w świat bez telewizji i zasięgu sieci komórkowych. Oto Życie.

Nie żyje już fryzjer zmęczony nad rzeką
pod drzwiami zostawił list i znaczki cztery
i brzytwę i ucho odcięte lecz czuje
rodzina napisze nagrobek jak wróci

Słownik filozoficzny. Śpiewy na dwa głosy. Rozwiązanie zagadki o średnicy Ziemi i sznurku. Spokój wieczoru po dobrze spędzonym dniu. Wygodne buty. Dobry sen. Bycie miłym.

Nie bądź zbyt krytyczny. Poznajmy się lepiej. Bliżej. Sprawdźmy, czy tęsknota za Ludzkością może zelżeć w porozumieniu z Człowiekiem. Zróbmy coś niezwykłego. Zostawmy po sobie tajemnicę. Taką, do której będzie można się uśmiechać do końca życia.

Nie wyjaśniajmy wszystkiego, niczym w rozbiorze zdania i wiersza. Zostawmy kilka szpar w myślach dla ciekawskich, którzy mają odwagę szukać Prawdy. Bądźmy odważni, gdy rozum zawodzi. W ostatecznym rozrachunku jedynie to się liczy.

Oto Życie. Anioły więdnące na drzewach.

 

 

———————

Fragmenty:

W Miasteczku Anioły – słowa Kazimierz Mikulski, muzyka Grzegorz Turnau

Przesłanie Pana Cogito – Zbigniew Herbert

Inspiracje:

Przyjemności – Bertolt Brecht

I moje wpisy z okolic 6 grudnia 2011 roku.

Szczęście to mała dziewczynka

Ale mi wesoło! Dawno nie sprawdzałam poczty, na którą zarejestrowałam bloga. Nie mam pojęcia, jak połączyć ją z inną i sprawdzać w jednym miejscu, więc jak sobie przypominam, to wchodzę i sprawdzam. Z ogromnym niedowierzaniem i jeszcze większym wyszczerzem zębów przeczytałam taką oto wiadomość:

Witamy serdecznie,

Miło nam poinformować, iż notka opublikowana przez Panią na blogu oderwaneiprzyklejone.blog.pl (
http://oderwaneiprzyklejone.blog.pl/2012/07/02/pot-i-lzy/
) w czasie trwania Euro 2012, znalazła się w gronie 10 najlepszych, wybranych w konkursie Euroblogerzy 2012. Konkurs zorganizowany został przez serwis Blog.pl we współpracy z redakcją Onet.sport.

Nagrodą w konkursie jest zestaw gadżetów w skład których wchodzą: kubek termiczny, pendrive, długopis, notes oraz smycz.

Serdecznie gratulujemy!

Pozdrawiamy,

Redakcja konkursu Euroblogerzy2012

Jest mi bardzo, bardzo miło! Dziękuję Organizatorom.

Smyczy nigdy za dużo. Era kluczy elektronicznych jeszcze nie nastała, za to powiedzenie klucze na szyję dalej aktualne. Tak samo nigdy dość kubków termicznych (ach, te góry!). Świetnie, coś dla mnie. Długopis i notatnik to sobie w ramkę oprawię na pamiątkę Mistrzostw. A pendrive jest rzeczą genialną. Może będzie mniej różowy, niż mój obecny. ;)

Jak ja kocham takie gadżeciki. Wczoraj siłą odklejałam się od półki z przecenionymi torbami z logo Euro2012. Po cztery złote były.

Dobrze, że nie trzeba było w mailu odpowiadać na dodatkowe pytanie, co to jest spalony (co faceci się tak uparli na tego spalonego, jest przecież jeszcze milion innych rzeczy, ktorych kobiety nie wiedzą o piłce) albo ile metrów ma bramka. Ja wiem tylko, że bramkarz Czechów wyglądał jak Janek z Czterech Pancernych, bo miał wstrząs. I wiem jeszcze, że zmieniają się bramki na drugą połowę. Aha, a dziś mówili o Berlusconim i jego akcji ze sprzedaniem najlepszych piłkarzy innym klubom.

Takie wielkie Mistrzostwa, a tu proszę, proszę, nawet ja, imbecyl piłkarski, przeżywałam mecze.

Teraz jak to opublikuję, to już mi nic nie wyślą. ;)

Wiem i chcę

Najlepszą śmiercią jest zapomnienie totalne. Ale dziś będzie o miłości. A co sobie będziemy żałować.

