Wilk to mały pikuś

Klo lubi zwierzątka większe, niż plankton?

Trzeba mieć naprawdę szalonych znajomych, którzy wyciągną Cię na koniec dnia w miejsce, o którym nie wiesz nic. Dobra, wiedziałam, kto tam będzie. I jakie żywe niespodzianki mnie czekają. :)

Na dzień dobry Psy Trzy. Który jest który? Oto jest pytanie.

Na pierwsze danie – konie. Piękne, spokojne i ani się mnie nie bały, ani ja ich. A z końmi to niewiele w życiu miałam do czynienia. Zawsze uważałam, że są bardzo mądre i na tym się cała moja wiedza kończyła. W tamtym roku jeszcze byłam na zabezpieczeniu skoków. Atmosfera takich miejsc robi jak najbardziej pozytywne wrażenie. Zresztą, wszystkie osoby „z końską pasją”, jakie znam, mają ten dobry typ charakteru. Dobrzy ludzie. Yen, to do Ciebie też!

Na drugie danie – powtórka z rozrywki. Jak stoi obok Ciebie pies rasy wilczarz, a przy nim drugi trochę większy, a przy nim trzeci, jeszcze większy… to zwyczajnej wielkości pies i  inne stworzenia boskie nie robią na Tobie wrażenia. Byle tylko nie mówić wilczarzom wprost, że po burzy śmierdzą mokrym psem. Bo wtedy się obrażają. ;)

Przy takim psie, to człowiek siedzi w zagrodzie, żeby mu szaszłyka nie zeżarły. A maleństwa stoją za ogrodzeniem, robią smutne oczy i udają, że nie jadły od tygodni, chociaż dopiero co opróżniły michy. Ale jak nie dostaną Twojego kawałka kiełbasy, to przecież na pewno zginą z głodu. Widocznie psy (i koty też) mają to w genach, bez względu na rasę czy płeć. Wielkie, smutne oczy. Daj, no daj, to na pewno miała być moja kiełbasa.

Ciężko stwierdzić, czy to ja się do nich przytulałam, czy raczej one to wymuszały. Kot sam właził do przytulania. Najpierw uparcie wchodził na talerze, póki były pełne. Ale potem zmieniło mu się i już przychodził tak od niechcenia. Niby się łasił, niby przytulał, ale jak widział w pobliżu szansę na wyżerkę, to leciał jak głupi. Czyli że taki głupi to on nie jest.

Przedpołudnie i południe też minęło świetnie. Jak tak dalej pójdzie, nadrobię wszystkie zaległości towarzyskie w tym tygodniu. Albo w przeciągu dwóch tygodni. Mój wykres socjometryczny nabierze niespotykanych dotąd barw i życia. Dolce far niente! :)

Jeśli rano myślałam, że nie dam rady się bardziej opalić, to godzinna wycieczka rowerkiem wodnym z Przyjaciółką, jej chłopakiem i jego siostrą dobitnie mi uświadomiła, że nie ma rzeczy niemożliwych. A chciałam tylko zaznaczyć, że mamy początek maja!

I do tego objadłam się dziś tortillą z salsą pomidorową. A na obiad zjadłam dwa kawałki kruchej tarty. Szpinak, soczewica, prosciutto, kabanosy, ser wędzony, masa jajeczna, śmietanka kremówka… Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała. Będzie przepis na specjalne życzenie, ale błagam, jest dwanaście po północy. Nie dziś!

Aha. I jechałam pociągiem. Taaaaaaa. To jest dopiero powód do dumy i chwały. Za kilka dni już nie będę taka szczęśliwa, bo inaczej jedzie się półtorej godziny, a inaczej półtorej dnia. Szczegół. Dziś wymyśliłam se, że wstanę o szóstej i zdążę na pociąg o wpół do ósmej. Ja! O tej porze! W Święto Narodowe i Kościelne! Wstałam! [Gromkie brawa. Kurtyna opada. Widzowie krzyczą Bis! Bis!]

W drodze powrotnej zasnęłam z gazetą w ręku (w wielkim sekrecie napiszę, że był to numer Smaki. Psychologia i kuchnia). Obudził mnie ulewny deszcz, który lał mi się na głowę przez otwarte okno. Cóż za klimatyzowane pomieszczenie, taki stary pociąg.

