Łososiowy jest po prostu żywot mój

Piękny tytuł, nie ma co.

O łososiu jest na końcu, zainteresowanych przepisami zapraszam sporo niżej. A teraz małe podsumowanie. Mogło być większe, a i tak doprowadziłam je do daleko idącej syntezy. Antytezy. Entropii. I sublimacji.

Gorąco (!) pozdrawiam Was z Warszawy. Upał jak się patrzy, wycieczki rowerowe zaliczone, otwarty basen na Saskiej Kępie to rewelacja – odwiedziłam dziś i można wleźć na cały dzień. Można wchodzić, wychodzić, od 10-tej do 19-tej za 15 złotych. Już nie wiem, czy bardziej się  nazwiedzałam, opaliłam, czy zdarłam sobie nogi w nowych butach.

Tak to jest, jak zamiast siedzieć spokojnie na tyłku, ja wolę pozwiedzać, przejechać dziennie trzydzieści czy czterdzieści kilometrów i potem płakać na blogu, jak to mnie d**a boli. O nogach nie wspominając. :)

 

  1. Pegazy na Placu Krasińskich przed gmachem Biblioteki Narodowej. Ustawione w 2008 roku w ramach obchodów Roku Herberta, stoją do dziś i cieszą oczy. Jest ich więcej, full kolor, nie tam jakieś black and white.
  2. Ścieżka rowerowa na Wale Miedzeszyńskim. So cute! Czyli jeszcze nie widziałam, żeby ktoś z taką pieczołowitością obmalował słupki i w ten sposób oznaczył teren wyłączony z ruchu na ścieżce.
  3. Dążenie do ideału najwyraźniej nie poszło w parze z ortografią. Tak raziło w oczy, że aż się płakać chciało. Pozostaje wierzyć, że to specjalnie w Loesje tak  ktoś wymyślił.
  4. Opuszczona zjeżdżalnia przy wale wiślanym. Wygląda jak porzucone dziecko dinozaura.
  5. Fontanna na Skwerze im. I Dywizji Pancernej lub też przy Multimedialnym Placu Fontann. Wieczorami można tam obejrzeć pokazy Woda – Światło – Dźwięk. Podobno super, tylko regularnie zapominam, że chcę się tam wybrać na taki pokaz. Na razie moczyłam tam nogi. Też niezłe wrażenie.
  6. „Gdański” bar mleczny, który miałam przyjemność odwiedzić już dwa razy. Mają świetne blinki z jabłkiem, niezłe knedle ze śliwkami i naprawdę dobrą pomidorową. Więcej nie próbowałam, ale ceny są takie typowo jak w barze mlecznym – niewysokie. A klimat jest bezcenny. Ten zapach. To menu. Ten wystrój!
  7. Zegar na Rynku Mariensztackim czy to może już na ulicy Sowiej. Takie miejsce w samym centrum, które zupełnie nie wygląda na samo centrum. Cisza, spokój, knajpka, koniec drogi, mała fontanna. Dobre miejsce do siedzenia z książką, chociaż leży pod samą trasą W-Z.
  8. I jeszcze raz klimat Baru Gdańskiego przy ulicy Andersa. Nie zapomnijcie zajrzeć na obiad.

 

Siedzę tu już praktycznie od tygodnia, z małą przerwą na wspaniałą zabawę pod Krakowem na weselu kolegi. Opis rosołków i innych elementów byłby totalnie nudny (ile można zachwalać jedzenie), także daruję sobie. Liczyła się zabawa, śmiech, radość. I przede wszystkim – świetne towarzystwo. W trakcie wesela poznałam kolejne osoby warte wspomnienia, ale nie mogę zdradzić Wam tematów rozmów, chociaż bardzo bym chciała. To by brzmiało tak niewiarygodnie i dziwnie w formie pisanej, że tym razem sobie daruję. To mniej więcej coś w tym stylu, jakbym teraz spytała Was ni stąd, ni zowąd, czy coś ukradliście, a Wy byście mi zaczęli wyznawać, że tak, że w dzieciństwie wafelka kokosowego czy gumę Turbo. No nie wiem, tak sobie zmyślam teraz.

Zachowam się teraz jak IMGW i wydam ostrzeżenie. NIE ŁAPCIE BUKIETÓW Panny Młodej! Grozi to uszczerbkiem na zdrowiu duszy i ciała. Serio. Tak właśnie się wydarzyło tym razem i moja Przyjaciółka wróciła z wesela z bardzo mocno stłuczonym palcem. Całą noc obkładała go lodem, a rano myślałyśmy tylko tym, czy jest złamany, czy nie.

Zobaczyłam tam też Człowieka-Zombie. Rozkminialiśmy dziś ze znajomym, jak dochodzi do sytuacji, że człowiek wygląda, jakby równocześnie rozjechał go pociąg, walec drogowy go nie zauważył i służył za worek treningowy przed meczami bokserów? Ale prawdziwa przyczyna jest mi dalej nieznana. Pod koniec zabawy miałyśmy ochotę z koleżanką poprosić fotografa o zdjęcie z tym kelnerem, ale w końcu sobie darowałyśmy. Do tej pory nie widziałam jeszcze człowieka z tak ponurą, a jednocześnie obojętną i odpychającą miną, który miałby ruchy robota. I sprawiał wrażenie człowieka siłą odratowanego ze statku kosmicznego. Ale już po wyssaniu części mózgu.