♥  ♥ 

Piękne serduszka [wali po oczach kolorami]. Brawo, Zytka.  Świeżbiło mnie, żeby walnąć je na różowo, ale to by mogło Was odstraszyć na zawsze.

No to cytacik.

Traveling is like flirting with life. It’s like saying, “I would stay and love you, but I have to go; this is my station.” – Lisa St. Aubin de Teran

Zdjęcie z serii „Nocne Polaków rozmowy o wszystkim i niczym” z wyjazdu. Mam ich jeszcze całkiem sporo. Robienie zdjęć po ciemku idiot kamerą wymaga wielu powtórzeń, żeby osiągnąć efekt. Jakikolwiek efekt, uściślijmy.

Kiedy jechałam stopem z braku innych możliwości i niechęci do czekania trzech godzin w upale przekraczającym unijne normy, rozmawiałam sobie ze Słowakiem. Facet po porównaniu średnich zarobków, długości urlopu macierzyńskiego, cen w spożywczaku i na stacjach benzynowych zachęcił mnie do natychmiastowego znalezienia pracy na Słowacji. I męża. Żeby mieć na każde dziecko trzy lata płatnego urlopu macierzyńskiego. A nasi politycy chcą, żeby ich całować po rękach, że zabierają kobiecie część urlopu na rzecz mężczyzn. W głowie się nie mieści takie rozumowanie.

Pan Słowak gadał ze mną spory kawałek drogi, bo prawie od granicy do Bielska. I tak wiem, że ma trochę rodziny po świecie rozsianej, w tym w Holandii, chyba Anglii i na pewno ma wujka w Ameryce. Ale sam nie lubi wyjeżdżać na dłużej, bo kocha swój dom i rodzinę. Taki domator. Miło, że są tacy mężczyźni. :)

Potem jechałam z panem, który rozwozi towar do hipermarketów. Wejście do kabiny TIRa z plecakiem, kijkami i butelką wody mineralnej w ręku było jak wyczyn cyrkowca. Tam są normalne schody. Do pociągu jakoś dużo łatwiej wejść. I jeszcze jak zapinałam pas, pan powiedział: Zapięty pas równa się pewna śmierć. Nie chciałam umierać w młodym wieku.

Pan kierowca narzekał na to, że Polacy narzekają. A jak ktoś zajechał mu drogę, to mówił: Ale muł! I już wiem, że lepiej nie wyprzedzać TIRa przed samą górką, jeśli to zmusi go do hamowania. Może sobie ułatwimy drogę, ale przez naszą decyzję cała reszta będzie się za nim wlokła 30 na godzinę. Albo się rozpędzi i będzie git, albo będzie zawalidrogą. Przemyślcie to.

Mój współtowarzysz podróży wyraził też swoją opinię na temat meczu PL-CZ. Powiedział, że nie oglądał specjalnie i z premedytacją. Bo każdym razem, kiedy patrzył w telewizor, nasi wygrywali albo remisowali. A on nie chciał, żebyśmy odpadli później. To już wiecie, kto jest winny porażki. Pan z TIR-a!

Najciekawszą rzecz, jaką jednak usłyszałam, było marzenie związane ze starością, emeryturą i śmiercią. Większość kolegów owego Pana jest już na emeryturze, on sam będzie miał koło 60-tki. A ponieważ nie umie usiedzieć w domu i zjechał już TIR-em prawie całą Europę, nie nadaje się do wędkowania z pieskiem lub sąsiadem. Chciałby umrzeć w następujący sposób:

Ja to bym chciał jeździć do końca życia. A na koniec samochód zjechałby sobie spokojnie  do rowu, a ja bym kipnął.

Wryłam sobie to zdanie do mózgu. Od tego momentu, kiedy widzę TIR-a na drodze, zastanawiam się, co myśli jego kierowca. Też chce wysiąść na innej stacji, bo tu może jedynie poflirtować z życiem?

Jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia

Zanim wpiszę tytuł, który Wy zobaczycie jako pierwszy, spojrzę jeszcze jeden raz na tagi. Czy w ten sposób mogę streścić magiczny czas, zupełnie nierealny i wprost niemożliwy? Czy to możliwe, że wszystko działo się naprawdę i ja byłam w samym środku wydarzeń? No pewnie, że nie.