Na ksywę też trzeba sobie zasłużyć

Ale kręci mi się w głowie! Mój błędnik nie jest w stanie niczego zinterpretować. Świat się kołysze, a ja niby siedzę prosto. Jeśli po kilku godzinach spędzonych na łódce już tak mam, to jestem w stanie uwierzyć w każdą historię o marynarzach, którzy chorobę morską dostają właśnie przy wysiadaniu na brzeg. Ekhm, przy dobijaniu do brzegu.

Właściwie ja szybko się dostosowuję do nowych warunków. Jak dłużej jeżdżę pociągiem, to potem nie mogę zasnąć bez stukotu kół o tory na zwrotnicach. Jak wyjeżdżam na wakacje, to po powrocie nie mogę zasnąć we własnym łóżku. Adaptacja możliwie jednostronna, jak widać.

Aha. O ile żeglarstwo ma tę zaletę, że na wodzie można się szybko opalić (bez kremu z filtrem to nie ma co nawet się rozbierać), o tyle nie ma co liczyć na czyste stopy. Wieczorem i tak będą brudniejsze od najbrudniejszych.

Okazuje się, że pływanie jest nie tylko przyjemne, ale po opanowaniu skomplikowanej plątaniny lin, sznurów, takielunku, miecza, knag, forpiku, baksztagu, forewindu i innych elemetów… Nawet daje nieco satysfakcji, jak słyszy się o icku i wie, że chodzi o ten mały sznureczek, który dynda, przyczepiony do linki. I wszystko ma swoją nazwę, każdy najdrobniejszy element, każdy pizdryk i to wszystko, o co można się potknąć.

Dziś pływaliśmy we czwórkę na sporej łajbie. Na lepsze określenie nie będę się wysilać. Na modelach statków, łódek i kajaków to ja się znam gorzej, niż na samochodach. W każdym razie porównując Bezika, w którym z niemałym trudem mieściły się trzy osoby, to na tym większym cztery mogły rozłożyć nogi! To jest dopiero życie.

A jak Eol nie zapoda wiatru, to człowiek tak siedzi, kołysze się, rozgląda za łabędziami i kaczkami…Myśli, co by tu znowu zjeść, jak uda się dopłynąć do brzegu. Bajka. Jakie problemy można mieć w słoneczny dzień na łódce? Wszystkie telefony i dokumenty zostały na brzegu. Nikt nie dzwoni, nikt nie pogania. Nie ma dokąd się spieszyć. Wykładam nogi przed siebie, zerkam za burtę, moczę dłoń w wodzie. Plusk, plusk, plusk. Świat ma wymiar łódki. Reszta to telewizja. ;)

A jak po zejściu na brzeg chce się jeść! Taka zwyczajna kiełbaska (nomen omen) smakuje nieziemsko. Do tego kawałek upieczonego chleba, warzywka z grilla i pora wracać na łódkę. Ale żeby zasłużyć sobie na ksywkę, wypadałoby zrobić coś więcej, niż położyć połówki papryki na ruszcie i zostawić je pod czułą opieką „operatora grilla”.

Także była jeszcze sałatka. Dziś to generalnie full wypas, bo P. wziął ze sobą marynowane pieczarki, A. i T. sałatę masłową, rzodkieweczkę, czosnek w zalewie, ja dorzuciłam oliwki, kukurydzę, kapustę pekińską, cebulkę, szczypiorek. Trochę pomidorków, wielka micha żarcia i wszyscy zadowoleni. Reklamacji nie było, jeszcze nam zostało na później.

Do tego na kolację tortilla z marynowanym kurczakiem, sosem czosnkowym, kapustką pekińską, czerwoną cebulką, sosem pomidorowym.

A na deser ciastka kowbojki. Prosto z przenośnej lodówki, żeby czekolada rozpuszczała się w ustach, a nie w trzydziestostopniowym upale. I jak, zasłużyłam na nową ksywę?

W sumie bagażnik mieliśmy zapakowany jak na tydzień. Ale zasada jest prosta. Przecież na tydzień/miesiąc/rok bierze się tyle samo rzeczy, co na krótki wyjazd. Na dłuższy wrzuca się dodatkową parę skarpet, koszulkę i bieliznę. Reszta zostaje taka sama.

Uśmiech się! :)

Bawcie się dobrze na Waszym długim weekendzie, nawet jeśli jest ciągle przerywany pracą. Pamiętajcie, nie trzeba jechać na koniec świata, żeby wspaniale spędzić czas!