Kornwalijsko-polskie pieczone pierożki z mięsem i warzywami

Czy Wy również zaczęliście już sezon ogniskowy, kociołkowy, grillowy, wędzarniany, łowiskowy i jaki tam jeszcze może być? My już ponad miesiąc spotykamy się z przyjaciółmi przy ognisku, grzejemy się przy kominku albo kombinujemy, co dobrego wrzucić do kociołka.

Po pierwszym w tym roku użyciu naszego żeliwnego, ogniskowego „garnka” została nam solidna porcja duszonki. Zjeść nietrudno, ale czemu zostać przy najprostszym menu, skoro świat oferuje tyle różnych możliwości? Ciasto z tego przepisu jest kolejnym, które chętnie wykorzystam do innych dań. Genialnie się przygotowuje, wymaga niewiele pracy, smakuje dużym i małym. Daje wprost spektakularne efekty. Czego więcej chcieć?

Czytaj dalej

Postanownienia wiosenne

Znam takich, co to postanawiają, że w tym roku to będzie inaczej. Albo tej jesieni każdy weekend spędzę w górach. A jak wychodzi słońce, wszyscy mówią o wiośnie, a trawa robi się z minuty na minutę bardziej zielona. To wtedy pojawiają się też tacy, co postanawiają podjąć wyzwanie i zaczynają biegać. Zwykle z nadzieją, że staną się od tego bardziej zadbani, w formie, zdrowsi. I co najważniejsze, chudsi.

Mam dla nich taki oto komiks, podesłany mi dziś przez mojego Przyjaciela.

Powodzenia! :)

Jak dobrze nam zdobywać góry! [i myć auto po zimie]

I młodą piersią chłonąć wiatr.

Ja tam dziś gór nie zdobyłam, ale za to skorzystałam z iście wiosennej pogody [zimy to już raczej nie będzie...] i wymyłam samochód. Prosił się o to mocno, biedaczek, brudny jak nieboskie stworzenie. Tak dawno tego nie robiłam, że niemal zapomniałam, jak to jest.

Pan, który kładzie nam podłogę, jak mnie zobaczył z gąbką w ręce, powiedział:

Niech pani tak dokładnie nie myje! Jutro ma padać.

Jakby to było coś nowego, że zawsze po myciu samochodu leje jak z cebra. Na wszelki wypadek nie sprawdzam pogody, bo jeszcze chłop będzie miał rację.

Czytaj dalej

Śniadanie lepsze, niż u Moneta

Jak malowane ;)

Mówiąc jasno i najzwięźlej, słońce świeciło, a ja korzystałam z uroków wiosennych smakołyków. Wyprawa do ogródka po młode pędy czosnku, świeżą sałatę, cebulkę dymkę. Dobre jedzenie z rana daje więcej energii na cały dzień, niż jakikolwiek obrzydliwy napój energetyczny, wierzcie mi.

Jeśli chcecie sprawdzić na własnym przykładzie, zacznijcie od końca, czyli od sałatki. Ona może poczekać. Omlet – zdecydowanie nie. Na zimno sprawdzi się owszem, ale w roli wnętrza do kanapki. A u mnie wystąpił jako gwóźdź programu. A wiadomo – z gwoździami ostrożnie trzeba! :)

Na pierwsze danie omlet wiosenny.

Omlet wiosenny

Liczba porcji: 2 | Czas przygotowania: 5 minut | Czas gotowania: 20 minut lub 10 minut przy smażeniu dwóch jednocześnie

Składniki:

  • 4 – 5 dużych jajek
  • 100 g gotowej polenty, pokrojonej w kostkę
  • 2 duże pomidory, pokrojone na 16 części
  • 1 marchewka, obrana i posiekana julienne lub w paski
  • 4 plasterki szynki długodojrzewającej, porwanej
  • 2 spore garście mrożonego lub świeżego groszku
  • cebulka dymka, młody czosnek, natka pietruszki, posiekane
  • sól, pieprz, przyprawa do jajek, czerwona papryka w proszku
  • oliwa, masło do smażenia

 

Przygotowanie:

  1. Na dużej patelni rozgrzać masło lub oliwę. Można robić na dwóch patelniach, będzie szybciej. :)
  2. Groszek gotować 2 minuty w osolonym wrzątku, osączyć. Wszystkie warzywa (bez świeżych ziół!), szynkę i kostki polenty podzielić na dwie części, rozłożyć na patelniach i na małym ogniu podgrzewać bez mieszania.
  3. Jajka dobrze wymieszać rózgą kuchenną, przyprawić do smaku solą, pieprzem i przyprawą. Wymieszać ze świeżymi ziołami.
  4. Zwiększyć ogień pod patelniami, wylać równomiernie jajka (podzielić masę na pół!), zmniejszyć ogień i trzymać kilka minut pod przykryciem, aż masa się zetnie. Nie odwracać. Zsunąć na podgrzany talerz i podawać z sałatką warzywną i pełnoziarnistym chlebem.

 

 

Sałatka wiosenna

Czas przygotowania: 5 minut + czas na wymycie sałaty :)

Składniki:

  • główka sałaty prosto z ogródka
  • cebulka dymka prosto z grządki
  • kilka zielonych elementów młodego czosnku, zerwanych w ogródku
  • kilka – kilkanaście rzodkiewek, też najlepiej z ogródka
  • pół cytryny (niekoniecznie z przydomowej plantacji, ale jak macie taką…)
  • oliwa
  • sól, pieprz

 

Przygotowanie:

  1. Dokładnie wymyć każdy liść sałaty. Wymaga to nieco cierpliwości, ale wielkie rzeczy muszą być okupione wysiłkiem. Wysuszyć liście, porwać i wrzucać do miski.
  2. Cebulkę umyć, posiekać. Tak samo liście czosnku. Wrzucić do sosjerki.
  3. Rzodkiewkę (tak, tak, umyć) i pokroić na połówki lub ćwiartki. Wrzucić na sałatę.
  4. Cytrynę dokładnie umyć, wyszorować. Jeśli macie już tylko połówkę, to od środka nie szorujcie, tylko skórkę. Zetrzeć skórkę zesterem od razu na sałatę.
  5. Wycisnąć do sosjerki sok z cytryny, odmierzyć łyżkami ilość i dodać dwa razy tyle oliwy. Dobrze wymieszać, dodać sól i pieprz.
  6. Zjeść!

A na obiad spróbujcie czegoś równie prostego, a zaskakującego. Może Pilaf z czerwonymi pomarańczami i prażonymi migdałami przypadnie Wam do gustu?

Wilk to mały pikuś

Klo lubi zwierzątka większe, niż plankton?

Trzeba mieć naprawdę szalonych znajomych, którzy wyciągną Cię na koniec dnia w miejsce, o którym nie wiesz nic. Dobra, wiedziałam, kto tam będzie. I jakie żywe niespodzianki mnie czekają. :)

Na dzień dobry Psy Trzy. Który jest który? Oto jest pytanie.

Na pierwsze danie – konie. Piękne, spokojne i ani się mnie nie bały, ani ja ich. A z końmi to niewiele w życiu miałam do czynienia. Zawsze uważałam, że są bardzo mądre i na tym się cała moja wiedza kończyła. W tamtym roku jeszcze byłam na zabezpieczeniu skoków. Atmosfera takich miejsc robi jak najbardziej pozytywne wrażenie. Zresztą, wszystkie osoby „z końską pasją”, jakie znam, mają ten dobry typ charakteru. Dobrzy ludzie. Yen, to do Ciebie też!

Na drugie danie – powtórka z rozrywki. Jak stoi obok Ciebie pies rasy wilczarz, a przy nim drugi trochę większy, a przy nim trzeci, jeszcze większy… to zwyczajnej wielkości pies i  inne stworzenia boskie nie robią na Tobie wrażenia. Byle tylko nie mówić wilczarzom wprost, że po burzy śmierdzą mokrym psem. Bo wtedy się obrażają. ;)

Przy takim psie, to człowiek siedzi w zagrodzie, żeby mu szaszłyka nie zeżarły. A maleństwa stoją za ogrodzeniem, robią smutne oczy i udają, że nie jadły od tygodni, chociaż dopiero co opróżniły michy. Ale jak nie dostaną Twojego kawałka kiełbasy, to przecież na pewno zginą z głodu. Widocznie psy (i koty też) mają to w genach, bez względu na rasę czy płeć. Wielkie, smutne oczy. Daj, no daj, to na pewno miała być moja kiełbasa.