[To jest chwila, w której należy przygotować kolację i zasiąść z nią przed monitorem, albo porzucić nadzieje na w/w. Tylko dla tych, którym literki niestraszne. Sporo się ich dziś posypie.]

You’ll remember me when the west wind moves
Upon the fields of barley

Dzień dobry. Dobrý deň. :)

U mnie już tak jest, że albo wszystko idzie utartym torem, albo następuje efekt motyla i wszystko toczy się rytmem huraganu. Na co dzień jest to pierwsze, na wyjazdach z reguły to drugie. Tym razem też nie było wyjątków. Jeszcze dobrze nie wyjechałam, a już cały plan legł w gruzach. Pozostało się tylko poddać biegowi zdarzeń i obserwować, co stanie się za chwilę.

A były to chwile warte zapamiętania. Niczym złote łany zbóż w Stingowej piosence, niosły ze sobą wspomnienia najprostszych obietnic. Tych spełnianych jednym spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Przy takich obietnicach niepotrzebne są słowa. Chcę te kilka szalonych zapamiętać w jeden sposób. Wszystkimi zmysłami i na wszystkie sposoby.

See the west wind move like a lover so
Upon the fields of barley

Szukałam prostoty. Szukałam więzi między człowiekiem a przyrodą. Szukałam piękna, które będzie ocierać o kicz. Szukałam wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia i radości.

Jak łatwo się domyślić, znalazłam to wszystko natychmiast, a z każdą chwilą znajdowałam jeszcze więcej.

Zaczęło się bardzo niewinnie w strugach deszczu, a skończyło słodkim pocałunkiem słońca. Ain’t no sunshine when she’s gone. Ain’t no mountain high enough. I tak dalej w ten deseń. Wybaczcie mi ciągłe wstawki po angielsku. Ten wyjazd był nieco międzynarodowy. Dużo bliżej wszystkiego, co dalsze od Polski. Nawet słowackie radio lepiej odbierało i zasięg był lepszy dla sieci z końcówką SK, a nie PL.

So she took her love
For to gaze awhile
Upon the fields of barley

Wzięłam niczym bohaterka piosenki swojego ukochanego Nikona i poszliśmy przez pola, lasy, łąki i błota na górę. Ta historia mogłaby się zaczynać od słów Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Ale że zaczęła się inaczej, niech już tak zostanie.

Rozdział 1. Czwarty dzień na początku.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i siedmioma dolinami rozpoczynał się czternasty dzień czerwca. Było mu daleko do wspaniałej pogody z początku maja. Zimowej zawieruchy też nie przypominał. Pozostało mu jedynie rozpocząć się ulewnym deszczem, co niechybnie uczynił.

I w ten oto sposób powitałam dzień po dwóch godzinach snu i jeździe taksówką na dworzec. Wytarabaniłam się z moim cudownie ogromnym plecakiem i cóż… Okazało się, że zmieniły się dni odjazdu PKSu do Zakopca i najbliższy będzie następnego dnia. Jak w życiu, równanie było proste.

Nie ma autobusu = nie zdążę na pociąg = nie zdążę na kolejny pociąg = nie zdążę na busa = będę w środku nocy w górach  = będę szła w deszczu ze trzy godziny = dojdę i padnę na gębę.

Ale dobra. Siadłam na ławce, obok zasiadł plecak i kobieta z małym dzieckiem. Czekaliśmy elegancko na cud, który nie chciał się wydarzyć. Obiecałam sobie, że jeśli nic się nie stanie, wracam do domu, idę spać i mam wszystko w tyle. Są czasem takie chwile.

Po kilku minutach usłyszałam stukot walizki na kółkach i na horyzoncie zamajaczyła sylwetka kobiety w butach na obcasie. Oł je. Przed czwartą w nocy wszystko jest możliwe. Sylwetka nabrała realnych kształtów i barw, kiedy zbliżyła się niemal pod mój nos i oznajmiła, że będzie jechać autobusem do Kielc o 4:20.  Po chwili rozmowy okazało się, że będzie jechać nie do Kielc, ale nawet do Katowic. Tego mi było trzeba. Miałam zapewnioną towarzyszkę podróży niemal przez cały czas! A stąd już było tylko o krok do decyzji, że jedziemy razem.