Kiedy tylko podchodził do naszego stolika, od razu odwracałyśmy z przyjaciółką głowę, jak jakieś dzieciaki, bo nie mogłyśmy się opanować ze śmiechu. Człowieka bawią różne rzeczy… Śmieszno i straszno. Ten facet był mniej więcej z tej samej bajki, co te kobiety, spotkane kiedyś na Węgrzech. Tyle, że one specjalnie, a on bezwiednie.

Za to jak już urządzam wieczór skarg i zażaleń, to napiszę, że mam KAŻDY palec u nogi obdarty. I pięty też. Każdą z obu stron. Jedne bolączki od butów na wesele, inne od tych, które ubrałam po weselu, inne od sandałów, a jeszcze inne wzięły się z bliżej niezidentyfikowanej przyczyny i nie robią tu żadnej różnicy. Przynajmniej mnie nie robią, bo i tak jestem żywą reklamą plastrów.

W sumie mogłabym owinąć sobie całe stopy bandażem elastycznym. Nie  dość, że efekt byłby piorunujący, toą jeszcze oszczędziłabym sobie głupiej roboty z każdym palcem i piętą. Tylko wtedy już nie wcisnę żadnych butów.  Zresztą, co to kogo obchodzi, ile kilometrów bandaża mam na sobie. Najwyżej spuchną mi odnóża dolne i tyle. A w góry będę szła na rękach. Zaczynam trenować. Szukajcie dobrego ortopedy.

********************

A gdybym miała napisać coś tylko o dzisiejszym dniu… Spędziłam go bardzo przyjemnie. Częściowo w zimnej wodzie basenu, a w dużej mierze ze znajomym z pracy. Siedząc w barze mlecznym nad blinkami z jabłkiem i nad knedlami. Zwiedzając miejsca pamięci z czasów II Wojny Światowej i przemierzając parki w środku miasta. Co to było za spotkanie. Czas leciał jak szalony, a tematów do rozmów nie brakowało. Spotkać Człowieka, który rozumie, co myślę. Który zna nazwiska socjologów, antropologów, filozofów. Który zajmował się wieloma różnymi zadaniami. A mimo to rozbrajająco szczerze mówi, że jest początkującym gitarzystą, perkusistą, uczniem sztuk walki i tak dalej. Szumi magia, dźwięczy dziecięca radość, szemrze uśmiechnięta prostota.

Wróciłam. Gdzieś niedaleko ktoś słuchał Stairway to heaven. Kiedy ja to słyszałam…

There’s a feeling I get when I look to the west,
And my spirit is crying for leaving.
In my thoughts I have seen rings of smoke through the trees,
And the voices of those who standing looking.
Ooh, it makes me wonder,
Ooh, it really makes me wonder.

And it’s whispered that soon if we all call the tune
Then the piper will lead us to reason.
And a new day will dawn for those who stand long
And the forests will echo with laughter.

If there’s a bustle in your hedgerow, don’t be alarmed now,
It’s just a spring clean for the May queen.
Yes, there are two paths you can go by, but in the long run
There’s still time to change the road you’re on.
And it makes me wonder.

Starałam się jak najdalej odsunąć od siebie piosenkę Crimsona. Epitah. Dlaczego tak często spotykam fantastycznych ludzi, których potem już nie mam okazji widzieć, słyszeć, z którymi nie mam jak spędzać czasu? To nie pierwsza taka sytuacja. Tak jakbym miała tylko jedną szansę na każde spotkanie. Reszta jest zawsze ogromnym niedopowiedzeniem. Albo nieplanowanym skutkiem zaplanowanych działań. Jakby mój świat miał się składać z wielkich puzzli, które do siebie idealnie pasują, ale każdy ma inny obrazek. Jedno spotkanie, jeden element układanki. Pstryk. Jedziemy dalej. Następne spotkanie i tak dalej. Budzi się we mnie wulkan goryczy. Dlaczego tak się dzieje?

Ludzie są, są, są. Potem ich spotykam i nagle ich nie ma. Wyjeżdżają, znajdują pracę gdzie indziej, wracają do siebie, przeprowadzają się i tak dalej. A może to kwestia podróżowania. Jakbym siedziała w jednym miejscu, to nie poznałabym nikogo i nie miała takich problemów. Whatever.

Cokolwiek przez to rozumiecie, prawdopodobnie będziecie się mylić. ;)

 

Łosoś

Kurczę (czyli, że nie ryba), mózg mi się lasuje od tych upałów. Albo piszę notatki na kilkaset słów, a w tytule szumnie zapowiadam coś dobrego, albo piszę tytuł zupełnie niekulinarny i wrzucam kilka przepisów naraz. Żadna różnica. Przepis na łososia wygrzebałam bez większego trudu na stronie Food&Wine. Mają tam niezłe pomysły, a w dodatku na tyle dobre, że nie miałam ochoty niczego zmieniać. Smaki skonstruowane specjalnie pode mnie. I pod aktualną promocję w markecie.

Podam Wam te składniki, które sama wykorzystałam. W razie jakby co, możecie zajrzeć do oryginału ↑↑↑.