Ciężko stwierdzić, czy to ja się do nich przytulałam, czy raczej one to wymuszały. Kot sam właził do przytulania. Najpierw uparcie wchodził na talerze, póki były pełne. Ale potem zmieniło mu się i już przychodził tak od niechcenia. Niby się łasił, niby przytulał, ale jak widział w pobliżu szansę na wyżerkę, to leciał jak głupi. Czyli że taki głupi to on nie jest.

Przedpołudnie i południe też minęło świetnie. Jak tak dalej pójdzie, nadrobię wszystkie zaległości towarzyskie w tym tygodniu. Albo w przeciągu dwóch tygodni. Mój wykres socjometryczny nabierze niespotykanych dotąd barw i życia. Dolce far niente! :)

Jeśli rano myślałam, że nie dam rady się bardziej opalić, to godzinna wycieczka rowerkiem wodnym z Przyjaciółką, jej chłopakiem i jego siostrą dobitnie mi uświadomiła, że nie ma rzeczy niemożliwych. A chciałam tylko zaznaczyć, że mamy początek maja!

I do tego objadłam się dziś tortillą z salsą pomidorową. A na obiad zjadłam dwa kawałki kruchej tarty. Szpinak, soczewica, prosciutto, kabanosy, ser wędzony, masa jajeczna, śmietanka kremówka… Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała. Będzie przepis na specjalne życzenie, ale błagam, jest dwanaście po północy. Nie dziś!

Aha. I jechałam pociągiem. Taaaaaaa. To jest dopiero powód do dumy i chwały. Za kilka dni już nie będę taka szczęśliwa, bo inaczej jedzie się półtorej godziny, a inaczej półtorej dnia. Szczegół. Dziś wymyśliłam se, że wstanę o szóstej i zdążę na pociąg o wpół do ósmej. Ja! O tej porze! W Święto Narodowe i Kościelne! Wstałam! [Gromkie brawa. Kurtyna opada. Widzowie krzyczą Bis! Bis!]

W drodze powrotnej zasnęłam z gazetą w ręku (w wielkim sekrecie napiszę, że był to numer Smaki. Psychologia i kuchnia). Obudził mnie ulewny deszcz, który lał mi się na głowę przez otwarte okno. Cóż za klimatyzowane pomieszczenie, taki stary pociąg.

Na ksywę też trzeba sobie zasłużyć

Ale kręci mi się w głowie! Mój błędnik nie jest w stanie niczego zinterpretować. Świat się kołysze, a ja niby siedzę prosto. Jeśli po kilku godzinach spędzonych na łódce już tak mam, to jestem w stanie uwierzyć w każdą historię o marynarzach, którzy chorobę morską dostają właśnie przy wysiadaniu na brzeg. Ekhm, przy dobijaniu do brzegu.

Właściwie ja szybko się dostosowuję do nowych warunków. Jak dłużej jeżdżę pociągiem, to potem nie mogę zasnąć bez stukotu kół o tory na zwrotnicach. Jak wyjeżdżam na wakacje, to po powrocie nie mogę zasnąć we własnym łóżku. Adaptacja możliwie jednostronna, jak widać.

Aha. O ile żeglarstwo ma tę zaletę, że na wodzie można się szybko opalić (bez kremu z filtrem to nie ma co nawet się rozbierać), o tyle nie ma co liczyć na czyste stopy. Wieczorem i tak będą brudniejsze od najbrudniejszych.

Okazuje się, że pływanie jest nie tylko przyjemne, ale po opanowaniu skomplikowanej plątaniny lin, sznurów, takielunku, miecza, knag, forpiku, baksztagu, forewindu i innych elemetów… Nawet daje nieco satysfakcji, jak słyszy się o icku i wie, że chodzi o ten mały sznureczek, który dynda, przyczepiony do linki. I wszystko ma swoją nazwę, każdy najdrobniejszy element, każdy pizdryk i to wszystko, o co można się potknąć.

Dziś pływaliśmy we czwórkę na sporej łajbie. Na lepsze określenie nie będę się wysilać. Na modelach statków, łódek i kajaków to ja się znam gorzej, niż na samochodach. W każdym razie porównując Bezika, w którym z niemałym trudem mieściły się trzy osoby, to na tym większym cztery mogły rozłożyć nogi! To jest dopiero życie.