W końcu i tak nie zdążyłyśmy na pociąg z Kielc do Katowic. Ale na dworcu PKS zdążyłyśmy na busa do Krakowa. I to tylko dzięki szalonemu maratonowi,  który przypadkowo rozpoczęłyśmy. Ale dzięki temu zdążyłyśmy w Krakowie na kolejnego busa do Katowic. Za dużo się podczas tych kilkuset kilometrów nie nagadałam. Jak tylko siadałam w fotelu, uruchamiał mi się w mózgu tryb SPANIE i budziłam się zaraz przed dworcem. Wada busów – człowiek siedzi złożony jak ryba w puszce i marzy tylko o szybkim zaczerpnięciu świeżego powietrza. W przeciwnym razie marzy o sporej i pustej reklamówce, którą natychmiast chciałby wykorzystać i pozbyć się treści z żołądka.

Z Katowic poszłam już na pociąg do Rajczy. Udławiłam się, jak usłyszałam, że bilet kosztuje 18,50. A ode mnie kosztuje 32,00. Im dalej, tym faktycznie taniej. W pociągu już się tak nie wyspałam. Weszłam do wagonu, a za mną cała wycieczka do Zwardonia. Na przeciwko zasiadło dwóch około 10-latków z PlayStation3, komórkami i innymi cudami techniki. Okno dalej chłopcy w wieku gimnazjalno-licealnym wydzierali się przez okna „Legia!”. Na pytanie wychowawczyni, czemu krzyczą akurat o Legii, skoro nawet nie są z Mazowsza, stwierdzili, że Legii nikt nie lubi, więc to dobry okrzyk na zwrócenie uwagi.

W Rajczy wysiadł ze mną też dziadek, którego panicznie bały się wszystkie dzieci z wagonu. Wyglądał trochę obleśnie, szedł o kulach i coś krzyczał przez szybę przedziału w trakcie jazdy. Ale jak wysiadł, to już tylko śpiewał po góralsku, idąc po moście. Ta scena nadawała się na początek filmu.

A potem znów lunęło. Weszłam do sklepu i poza żarciem, kupiłam wielki płaszcz przeciwdeszczowy. A potem odebrałam telefon z pytaniem, gdzie jestem i po wymianie informacji dostałam przykazanie nie ruszać się z  Rajczy i czekać na A., która właśnie schodziła na dół. Boże, błogosław wynalazcę telefonu komórkowego i tych, którzy go używają! Dzięki temu, że A. przyjechała po mnie spod samej granicy i wyjechała ze mną znów na granicę, szłam na górę niecałą godzinę. Zamiast niecałych trzech. Ale i tak ufajdałam się jak prosiątko w błocie. To jednak lepiej, że szłam w starych butach. Przynajmniej nie było ich tak żal. A spodnie uwaliłam od góry do dołu.

Doszłam na miejsce koło wpół do piątej. Moja podróż trwała pół doby. Tylko dwanaście godzin. Następnie wpadłam w gościnne objęcia, zdjęłam z siebie przemoczone ciuchy i zjadłam crupety na słodko i słono. I tak już pozostałam pod urokiem miejsca aż do poniedziałku.

W międzyczasie dowiedziałam się, że jestem dziwna. Zresztą, do jakiego wniosku można dojść, jeśli bierzesz cudzy aparat, a tam na tysiąc zdjęć jest dziewięćset dziewięćdziesiąt samego jedzenia? No ja nie wiem.

I to wieczorne pytanie, niosące w sobie więcej niż odrobinę wariactwa. Nie wiedziałam, co przyniesie mi los.

 

Rozdział 2. Się dzieje.

Im grubszy tort, tym głębiej odcisnąć trzeba twarz.

Właśnie tak bym podsumowała kolejny dzień. Mogłam zjeść przygotowane przez B. śniadanko (kanapki z masłem, serem, pomidorem, ogórkiem, cebulką i pieprzem, czyli thanks God, I’m a woman!) i wziąć się do roboty. Na drugie śniadanie miałam racuchy z wielką gębą, namalowaną bitą śmietaną. Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm!!!!

Robiliśmy pranie. To nie jest takie proste, biorąc pod uwagę brak stałego dostępu do prądu. Niezbędny jest agregat, mała praleczka do wirowania, dwie balie do płukania i silne ciała do wyżymania pościeli. Jestem prawie jak Strongman po takim fitnessie. I można pobiegać boso po trawie.