Smażony łosoś z pomidorowym winegretem

Czas przygotowania: 30 minut (naprawdę!) | Trudność: łatwe (niewiarygodnie wręcz, robi się samo)

Składniki:

  • 4 duże, dojrzałe pomidory
  • 1 duża młoda cebula, posiekana
  • 1 łyżka kaparów, odsączonych
  • 2 łyżki czerwonego octu winnego
  • sól kuchenna i gruboziarnista
  • oliwa z oliwek
  • 4 kawałki łososia, ucięte z filetu ze skórą
  • świeżo zmielony pieprz
  • 1 łyżeczka ziaren kuminu lub 1/2 łyżeczki zmielonego
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 2 czubate łyżka posiekanej natki pietruszki
  • 2 czubate łyżki porwanej bazylii

 

Przygotowanie:

  1. Rozgrzać piekarnik do 220°C.
  2. Pomidory pokroić na ósemki, wymieszać w misce z posiekaną cebulką, kaparami, octem winnym i mniej więcej 3/4 łyżeczką soli kuchennej. Odstawić.
  3. Rozgrzać dobrze patelnię nieprzywieralną (najlepiej nadającą się do piekarnika). Łososia obsypać solą i pieprzem. Na patelnię wlać 2 łyżki oliwy, włożyć łososia skórą do góry i obsmażyć na złoto-brązowo przez 3 minuty. Następnie odwrócić skórą do dołu i wstawić do piekarnika na 7-10 minut, zależnie od wielkości filetów. Przełożyć na talerze i zlać z patelni tłuszcz.
  4. Tę samą patelnię postawić na średnim ogniu, włożyć na nią pomidory, kumin, olej rzepakowy i 2 łyżki oliwy z oliwek. Gotować przez dwie minuty, aż pomidory zmięknną, odrywając w tym czasie wszystkie resztki, które przywarły do patelni. Rybę polać gotową mieszanką, posypać pietruszką i bazylią. Podawać od razu.

 

Pyszne. Szczególnie z miętową herbatką, zaparzoną z mięty zrywanej w swoim ogródku.

Rower to jest świat

Dzięki mojej kochanej siostrze ciotecznej mogłam jeździć do pracy rowerem. A skoro już miałam w planach podróże bez biletu, spoconych tłumów na karku i innych gratisowych nieprzyjemności komunikacji miejskiej, czułam się bardzo usatysfakcjonowana możliwością wyboru trasy i późniejszym jej wykonaniem.

Ze skutkiem nieco odbiegającym od zamiarów.

Powiedzmy, że jedynie dziś jechałam dokładnie ustaloną trasą. Tą samą w obie strony. Pierwszy raz spotkała mnie taka przygoda, ale byłam bardzo uparta i chciałam sprawdzić, jak to jest  trafić bez problemów i wahań. Nieźle jest. Nie trzeba się zastanawiać, gdzie wyjadę i dlaczego nie tam, gdzie chciałam.

Chociaż jeden pan, mijając mnie na schodach ze swoim rowerem, przyznał, że Warszawa nie jest miastem dla rowerzystów… i chociaż się z nim akurat wtedy zgodziłam, dźwigając swój rower z trasy W-Z po schodach aż pod Zamek Królewski, to moim zdaniem Warszawa JEST miastem dla rowerzystów.

Nie tak, jak Amsterdam, ale jest. Zresztą, co ja tam wiem o Amsterdamie.

U mnie w mieście każde przekroczenie pasów dla pieszych na rowerze skutkuje niemal natychmiastowym mandatem, jeśli w pobliżu jest Policja lub Straż Miejska. Tak samo kończy się przechodzenie poza pasami na przystanek, przebieganie przez płotki oddzielające pasy ruchu i tak dalej. A tutaj? Tu poza mną (pierwszego dnia) nikt nie zsiadł z roweru i po prostu każdy przejechał sobie na drugą stronę. Spróbowałam i żyję.  Próbowałam regularnie i namiętnie wręcz. Zero mandatów! Pora się odzwyczaić, bo niedługo koniec przygody ze stolicą.

Jazda na rowerze z samego rana, na przykład o siódmej, ma też pewne wady, jak konieczność posiadania zapałek w oczach albo przypięcia sobie górnych powiek do brwi spinaczami od bielizny.

W sobotę na przykład postanowiłam pojechać do pracy na rowerze i załatwiłam sobie tym pobudkę o szóstej. Jako że długo nie musiałam (z własnej ani niczyjej woli) wstawać tak wcześnie, w ogóle nie mogłam zasnąć i w rezultacie budziłam się co pół godziny z poczuciem, że już się spóźniłam.

Pomimo gruntownego przygotowania wszystkiego dzień wcześniej, ubieranie zajęło mi pół godziny. Nie mogłam nic znaleźć (a każdy element garderoby wyjęłam

w piątek z szafy i rozłożyłam po drodze, żebym była zmuszona się o to potknąć. I do tego miałam szybką gimnastykę przy podnoszeniu wszystkiego z dywanu).

Drugie pół godziny szukałam wszystkich kosmetyków, począwszy do dezodorantu. Albowiem postanowiłam wieczorem sobie „ułatwić” życie i wszystko postawiłam w łazience. Obszukałam dokładnie miejsca w pokoju, gdzie do tej pory kładłam kosmetyki, zanim się zorientowałam, że wszystkie stoją na pralce.

W końcu pomysł malowania się i tak legł w gruzach, bo było gorąco, później jechałam przecież na rowerze, dalej nie widziałam na oczy i mogłoby się to skończyć trwałą ślepotą i końcowym rozmazaniem wszystkiego przy okazji mycia twarzy. Jedzenie za to zajęło mi trzy minuty… Więcej czasu już nie miałam.

Peace forever!

Wasza Zytka

Potrzebujecie inspiracji? Proszę bardzo. Trafiłam na Loesje (dwa pierwsze zdjęcia), kiedy czekałam przed przejściem dla pieszych. Dziś wsiąkłam na dłużej i przeczytałam teksty z plakatów. Jak określiłby to kabaretowy bohater z Moralnego Niepokoju:

Rzutkie. Chybkie. Spolegliwe. I żeby nie było miałkie!