A jak Eol nie zapoda wiatru, to człowiek tak siedzi, kołysze się, rozgląda za łabędziami i kaczkami…Myśli, co by tu znowu zjeść, jak uda się dopłynąć do brzegu. Bajka. Jakie problemy można mieć w słoneczny dzień na łódce? Wszystkie telefony i dokumenty zostały na brzegu. Nikt nie dzwoni, nikt nie pogania. Nie ma dokąd się spieszyć. Wykładam nogi przed siebie, zerkam za burtę, moczę dłoń w wodzie. Plusk, plusk, plusk. Świat ma wymiar łódki. Reszta to telewizja. ;)

A jak po zejściu na brzeg chce się jeść! Taka zwyczajna kiełbaska (nomen omen) smakuje nieziemsko. Do tego kawałek upieczonego chleba, warzywka z grilla i pora wracać na łódkę. Ale żeby zasłużyć sobie na ksywkę, wypadałoby zrobić coś więcej, niż położyć połówki papryki na ruszcie i zostawić je pod czułą opieką „operatora grilla”.

Także była jeszcze sałatka. Dziś to generalnie full wypas, bo P. wziął ze sobą marynowane pieczarki, A. i T. sałatę masłową, rzodkieweczkę, czosnek w zalewie, ja dorzuciłam oliwki, kukurydzę, kapustę pekińską, cebulkę, szczypiorek. Trochę pomidorków, wielka micha żarcia i wszyscy zadowoleni. Reklamacji nie było, jeszcze nam zostało na później.

Do tego na kolację tortilla z marynowanym kurczakiem, sosem czosnkowym, kapustką pekińską, czerwoną cebulką, sosem pomidorowym.

A na deser ciastka kowbojki. Prosto z przenośnej lodówki, żeby czekolada rozpuszczała się w ustach, a nie w trzydziestostopniowym upale. I jak, zasłużyłam na nową ksywę?

W sumie bagażnik mieliśmy zapakowany jak na tydzień. Ale zasada jest prosta. Przecież na tydzień/miesiąc/rok bierze się tyle samo rzeczy, co na krótki wyjazd. Na dłuższy wrzuca się dodatkową parę skarpet, koszulkę i bieliznę. Reszta zostaje taka sama.

Uśmiech się! :)

Bawcie się dobrze na Waszym długim weekendzie, nawet jeśli jest ciągle przerywany pracą. Pamiętajcie, nie trzeba jechać na koniec świata, żeby wspaniale spędzić czas!

Już pół wieku naszej stacji, kto nie sadzi, nie ma racji!

Witam Państwa bardzo serdecznie.

Dobra, dobra, to tak tytułem wstępu było. Przejdźmy do meritum. Słuchaliście w Trójce relacji z sadzenia 30-letniego drzewa na 30-lecie Listy Przebojów?

a) Tak? I jakie wrażenia?

b) Nie? No wiecie co?! Proszę natychmiast nadrobić, zajrzeć i posłuchać tutaj.

Ja słuchałam. I zostałam zaczarowana przez dwudziestego siódmego kwietnia. Wpadłam w pogodę wyrwaną ze środka upalnego lata, zostałam bardzo uprzejmie obsłużona po godzinach przyjęć interesantów w urzędzie, mieliłam nieziemsko dobrą złotą Lavazzę w ręcznym młynku do kawy i słuchałam perlistego śmiechu dwuletniej dziewczynki. Aha. I jeszcze zmutowane kuzynki mrówek domowych się zemściły za pogrom rodziny. Mafia ma swoje macki wszędzie. Mnie dosięgła w lesie. ;)

Magia dnia powszedniego*.

Najwyższa pora zasadzić własne drzewo. Włączcie się również do akcji Nasz Park i zasadźcie jedno z 50 000 drzew. InPost wysyła za darmo sadzonkę. Bajer. :)

Zróbmy sobie własny park! Ot, tak, bez szczególnego powodu. A jeśli musicie mieć powód, proszę bardzo: każdy mężczyzna powinien zasadzić drzewo, każda kobieta może zasadzić drzewo, zielony odpręża, my przyczyniamy się do polepszenia (mikro)klimatu. Jak uzasadnić coś, co jest oczywiste? To tak, jakbym musiała szukać powodów, dla których ludzie mają przypisaną godność ze względu na bycie istotą ludzką.