A na obiad pizza z pieca. Kaflowego. Z całą masą różnych dodatków,  z podwójną porcją sera i z radością. Ludzie, jak można się tak obżerać. Siekierą nie była krojona, ale przyznacie, że to całkiem niezły pomysł na zdjęcie. Niczym z gospody. Zjedliśmy jeszcze po dwa takie kawałki i się skończyło.

Po kolejnej porcji solidnej pracy przy różnych elementach wyposażenia, przyszła pora na posiłek. Czyli sałatkę owocową. Pomarańcza, banan, jabłko, rodzynki, nektarynka, sok z cytryny…  A potem wysiłek został okupiony najpiękniejszym zachodem słońca, jaki tego dnia mógł być na całym świecie. Zachód doprawiony kiełbasą z ogniska i bułeczkami drożdżowymi z pieca.

Ile tematów potraficie poruszyć, gapiąc się w ogień?

A ile, jeśli do tego słyszycie T.Love, R.E.M. i szkocką muzykę na przemian z Kazikiem? ;)

Rozdz. 3. Never ending story

Rano zdążyłam się spóźnić dwadzieścia minut. Przez cały dzień musiałam je nadrabiać i odrabiać. Spokojnie, tylko spokojnie. :)

Ten dzień się nie chciał skończyć. Tak jakby mógł to być jedyny w swoim rodzaju dzień. Tak jakby jutro nie nadchodziło nigdy, a czas dawno już przestał mieć znaczenie.

Taj, jakbym ja sama bardzo nie chciała jego końca.

I never made promises lightly
And there have been some that I’ve broken
But I swear in the days still left
We’ll walk in the fields of gold

Po prostu. Zwyczajnie, bez żadnego zastanawiania się, oceniania, dobierania słów. Są chwile,  które przepadają bezpowrotnie, jeśli ich nie wykorzystamy. Są chwile, w których zwycięża piękna prostota. Na przykład robienie przez godzinę czy dwie zdjęć z długim czasem naświetlania. Słuchanie meczu w radiowej Jedynce. Oblewanie się wodą w wielki upał. Albo opowiadanie i słuchanie bajek o jeżu. Bo się akurat napatoczył do historii o królewnie. Albo spanie na niewygodnym łóżku i przewracanie się z boku na bok. Proste? Jeszcze nic nie było aż tak proste i bez drugiego dna. That’s a kind of magic!

A na dokładkę napiszę tylko, że zwykły olej roślinny czy zapalniczka mogą mieć wiele zastosowań, o których wcześniej nie wiedziałam. Albo z których nie zdawałam sobie sprawy. ;)

Ten dzień był tak cudowny, wesoły, pełen muzyki, żartów, głupich pomysłów i całkiem niegłupich realizacji, że piętnasty czerwca nie ma już innych znaczeń, jak tylko to jedno. Prostota. Bliskość czegoś nieznanego, choć niezwykle pięknego. Gapienie się w rozgwieżdżone niebo. Robienie tego, co do mnie należy i satysfakcja, że coś potrafię. Pomimo zmęczenia totalnego.

Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym.
Daleko, tak daleko… Jesteś tak daleko ode mnie, czasami jednak blisko tak.

Rozdział 4. Coraz bliżej nieba z dnia na dzień.

Pomimo wszystko, a szczególnie pomimo krótkiego czasu snu, tym razem zdążyłam na czas. Pewnie dlatego, że nie miałam daleko i obudził mnie mój budzik. Którego przez długi czas nie mogłam zlokalizować. A darł się jak szalony. Pewnie obudził też wszystkich innych, którzy planowali wstać bliżej dziesiątej, a nie siódmej.

Uczyłam się rozpalać w piecu kaflowym. To nie jest takie proste, jak rozpalanie w kominku. Tu niezbędna jest technika i wyczucie. I nawet zrobiłam placki ziemniaczane. Ja, która prawdopodobnie nigdy w życiu nie robiłam sama takich zwykłych placków. Na studiach dodawałam całą masę różnych rzeczy, typu marchewka, cukinia, czerwona cebulka. A tu masz babo placek ;)

I znów jadłam racuchy i sałatkę. Teraz nawet ze świeżym ananasem! I kto tu mówi, że ja wymyślam dziwne rzeczy? Ananas to zupełnie nie był mój pomysł. Ani troszeczkę. Ale nie narzekam, bo to było genialne. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem i doceniać własną pracę.