Tutaj ich znajdziecie: http://www.loesje.pl/

Maraton i tapenade

Przejechałam dziś jakieś 55 kilometrów rowerem, jeśli wierzyć mapom z Googla. Z czego dwadzieścia zrobiłam totalnie niechcący, bo miałam ochotę sprawdzić, dokąd dojadę Mostem Śląsko-Dąbrowskim. Nigdy nie przejeżdżałam go rowerem i dziś już wiem, dlaczego. Kiedy jadąc w różne strony, po raz trzeci wyjechałam w tym samym miejscu Północnej Pragi, a zaczęło zmierzchać, spytałam w końcu jakąś kobietę, gdzie jestem i jak mogę się dostać do innej części Warszawy.

Jak usłyszała, skąd jadę i dokąd, i ile razy jechałam już tymi samymi ulicami, zrobiła taką minę, jakbym co najmniej rozmawiała z nią na wylotówce do Gdańska, gdzieś w okolicach Łomianek. A tymczasem wystarczyło wrócić kolejny raz niemiłosiernie długą, ale w miarę prostą drogą, omijając wykopy (nasza stolica będzie mieć dumną drugą nitkę metra, więc pół miasta jest nieprzejezdne) i już dotarłam do miejsc, które rozpoznaję, czyli pod Stadion Narodowy. Po Euro2012 to już pewnie 99.9% Polaków go rozpoznaje.

Warszawa mnie bardzo zaskakuje. Moje nogi też to czują. Na pewno nie stracę kondycji przed wyjazdem w góry. A myślałam, że będę łączyć pracę z nieco mniej aktywnym wypoczynkiem. :P

Ale jaki dobry obiad dziś sobie zrobiłam. Prosty, niewyszukany, chociaż może część składników dość oryginalna. Wszystko, zapewniam, pasowało do siebie. Pomimo początkowego poczucia, że wcale niekoniecznie.

 

Smażony makaron z tapenade, indykiem, pieczonym oscypkiem i pomidorową sałatką z sosem balsamicznym

 

Tak tylko cichutko

Właśnie wróciłam z filmu Nietykalni. Wybierałam się na niego od maja, ale przez ciągłe zmiany miejsc „zamieszkania” albo nie trafiałam na dobrą godzinę do większego miasta, albo już nie grali. Na szczęście dla mnie, kino Muranów jest kinem studyjnym, także tam repertuar nie zmienia się co tydzień.

Wchodząc do budynku, nie czuje się zapachu popcornu. A na sali nikt nie szeleści papierkami z chipsów.

Miałam ochotę płakać, że film się skończył. Bo poza tym, śmiałam się tak, że prawie spadłam z fotela. A przy wyjściu wszyscy się do siebie uśmiechali… To nie była cukierkowa bajka romantyczna. To był film, jakich mało. Ale za to wzbudził na twarzy uśmiech typu „banan” na długie godziny.

Magia dnia codziennego. Szaleństwo życia. Radość z prostoty. Wariactwo!

A w poniedziałek idę na Jiro śni o sushi. Czekałam na ten film od ponad roku. I w poniedziałek w Muranowie są bilety po 11 złotych. :D

 

Zytka Maurion

 

PS. To było niesamowite. Takie małe znaki od Życia, że jest ok. Wracałam autobusem 111. O 22:22. A w ciągu dnia było pewnie ze 33 stopni.

Królewna, jestem pewna!

To cytat z bardzo, bardzo starej rozmowy przy obiedzie u mnie w domu. A dziś ja tak mówię o sobie. Może pójdę oddać krew, to się okaże, czy mam błękitną?

Zwiedzałam Łazienki Królewskie i kiełkowała we mnie myśl, że, kto wie, może ze dwadzieścia pokoleń wstecz nie było tylu Polaków i jestem jednak JAKOŚ spokrewniona z królem Stanisławem Augustem? Mamy podobny gust, ja też uwielbiam piękne wnętrza. Gdyby się okazało, że jesteśmy rodziną, to mówicie mi Królewno. Marzenie każdej niegdysiejszej dziewczynki. Być królewną…

(oczywiście: dawno dawno i daleko daleko) I potem trafia się królewicz, który po Bardzo Długim Pocałunku Na Dobranoc zamienia się w ropuchę. A królewna podróżuje na barkach jeża super-Hedgehog-mana i zwiedza świat. Ale jeż postanawia w końcu zostać w magicznym lesie, bo spotkał tam kolegę Kulawego Konia.

Coś  poprzekręcałam. Bajki dla Potłuczonych normalnie.

Co to są za bajki, aż się wierzyć nie chce
Może je napisał Franz Kafka po setce
Czy może Andersen mocno już zmęczony
Te bajki dla potłuczonych.

Tak. Być królewną. Ja bym nawet mogła całe te Pałace na Wyspie, na Wodzie i każdy inny zostawić państwu na chwałę i dumę. Mnie wystarczy, jak przekażą mi w spadku taką śliczną, porcelanową filiżankę jak do espresso, którą widziałam w Pałacyki Myśliwieckim )albo w Białym Domku?) na piętrze. Dziś już takich nie robią. A ja bym na pewno zrobiła z niej dobry użytek. A tak – stoi niemal zapomniana za szybką i mało kto poświęca jej uwagę.

Jest na to jeden sposób. Zrobię tak, jak w Bajce Sikory o Szewcu Dratewce (Sposoby Dratewki – bajka o smoku). Tylko skąd wziąć smoka? I króla?