Szczegóły akcji na naszpark.pl.

Kto nie sadzi, ten… nie ma racji. Kto nie skacze, też nie ma racji. A co się dziwisz? Aparat może i różowy, ale moment skoku złapał.

Mam dla Was na koniec piosenkę z serii: Jeśli raz posłuchasz, już nigdy nie będziesz taki, jak dawniej. Szymon Zychowicz znacząco się przyczynił do mojego dzisiejszego nastroju. Wspomniałam już w innym miejscu, że świat stacza się w kierunku orania jak pługiem, zamiast miłowania. Że brakuje mi prostoty. Tutaj ją odnalazłam. Daleko od tekstów typu będę brał cię w aucie – cię. Prostota.

Przy tej piosence czas zwalnia…

Tytułem zakończenia – bądźcie błogosławieni na wieki. + Amen.

 

—————————–

Do magii dnia codziennego nie zaliczę tym razem kulinarnej przygody z agar-agar. Szykowałam się na nią jak, nie przymierzając, mały kociak na orła i wyszło dokładnie z takim samym skutkiem. Ogona wprawdzie nie podkuliłam, tylko po czterech godzinach tężenia i setce artykułów, z których każdy kolejny przeczył poprzedniemu, dodałam drugie tyle agaru do nektaru z gruszek, a resztę zrobiłam z żelatyną na pół z tym czymś. Jutro się okaże, czy to jadalne. Pojutrze się okaże, czy przeżyłam eksperyment. Czy może operacja się udała, tylko pacjent zmarł.

Orzeźwiająca sałatka

Jeśli Wam nie będzie smakować, możecie rzucać kapciem w monitor. Jak w programie Kto za to zapłaci?.

Surówka taka niemal klasyczna. Ale dodatki nadają styl i dodają jej szyku. Znajdźcie trawę cytrynową, kolendrę, limonkę, ocet ryżowy i próbujcie. Aha. Nie zapomnijcie o zrobieniu popcornu.

Orzeźwiająca sałatka

2 porcje | Czas przygotowania: 15 minut |

Składniki:

  • mała cukinia (100 – 150 g)
  • mała marchewka (100-150 g)
  • 1/4 strąka papryki
  • 6 liści sałaty lodowej
  • 4 liście kapusty pekińskiej
  • garść czarnych oliwek (10 sztuk)

 

Sos:

  • 1 łyżka (15ml) octu ryżowego
  • 2 łyżki (30 ml) soku z cytryny
  • 1 łyżka (15ml) soku z limonki
  • 1 łyżeczka liofilozowanej trawy cytrynowej (najlepiej świeżej)
  • 1 łyżeczka suszonej kolendry (lub świeżej)
  • sól i kolorowy pieprz
  • 2 łyżki (30 ml) oliwy z oliwek extra vergin
  • 6 łyżek (90 ml) delikatnego oleju – winogronowego, słonecznikowego lub delikatnej oliwy z oliwek

 

Dodatki:

  • garść popcornu (np. wg tego przepisu)
  • 40 g sera żółtego, pokrojonego w kostkę

 

Przygotowanie:

  1. Składniki sosu wymieszać dokładnie w miseczce i przyprawić do smaku solą i pieprzem.
  2. Paprykę pokroić na długie paski, tak samo kapustę pekińską. Sałatę lodową porwać na kawałki. Cukinię i marchewkę zetrzeć na mandolinie lub pokroić na cieniutkie plasterki.  Oliwki przepołowić lub posiekać na plasterki. Wymieszać składniki sałatki w misce, polać sosem i przełożyć do salaterki. Można odstawić na 15 minut do lodówki (niekoniecznie).
  3. Wierzch posypać popcornem i serem żółtym i podawać.

Smacznego :)

Poza czasem

Welcome to the Hotel California! Such a lovely place ;)

Słuchaliście wczoraj LP3? Jeśli wykonanie Sto lat przed numerem jeden (Andrusowe Piłem w Spale, spałem w Pile, a jakże) znajdzie się w następnej liście na pierwszym miejscu, uznam to za oczywistą oczywistość. Wszystkie zwrotki w radosnym wykonaniu Pracowników Trójki. Yeah. Może da się na stronie Trójki posłuchać? Może. Poszukajcie, bo warto.