We’ll forget the sun in his jealous sky
As we lie in the fields of gold

Człowiek szczęśliwy to człowiek spełniony. Kiedy mogę sobie posłuchać Trójki do śniadania, albo podskoczyć ze trzy razy do taktu muzyki, drąc się przy tym na całe gardło, bo i tak nikt nie słyszy. Andrusowa piosenka Glanki i pacyfki idealnie się do tego celu nadaje. Podobnie jak Listy ze świata i Muzyka bez granic. To nic, że jest mnóstwo roboty. Śpiewając, wszystko idzie szybciej.

A wieczorem można znów wybiec na zachód słońca, pogadać z panami od huskych, którzy wrócili z oglądania meczu na Miziowej, podłożyć do pieca i poczuć, ile jeszcze tajemnic kryje się w ciszy. Zasnąć tak bardzo szczęśliwa, że to przekracza granice rozsądku i innych wymysłów. Nucić pod nosem But I feel tomorrow I’ll be crying z Kinga Crimsona (Epitah). I wiedzieć, że następnego dnia będzie ciężko powstrzymać łzy, zaciskając mocno usta.

Bo chociaż jestem silna, to przecież jestem tylko kobietą.

Magia ciągnie, zniewala, odrealnia, każe zgłębiać nieistniejące zakamarki duszy. Składa się na to obecność szczególnych Osób, szczególnych splotów wydarzeń i tej szczególnej optyki, płynącej z innego świata.

Rozdz. 5. Jeszcze chwilę tu pobędę…

Tak bardzo nie chciałam wychodzić w ten poniedziałek. I pomimo zakazu robienia czegokolwiek (Ty już dziś nie pracujesz), chciałam zrobić wszystko, żeby te chwile się nie kończyły. Na śniadanie wielka porcja sałatki z ananasem i racuchy. Gdybym robiła je sama, pewnie wcale by mi nie smakowały.

Zrobiłabym niemal wszystko, żeby nie wychodzić na zewnątrz na ten szaleńczy upał. Ale wyszłam. I dojechałam do Bielska ze Słowakiem, który opowiadał mi o swoim życiu. Jak wysiadłam od niego, przesiadłam się do przemiłego starszego kierowcy TIRa, który miał niesamowite historie do opowiedzenia. Sporo jeździł po Europie, to sporo widział i słyszał. Kocham takie rozmowy!

Kolejna przesiadka w Katowicach. A potem w Krakowie, z dodatkowymi tobołami. Sprzedawca w sklepie z butami rozpoznał mnie w drzwiach, kwestię butów mieliśmy obgadaną przez telefon. Przy okazji zainwestowałam w nową latarkę. A w księgarni nabyłam drogą kupna rozmówki polsko-słowackie.

Hej.

I po północy dojechałam do domu. Kierowca autobusu obudził mnie na dworcu pytaniem, czy jadę z nim dalej. Spałam jak kamień!

Dziś  w ramach relaksu popołudniowego wybraliśmy się rowerami na przejażdżkę z Tomkiem i Aneko. Odwiedziliśmy P., wygłaskaliśmy jego ogromne psy i wróciliśmy lasem. Piękna wycieczka. I już nie było tak gorąco.

Ale to by już było w post scriptum. W niedzielę znów jadę. W drugą stronę Polski tym razem. Na dużo dłużej. Jak wszystko pójdzie dobrze, a na pewno pójdzie dobrze, za miesiąc znów będę w Beskidach wieczorami gapić się w rozgwieżdżone niebo i marzyć o tym, co najpiękniejsze.

Bo w ciągu dnia nie ma czasu na takie sentymenty. ;)

Barriga llena, corazon contento!

My mówimy: Kiedy Polak głodny, to zły. A Hiszpanie mówią: Brzuch pełny, to serce szczęśliwe!

Jako motto dnia, proponuję wierszyk z pamiętnika. Jak pięknie kobiety potrafiły pisać. Uwielbiałam patrzeć, jak moja Babcia brała do ręki długopis. Nawet, jeśli to była tylko lista zakupów w spożywczaku, to słowo  ”landrynki”, zapisane takim charakterem pisma, od razu nabierało magicznego posmaku tajemnicy.

Gratisowe bazgroły pochodzą od jeszcze kolejnego pokolenia, czyli prawdopodobnie w pięćdziesięciu procentach ode mnie. Wpisane na pierwszej niewyrwanej stronie w roku 1964.