Zadanie skazane na porażkę. Coś o tym napisał nawet sam Mistrz Sikora, jakby przeczuwając moje myśli. Oto jego słowa, jak sobie radzić w takich sytuacjach:

Nabrać jak najwięcej życiowej mądrości. To bezcenna wiedza o wysiłkach, których nie warto podejmować, o ludziach, na których nie można polegać, o dupie wyżej, której nie podskoczysz. Dzięki mądrości życiowej udaje się osiągnąć ten stan zniechęcenia, w którym człowiek przestaje się wygłupiać i porywać z motyką na kartofle. Kartofle są w sklepie za złotówkę!

Mam nadzieję, że pomogę tym artykułem osiągać świadome stany beznadziejnej egzystencji wszystkim tym, którzy tego zapragną i ochronię ich od przypadkowego sukcesu.

Źródło tej bezcennej wiedzy wypływa stąd:  www.sikora.art.pl. Warto zajrzeć.

Właściwie to chciałabym jeszcze mieć chociaż taki jeden holenderski kafelek. W kuchni. Taki ręcznie malowany, biały z niebieskim wzorem. To znaczy z historią opowiedzianą rysunkami. Każdy kafelek był inny!

Piosenka na koniec. Taka o królewnie i księciu, co to od pocałunku się przepoczwarzyli. And I’m so sad, like a good book, I can’t put this day back. A sorta fairytale with you.

Prawdziwe dziwaki, czyli Stacja Warszawa 5.5

Albo coś ze mną nie tak, albo wyglądam jakoś szczególnie, albo mam na czole wielki napis: Podejdź do mnie! Normalnie bez względu na to, jakim środkiem transportu się poruszam, czy idę na piechotę, czy jadę rowerem, czy autobusem, zasada działa. Zawsze, no zawsze, przylezie ktoś, będzie czegoś ode mnie chciał, albo tylko będzie chciał spytać, czy może chcieć coś ode mnie.

Dzięki M., która wyjechała na Opener’a, mam rower! I korzystam z tego, ile się da. Przejechałam dziś ze trzydzieści kilometrów. Trochę się bałam, że od razu się zgubię. Ale to nie takie łatwe na prostej drodze.

Trzy historie, trzy biedronki. W Ogrodzie Botanicznym była ich cała plaga!

Scenka nr 1. Obok murów obronnych Starego Miasta

Siedzę na ławce. Rower przypięłam do płotka, nogi uwolniłam z sandałów, wyjęłam (już) ciepłą wodę mineralną i reklamówkę z suchym chlebem. Zaczęłam swoją ucztę i pojawił się facet w koszuli. Ubrany zwyczajnie, nie jakoś obskurnie i nie nazbyt elegancko. Stanął przede mną. Z grzeczności zdjęłam okulary i usiadłam trochę mniej „luźno”.

On: Spokojnie, proszę się nie szykować, to nie jest napad! Chciałem tylko o coś spytać.
Ja: Słucham.
On: Nie ma pani może złotówki?
Ja: Nie mam, ale mam chleb. Mogę panu dać, jeśli pan potrzebuje.
On: A, chleb. To nie, chleb to ja mam w domu. No to przepraszam, miłego dnia.
Ja: Wzajemnie.

Facet poszedł. Następnych ludzi pytał o papierosa.

Scenka nr 2. Przed katedrą świętego Jana

Stałam na przeciwko katedry, żeby zobaczyć wszystkie herby, portale i inne takie tam cuda. Oparłam się o mur i… przykleiłam do wielkiej pajęczyny przy rynnie.  Kiedy obierałam się z nitek, podeszło do mnie dwóch starszych panów. Jeden mówił cały czas, drugi tylko się śmiał razem ze mną.

Pan nr 1: Oj, panienka się przykleiła do muru!
Ja: Widzi pan, a chciałam tylko zobaczyć, jakie herby tu są na katedrze.
Pan nr 1 (zadzierając głowę do góry): Mieszkam tu tyle lat, a nie mam pojęcia!

Opowiedziałam panom o wszystkich trzech herbach, miałam je ślicznie opisane w notatkach cioci. Okazało się, że nie mieli pojęcia o ich istnieniu. Najciemniej pod latarnią, jak to mówią. Potem pan spytał, skąd jestem i okazało się, że nazwa nie jest mu obca.

Pan nr 1: Ja wiem, gdzie pani mieszka, bo ja zjeździłem całą Polskę wzdłuż i wszerz, setki razy, ja dobrze wiem, gdzie to jest!
Ja: To pan dużo podróżował?
Pan nr 1: A tak! A teraz to nawet bez mapy jeżdżę, bo ja już wiem, gdzie jadę. Ja to mówię, że na węch jeżdżę.
Ja: Na węch?

I tu zaczęła się dopiero historia…

Pan nr 1: No, kiedyś to nawet znajomej powiedziałem, że nie wiem, jak do niej dojechać. Ale wiedziałem. Ale tak jej powiedziałem, żeby było wesoło. I poprosiłem ją, żeby mi dała swoje skarpetki, to po nich trafię na miejsce. Jak jadę gdzieś na kilka dni, to wrzucam zawsze do bagażnika jakieś koszulki, ze dwie pary skarpetek. Czystych, oczywiście. I kiedyś jak pojechałem do tej znajomej, to wypadły mi te skarpetki z bagażnika. No to jej powiedziałem, że to właśnie tamte skarpetki, dzięki którym dojechałem. Wszyscy się śmiali.
Ja: Świetnie, ma pan poczucie humoru!
Pan nr 1: A pewnie, jest wesoło!