Dziś jestem poza czasem i poza światem. Kto zna to bezcenne uczucie wychodzę z nową fryzurą od fryzjera? Ja znam. W krótkim czasie zdarzyło mi się już trzeci raz i tak myślę, że każdej kobiecie powinno się aplikować taką dawkę radości, kiedy jest jest smutno i źle. Mnie jest wesoło, ale dobry fryzjer nie zaszkodzi. Szykuję się mentalnie na wieczór. Bardzo przyjemny wieczór zresztą. Stąd ta fryzura. Reszta szykowania się po południu.

A teraz zanurzam się w dobrze mi znane dźwięki Poza czasem. Dorota Miśkiewicz pojawiła się już tu. Wczoraj jechałam przez las i wyminęłam bażanta, śpiewając właśnie tę piosenkę. Przy akompaniamencie grzmotów.



A oryginalny, milutki teledysk, który wstydzi się pokazać: 

Jakie piękne jesteś, życie. Do you know? (chleb)

Nacieszyć się nie mogę wiosną. Kto to widział, żeby w połowie kwietnia większość tulipanów rozkwitła? Wszystko stworzenie pcha się na ten zielony świat. Chleb też :)

Mrówki wczuły się w ogólną tendencję i ku mojej radości (w przeciwieństwie do fali rozpaczy w tym poście) ich napór na domowe żarcie zelżał. Nieco zelżał, nie żeby tak od razu totalnie. Jeszcze bym za nimi tęskniła czy coś. W każdym razie ich ścieżka zdrowia po wewnętrznej stronie uszczelki od zamrażarki zmieniła trasę i teraz dumnie paradują po stole kuchennym. But everybody’s changin and I don’t feel the same.

Jak się cieszyć, to na całego. Upiekłam dwa chleby. Jeden pszenno-orkiszowo-pomidorowy, a drugi orkiszowo-żytnio-ziarenkowy. Przepis bazuje na oryginale (klik klik), także jest doskonały w każdym calu*.  A co dopiero, kiedy posmarowałam chleb masłem i wgryzłam się w skórkę. Zielono mi!

Wyszły dwa bochenki. Chleb z ziołami, pomidorami i parmezanem jest tym razem z… ziołami, pomidorami i cheddarem. Pachnie lepiej, niż w pizzerii. Przepis na niego znajdziecie we wcześniejszym poście o chlebie. A tutaj wersja mieszana, z mąką żytnią. Szybko wpisuję przepis i uciekam na rower. Będę śpiewać z Gordonem Haskellem. Będę wspominać wakacyjną miłość z czasów, kiedy lata 2000 dopiero raczkowały. I będę robić dolce far niente, czego Wam serdecznie życzę na cały weekend.

PS. Ktoś jedzie ze mną? :)



Chleb bez wyrabiania ver.2

Czas przygotowania: 5 minut | Czas oczekiwania: 12-18 godzin | Czas pieczenia: 55-66 minut

Inspiracje: Maryla Musidłowska (film) , Jim Lahey (film), Asia – Kwestia Smaku – uwagi (przepis)

Składniki:

  • 1 szklanka mąki orkiszowej**
  • 1 szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej typ 1850**
  • 1 szklanka mąki żytniej**
  • 1 łyżeczka suszonych drożdży instant
  • 1 1/2 łyżeczki soli
  • 1 3/4- 2 1/2 szklanki letniej wody
  • 1/4 łyżeczki octu z czerwonego wina
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 50 g siemienia lnianego i 50 g ziaren słonecznika (można użyć pestek dyni, posiekanych orzechów, maku…)

 

Przygotowanie:

  1. Mąkę przesiać do sporej miski lub garnka i dokładnie wymieszać z drożdżami. Dodać pozostałe składniki. Dodać wodę i szybko zamieszać (około 30 sekund). Ilość wody zależy od typu mąki, wiglotności powietrza i ewentualnych dodatków. Proponuję dać 1 3/4 szklanki wody, dobrze wymieszać i jeśli ciasto będzie mokre, nie dodawać więcej. Jeśli będzie dalej suche, dodawać po maks. 1/4 szklanki za jednym razem. Ciasto powinno się kleić. Przykryć ściereczką i odstawić w temperaturze pokojowej na 12-18 godzin.
  2. Ciasto powinno być dobrze wyrośnięte, kleiste. Wyłożyć je na oprószoną mąką stolnicę i szybkim ruchem złożyć w kulę. Można próbować uformować je w misce. Następnie przełożyć na mocno obsypaną mąką, otrębami lub płatkami owsianymi ściereczkę, przykryć i odstawić na kolejne dwie godziny, aż podwoi objętość.
  3. Na 30-45 minut przed końcem rośnięcia rozgrzać piekarnik do maksymalnej temperatury (u mnie 250°C). Ustawić kratkę na 1/3 wysokości od dołu i położyć na niej spory garnek żeliwny (używam emaliowanego garnka o średnicy18 lub 22 cm) lub duże naczynie żaroodporne z przykrywką.
  4. Kiedy ciasto podwoi objętość, a piekarnik będzie nagrzany, ostrożnie wyjąć garnek z piekarnika i szybkim ruchem przełożyć do niego ciasto. Wstawić do piekarnika na 30 minut pod przykryciem.
  5. Zdjąć przykrywkę i piec dalej 25-35 minut, aż chleb będzie ładnie przyrumieniony. Wyjąć garnek, podważyć chleb nożem i wystudzić na kratce.

Smacznego!

* pomijając drobny wypadek przy pracy, jaki nazywa się odrywanie chleba od garnka, zamiast pięknego samositnego hooop! chleba. - Więcej mąki i otrąb następnym razem, Zytko. - Tak jest.

** Mąkę należy najpierw przesiać, a następnie odmierzyć potrzebną ilość. Szklanka przesianej mąki ma mniejszą wagę. Jeśli najpierw odmierzamy szklankę mąki, a potem przesiewamy, proponuję dodać więcej wody, nieco więcej soli  i 1 1/2 łyżeczki drożdży.

Kruche wspomnienia – bogate kruche ciasto (mazurkowe)

Dzień jest cudowny. Czy dzień, rozpoczęty pięknym snem, może być nieudany?

Kruche wspomnienia. Brudzą palce mąką i masłem. Rowerowa wycieczka szlakiem wspomnień, głowa zadarta wysoko do góry, mrużenie oczu przy patrzeniu na paralotniarza w chmurach. Nawet przejazd kolejowy zamknięty jakby specjalnie dla mnie. I w sklepie była mrożona kukurydza. Taki dzień musi się udać.

I jeśli chcesz płakać, jestem by otrzeć Twoje łzy.

Kruche wspomnienia. Lepią się do palców jak niewyrobione ciasto. Ile trudnych słów przeczytałam w tym tygodniu. O smutku, żalu, rozczarowaniu, ucieczce. Ciężko przychodzi mi czytanie tych słów. Domyślam się jedynie, ile bólu musiały przynieść Osobom, które je napisały. Trzymam mocno kciuki za Was.

Jest jedno proste ćwiczenie. Zupełnie niekulinarne. Usiądźcie wygodnie w fotelu lub na krześle. Potem przechylcie się do przodu, włóżcie głowę niemal między nogi, opuśćcie ręce, zgarbcie się maksymalnie i pomyślcie o czymś przyjemnym.

Nie da się.

A teraz usiądźcie wyprostowani. Ramiona przesuńcie lekko do tyłu, rozluźnijcie się. Podnieście głowę do góry, zobaczcie sufit. A najlepiej gwiaździste niebo. Weźcie głęboki oddech. I spróbujcie w takiej pozycji pomyśleć o czymś smutnym.

Nie da się! I o to chodzi.

Kruche wspomnienia.

Żeby obudzić kolejne wspomnienia w sobie. Żeby przekwalifikować trudne w łatwe  i rozsypane w pozbierane. A oderwane w przyklejone. Żeby poczuć smak dzieciństwa i dobroci. Tak niewiele zamienić na tak wiele.

Bogate kruche ciasto na słodkie wypieki

Ciasto jest doskonałe jako spód słodkiej tarty, szarlotki, kruchych ciasteczek z grubym cukrem, świątecznego mazurka z kajmakiem i mnóstwa innych pyszności. Idealne proporcje wymagają jedynie słusznego czasu chłodzenia, aby osiągnąć pełnię smaku i aromatu.