Skoro już taki międzynarodowy nastrój wprowadziłam powiedzonkiem w tytule, zapraszam jeszcze kawałek dalej, tym razem posłuchać wspaniałej wersji miksu kilku piosenek o wdzięcznym tytule Don’t worry, I’m yours. Piszę tę notatkę jeszcze w środę, trzynastego czerwca, a chciałabym pokazać Wam ją jutro, czyli 14.06.2012.

Posłuchajcie, proszę, i pomyślcie ciepło o mnie, bo właśnie jadę/ idę/ moknę/ brnę w błocie. Nie ma lekko w życiu. W tańcu jest lżej. Za oknem ulewa od kilku godzin, a ja chcę wstać na autobus przed czwartą rano. Niech Wasze myśli zajmą się osuszaniem terenu i sprowadzą do mnie ciepłe Hawaje. :)

Posłuchaj: http://www.stereomood.com/song/27660

Zytka.

Najwyraźniej nieskładnie

Są takie dni, w których wszystko układa się samo. Nie trzeba się starać, zabiegać. Nawet nie trzeba o niczym myśleć. A szczęście przychodzi samo. Wystarczy się schylić.

Dziś będzie tak troszkę o wszystkim, dobrze?

Wprawdzie jadłam wczoraj mnóstwo pysznych rzeczy, przygotowanych przez Tomka (w kuchni wysprzątanej na błysk przez Aneko), a sama przyniosłam tylko muffinki z rabarbarem i imbirem. I dziś zrobiłam sobie kuleczki z mięsa mielonego z mnóstwem dobrodziejstw z inwentarza (?!?). I delektowałam się zupą botwinkową. I…

I wszystkie te rzeczy chciałabym Wam pokazać i jeszcze na niektóre, nieobjęte patentem dodać przepis (lub, jak powiedział jeden pan psycholog: jeszcze nie skopirajotwane), ale to zupełnie kiedy indziej (i jeszcze dwa mecze obejrzałam, więcej w ciągu jednego dnia, niż przez całe dotychczasowe życie. I nawet dzięki Marshallowi wiem, dlaczego czeski bramkarz miał na głowie taką czapkę śmiszną).

Ale dziś świat kończy się na małej biedronce, która wędrowała po ogrodzie.

Taka chwila, która już nigdy się nie powtórzy. Zapisana nie tylko w pamięci podręcznej w głowie, ale też złapana na gorącym uczynku zaskoczenia.

Dzięki Annie-Marii, która opisuje swój magiczny świat w Kucharni, płakałam dziś z radości. Ponieważ skomentowała poprzedni wpis i dedykowała mnie swój okruszkowy wpis. Taka kruszynka radości, która chwyta za serce i potrząsa dotąd, aż wszyscy będą ozłoceni i uśmiechnięci. Dziękuję. Za piękno, którym obdarzasz świat. I za pochwałę świata, tak prostego w swojej wyjątkowości i tak wyjątkowego w swojej prostocie.

Ten tekst zobaczyłam na murze krakowskiego Kina Kijów w czasie ostatniej wycieczki objazdowej po Polsce. Budziłam się w tylu miejscach, że pod koniec nie mogłam zasnąć we własnym łóżku, jeśli nie wyobraziłam sobie:

  • siebie w pociągu;
  • siebie w autobusie;
  • siebie w busie;
  • siebie we wszystkich tych środkach lokomocji naraz.

 

Tak bardzo w/w napis przypadł mi do gustu, że zaczęłam zabawę z formą. Nie przerosła treści, mam nadzieję.

Banieczka napisała do mnie, że dziś jest Dzień Przyjaciela. To ciepło, rozlewające się w sercu, które pojawia się, kiedy bliska osoba widzi we mnie Przyjaciela. To poczucie, że w każdej chwili mam na kogo liczyć. Czy ja potrafię być takim oparciem?

 

serendepity /ˌsɛr(ə)nˈdɪpɪti/

the occurrence and development of events by chance in a happy or beneficial way

 

Cały dzień pod znakiem szczęśliwych okoliczności, które przecież nie są przypadkowe. Niech nadzieja będzie Waszym Nauczycielem, odwaga Przyjacielem i zdziwienie Mistrzem. Walczcie o marzenia.

Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.