Potem pan był ciekawy, gdzie mieszkam. Nie wdając się w szczegóły, powiedziałam, że mam rodzinę w Warszawie. I tu pan zaczął mi śpiewać piosenkę o tym, że rodzinka jest najważniejsza, że dobrze mieć rodzinkę. Nie mogę teraz znaleźć tekstu, ale był pogodny i humorystyczny.

Na koniec życzyliśmy sobie dobrego dnia i pan poszedł z kolegą. Kolega przed odejściem jeszcze powiedział mi, że w środku jest grób kard. Wyszyńskiego. Uśmiechał się przy tym bardzo miło. Pewnie też miał sporo ciekawych historii do opowiedzenia. W takich chwilach mam ochotę zaprosić ludzi na herbatę i słuchać bez końca.

Scenka nr 3. Rynek Starego Miasta

Pojechałam wczoraj wieczorem obejrzeć kamieniczki. Chociaż cały czas grzmiało i się błyskało, chciałam skorzystać za namową cioci z możliwości zwiedzania miasta i zobaczyć jak najwięcej. Akurat jak dotarłam do Rynku, zaczęła się normalna, regularna burza. Parasola nie wzięłam, bo wcześniej już lało ze trzy razy i jak dla mnie, dzienny limit był wyczerpany.

Schowałam się pod parasolem, wystającym z jednego z ogródków i tak stojąc, oglądałam kamieniczki i czytałam z przewodnika co ciekawsze rzeczy. Im bardziej lało, tym więcej piorunów się pojawiało (nie dam sobie głowy uciąć, że jedno to przyczyna, a drugie skutek). Ale przynajmniej widziałam tekst od czasu do czasu.

Przez płytę Rynku przeszedł facet ubrany jak kucharz. Biała bluza kuchenna, czarna zapaska na spodniach, biała czapka budyniówka. I do tego ogromny, niebieski parasol. Wyglądał bajecznie. Jak Papa Smerf. Chciałam mu zrobić zdjęcie  znienacka. On jednak zatrzymał się zaraz przy mnie i zaczął gadać z kelnerami w „moim” ogródku. Z odległości 10 cm trudno zrobić po ciemku zdjęcie z ukrycia bez lampy. ;)

Po chwili rozważań, gdzie siedzi więcej ludzi i ile udało się zarobić, pan kucharz poszedł sobie dalej, a ja wróciłam do szukania kamienicy, w której mularz zamurował czarnego kota, zamiast dziewicy. Cóż za wspaniałomyślność z jego strony, nie sądzicie?

Kiedy znów naszykowałam aparat, facet podszedł do mnie i zagaił rozmowę. Był nieco zaskoczony, że ktoś o dziewiątej wieczorem zwiedza Warszawę. I też wiedział, skąd jestem. Kiedyś mówiłam wszystkim pytającym, że jestem z Krakowa, ale odkąd mówię prawdę, to okazuje się, że większość osób albo potrafi doskonale zlokalizować moje miasto, albo ma tam rodzinę/znajomych/przyjaciół.

Pan ma u mnie w mieście brata. I ma na pewno, bo podał nazwę dzielnicy, którą może znać tylko tubylec. ;)

Potem niestety, pan postanowił przejść na ty, a w końcu zaczął wypytywać, co na moje podróże mówi chłopak.  Szybko nakreśliłam mu moją teorię, stworzoną właśnie do odpowiadania na głupie pytania. Zrozumiał, zgodził się ze mną i przeszedł do komentowania mojej urody. Ach. Och. Jaka piękna opalenizna! To ostatnie to raczej zgadywał, bo niby co widać spod kaptura kurtki. Po chwili zaprosił mnie na kawę. Albo na spotkanie. Albo co chcę.

Nie lubię, kiedy ktoś zaczyna się narzucać, po czym ściska mnie i twierdzi, że jest taki uczuciowy i czuły. Powiedziałam wprost, że źle się czuję, że nie życzę sobie obściskiwania.

I szybko się pożegnałam.

Dziś jechałam na rowerze, zobaczyć w ciągu dnia moje ulubione kamieniczki i facet łaził w tym ubranku po Rynku. Widocznie tam pracuje. Strzeżcie się go. ;)

Ale spotkałam też dwóch bardzo miłych panów, którzy nic ode mnie nie chcieli, a jeszcze mi bezinteresownie pomogli. Jeden podwyższył mi siodełko, bo miałam kolana na wysokości nosa. Ot tak, chociaż mógł sobie za to zażyczyć kasę, bo pracował w Cafe Wygodny Rower. Jeździłam do tej pory autobusem i nawet nie wiedziałam, że jest taki fantastyczny punkt niedaleko Ronda de Gaulle’a (rondo z palmą). Jutro idę tam na kawę. I popatrzeć sobie na fajnych panów, którzy znają się na kluczach od roweru.

I właśnie znalazłam na ich stronie informację, że mają jeszcze punkt na Muranowie i w Wilanowie. Czyli, że jakbym potrzebowała pomocy, to z pracy będzie niedaleko do punktu przy ul. Stawki 19. A jakbym się porwała na niedzielne zwiedzanie Wilanowa też na rowerze, to gdzieś tam też mają punkt. Stawki 19. Może jak to sobie powtórzę ze trzy razy, to zapamiętam. A może da się tam zaparkować rowerem? Bo jakoś nie bardzo widzę miejsce roweru na piątym piętrze, w sali z kilkoma innymi osobami i milionem pudeł z dokumentacją z projektu do sprawdzenia. ;)

To był jeden pan.

Drugi pan podbiegł do mnie, kiedy czołgałam się po schodach na górę z Nowego Miasta. Spytał, czy pomóc i wyniósł mi rowerek na samą górę. How nice. Przy trzydziestu stopniach na plusie to samo podniesienie ręki wymaga samozaparcia, nie mówiąc o dźwiganiu roweru.

Thanks a lot!

Stacja Warszawa cz.4

Dobra, nad tytułem długo nie myślałam, jakby ktoś pytał.

Wolałam zjadać tosty z masełkiem, serem żółtym, pomidorkiem, solą i pierzem kolorowym. Wcześniej wolałam zwiedzać stolicę przy akompaniamencie piorunów, grzmotów i lejącego się strugami deszczu. I być bardzo zaskoczoną, kiedy nagle przestawało lać, wychodziło na moment słońce i Stare Miasto robiło się tak kiczowato pocztówkowe, że aż żal ściskał trzewia. I nie tylko trzewia.

Odwiedziłyśmy dziś z siostrą cioteczną Muzeum Chopina. We wtorki jest za darmo i ma klimatyzację! Dwa plusy jeszcze przed samym wejściem. Polecam każdemu, kto sądzi, że Szopen to był taki wredny mruk, co to tylko siedział, kaszlał i pisał mniej lub bardziej smętne utworki na fortepian, którymi maltretowane są dzieci w szkołach muzycznych.

Jeśli wolno mi użyć tego zwrotu, koleś pisał slangiem. Który na dodatek sam sobie wymyślił! Przecież jakby on pisał powieści w ten sam sposób, w jaki opisuje życie w listach do swoich serdecznych przyjaciół, to do tej pory nie schodziłyby z list bestsellerów. Oto próbka z listu do Fontany:

Greszon błoteszon!

Zobaczcie sami i posłuchajcie, o co chodziło, bo pojawia się tam wiele ostrych słów na temat błota, warunków w hotelu i zachowania Anglików.  I inna próbka, tym razem dotycząca leczenia na wyspie Palma:

3 doktorów z całej wyspy najsławniejszych: jeden wąchał, com pluł, drugi stukał, skądem pluł, trzeci macał i słuchał, jakem pluł. Jeden mówił, żem zdechł, drugi – że zdycham, 3-ci – że zdechnę.

Szopen był bardzo wnikliwym obserwatorem rzeczywistości. Wyśmiewał zbytnią manierę, szydził z byle jakiej szkockiej pogody, źle reagował na angielskie opowieści „bardzo znanych” brytyjskich familii, których na kontynencie nikt nie znał. A w dodatku, kiedy przychodziło do zapoznania z nową osobą, każda Angielka i każdy Anglik mieli do opowiedzenia długą historię dziejów rodziny. Idąc od najmłodszych pokoleń wstecz, w tym na końcu zawsze występował Chrystus.

Konsyderacya genealogiczna zawsze, podobna do Ewangelii.

A kiedy chciał coś zaprezentować – w liście pojawiał się obok tekstu rysunek.

Oryginały – niech Bóg uchowa: to jeden lord w kołnierzu i kamaszach. jąka się.

to duke w butach  palonych z ostrogami w łosiowych portkach i rodzaj[u] szlafroka na h.

Muzeum jest zupełnie inne, niż tradycyjne. Otwarte, bez narzuconego schematu zwiedzania i bez konieczności bycia cicho. Kapci do polerowania posadzek też nie ma. Jest za to kilka pięter, które warto spokojnie przejść, zakładając co i rusz kolejne słuchawki, poddając się melodii polonezów, wybuchając śmiechem po kolejnym liście i milknąc na chwilę w ostatniej, czarnej sali na drugim piętrze.

MUZEUM FRYDERYKA CHOPINA W WARSZAWIE
Pałac Ostrogskich
ul. Okólnik 1
e-mail: muzeum@chopin.museum

Godziny otwarcia Muzeum
Poniedziałek – zamknięte dla zwiedzających
Wtorek – Niedziela 11:00–20:00


http://chopin.museum/pl

A jak już jesteśmy przy Chopinie, tym niezwykle ciepłym i uczuciowym człowieku, ceniącym przyjaźń i rodzinę ponad wszystko – posłuchajmy czegoś pięknego. Wybrałam króciutki utwór, który w czasach Szopena wzbudzał niekłamane oburzenie. Niby taniec dworski, ale bardzo odważne nuty. A biorąc pod uwagę, że kompozytor napisał taki „kawałek”, mając szesnaście lat… ;)

Stacja Warszawa – cz.3

Część trzecia i potrójna. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Jeśli ktoś spodziewał się klasycznych ujęć typu: zamek w całości, kolumna Zygmunta i Pałac w Wilanowie od przodu, proszony jest o wpisanie w Google Grafika interesującego go hasła. Naprawdę, tak można znaleźć wszystko to, co widać w przewodnikach, na pocztówkach i schematach. Ja chciałabym pokazać Wam coś więcej. To, co mnie zaciekawiło, rozśmieszyło i powaliło swoim pięknem. Na zdjęciu powyżej (od lewej od góry): Stare Miasto – Plac Zamkowy – Plac Teatralny – ciąg murów wokół starej Warszawy -Pałac Prezydencki – Pałac w Wilanowie – Łazienki Królewskie – Zamek Królewski. Lwy przed Pałacem Prezydenckim oswojone i udomowione na Euro. Polska, biało-czerwoni! Wiewiórki są aż za bardzo oswojone. Same grzebią w torbach. Łakomczuchy większe ode mnie, chociaż w sumie mniejsze. Siedząc na wprost Zamku, z niemałym zdumieniem zauważyłam Stadion Narodowy. I chociaż przejeżdżałam obok niego wcześniej kilka razy, a media trąbiły o nim od czterech lat, jakoś tak nagle wyrósł w panoramie miasta. Pomiędzy trasą W-Z a krzakami. Wilanów wart jest zupełnie oddzielnego postu, ale teraz chciałabym zwrócić Wam tylko uwagę na Cnotę, wyrzeźbioną i ustawioną przy frontowej elewacji bocznej. Jest to Konieczność. Już w mitologii rzymskiej oznaczała nieuchronność. Niesie w rękach młotek i gwoździe. Następnym razem, kiedy będziecie widzieć rzeźbę, spójrzcie, co trzyma w rękach, na czym się opiera, co głaszcze lub depcze. Najdrobniejszy szczegół nie jest przypadkowy, a zdecydowanie odnosi się to do baroku. Jak ujęła to moja Ciocia: Dawniej ludzie nie mieli tylu rozrywek, więc czytali dużo książek i każdy wykształcony człowiek potrafił rozpoznać, co oznacza dany element na obrazie lub w rzeźbie. A my? Współcześni ludzie zatracili totalnie więź z przeszłością. Dzieci w szkołach są katowane rodzajami kolumn, a nie przypominam sobie, żeby ktoś mówił mi o Konieczności, która dźwiga młotek. Albo o Jedności Obywatelskiej. A ona też ma swoją personifikację. W Wilanowie między innymi. :) Na sam koniec kolejna porcja szalików i flag narodowych plus zielona mucha i wiewiórka. Tak na dobry sen.

02:48

Pot i łzy

Widzieliście ten mecz?!?!?!?!?!?! La Furia Rocha! Spokój Hiszpanów, cytując komentatora. :)

Normalnie miazga! A ja błam całym sercem za Włochami… i jak widziałam ich łzy, ten straszliwy żal, rozczarowanie i pewnie niedowierzanie, to było mi strasznie smutno, strasznie, strasznie, strasznie. Pirlo się popłakał, inni się popłakali, okrutna przegrana! ;(

Dziś nie ma po co oglądać żadnych wiadomości, przecież będą mówić tylko o tym.

I Balotelli, jak popchnął tego działacza, przecież miał ogień w oczach! A wszystkie przeróbki, jak stoi na poprzednim meczu z rozłożonymi rękami jako baletnica, to było coś zwierzęcego, dzikiego i bardzo jednoznacznego. Kto wtedy rządził? On.

Spodobała mi się bardzo postawa Hiszpanów, którzy wypuszczając przodem Włochów do dekorowania medalami, klepali ich po plecach. Jakby mogli, to by ich przytulili. Kurczę, przecież oni się wszyscy znają, sami też znają smak porażki.

Ale emocje były. Nie mogłam usnąć z wrażenia, chociaż chwaliłam się wieczorem M. i G., że ja to zasypiam bez problemów. Nie mam słów. Wielka klasa, ogromne zaangażowanie, szaleństwo!

Dobra. Starczy. Tyle meczów to ja naprawdę nie obejrzałam w całym życiu. Widziałam wcześniej (przed Euro2012) tylko jeden mecz. Polska – Nowa Zelandia. Dziesięć lat temu!

A te kilka dni zleciało mi szybciej, niż ten mecz Włochom i Hiszpanom. Zwiedziłam sobie Stare Miasto, Łazienki, Wilanów. Czy wiedzieliście, że Pałac w Wilanowie odzwierciedla chwałę, potęgę i siłę Rzeczpospolitej? Że jest apoteozą Jana III Sobieskiego i KAŻDY element dekoracyjny ma tam znaczenie, począwszy od ozdób na dachach, a kończąc na wieńcach z granatów, którymi owinięte są postaci atlantów? Genialna budowla. Dawniej budowano tak, żeby wszystko mówiło samo za siebie. Każdy detal architektoniczny, każdy zaułek ogrodu i najmniejszy kamień coś znaczyły.

A dziś? Sztuka nowoczesna daleko odeszła od motywów mitologicznych i wielkich bohaterów. Słowo instalacja nie porusza mnie zupełnie. Co innego pałac.

Weekend spędziłam, chroniąc się przed upałem na działce Rodzinki. Wstyd, że prawie nie wychodziłam. Ale jeśli tam było ponad trzydzieści stopni w cieniu, to w Warszawie było pewnie z pięćdziesiąt. Ufff.

Z miłą chęcią podzielę się z Wami wieczorem zdjęciami i wrażeniami. Bardzo edukacyjny ten wyjazd. Dziś idę oglądać bardziej szczegółowo Łazienki. Poprzednio bawiłam się tylko z samą sobą w chowanego w parku. Teraz pobawię się w spostrzegawczość. Co przeoczę, co znajdę, a czego nie ma w wielkim segregatorze – przewodniku mojej Cioci?

Będzie wielkomiejsko. Albo staromiejsko? Miłego dnia!

:)

 

PS. Zapomniałam. Przecież ja jeszcze ciągle coś żarłam! Każdego dnia jadłam coś nowego. W weekend wzięłyśmy się z Ciocią za ciasto filo.  I za udka pieczone z warzywami. I kurczaka po cypryjsku. A wcześniej Ciocia zrobiła makaron z cukinią, kremowym sosem z mascarpone i indykiem w piętnaście minut. I pyszną zupę z fasolką, brokułem, kalafiorem i niebieskim serkiem. Jamie Oliver przy Niej po prostu się guzdrze!