Składniki na 2 spody:

  • 450 g mąki pszennej (najlepiej krupczatki)
  • 225 g masła lub margaryny, pokrojonej w kostkę
  • 150 g cukru pudru
  • 4 jajka
  • 1 łyżka śmietany
  • opcjonalnie: cukier waniliowy, starta skórka z cytryny, cynamon, kilka kropli aromatu do ciast – w zależności od sposobu wykorzystania

 

Przygotowanie:Trzy jajka ugotować na twardo. Żółtka przetrzeć przez sitko, białka zużyć jako dodatek do zupy lub sałatki.Przesiać mąkę i cukier puder. Dodać masło. Rozetrzeć palcami na okruchy.Dodać śmietanę, przetarte żółtka i jedno surowe jajko. Schładzać w lodówce przez 30-60 minut.

Mrożenie: Jeśli ciasto będzie mrożone, zawinąć szczelnie w woreczek śniadaniowy lub folię spożywczą. Nie aluminiową, bo przyklei się na wieki wieków i nie uda się szybko oderwać. Amen!

Przygotowanie spodu: Ciasto sprawnie rozwałkować między dwoma kawałkami folii spożywczej lub na stolnicy podsypanej mąką. Po rozwałkowaniu powinno mieć grubość około 3 milimetrów. Im cieńsze, tym lepsze wyjdzie. Starać się wałkować szybko, za każdym razem odwracając ciasto o 90 stopni.

Z pozostałego ciasta można wycinać foremkami kształty lub nadać brzegom fantazyjny kształt palcami lub widelcem*.

Ciasto warto ponownie schłodzić już po nadaniu ostatecznej formy, żeby utrzymało swój kształt. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Nakłuć ciasto widelcem lub przykryć papierem do pieczenia i wysypać groch, fasolę czy  monety jako ciężarki. Szklane kulki podobno też zdają egzamin.

Pieczenie: Piec 10 minut na środkowej półce, aż spód lekko się zarumieni. Jeśli ciasto będzie ponownie zapiekane z nadzieniem, wyjąć je po tym czasie i nieco ostudzić przed nałożeniem nadzienia. Jeśli będzie nakładane nadzienie na zimno, piec kolejne 10-15 minut, aż będzie złoto-brązowe.

Smacznego!

Wskazówka: Połowę ciasta można spokojnie zamrozić w szczelnym woreczku i rozmrozić przez noc w lodówce, kiedy będzie potrzebne. Polecam tak zrobić, najlepiej zamrażać już rozwałkowane, w formie na tartę, której będziecie używać do pieczenia. Kiedy ciasto rozmarznie, postępujemy z nim zwyczajnie. Bez sentymentów proszę. A ile przy tym czasu można zaoszczędzić!

 

* U mnie były to listki na mazurku i wycięte radełkiem paseczki na wierzch szarlotki. Wysokie brzegi to nie tylko ozdoba, to również gwarancja, że nadzienie nie wypłynie :)

Proste pomysły do obejrzenia tutaj (klik!).

Wiosna, cieplejszy wieje wiatr

Wszystko trzeba robić tak prosto, jak to tylko jest możliwe, ale nie prościej.

Albert Einstein

Jezu, jak się cieszę z tych malutkich wskrzeszeń! Naprawdę się cieszę. Z tej radości chciałam pokazać Wam zdjęcie z jeszcze wielkanocnej wycieczki rowerowej. Powietrze pachniało ciepłem, wędkarze siedzieli na drugim brzegu, ptaki świergoliły jak szalone, a ja jechałam, gdzie rower mnie prowadził.

Po drodze zjadłam kilka irysów, tych prawdziwych, kwadratowych. Jak tylko myślę o irysach, w głowie pojawia mi się obraz z Pianisty. Ojciec kupuje za ostatnie pieniądze jednego irysa i dzieli między całą rodzinę. Wspomnienia zachowane w szufladkach pamięci. Taki łasuch, jak ja, ma wspomnienie na każdą kulinarną okazję. Nie wszystkie – jak widać – są optymistyczne.

Tak czy inaczej, korzystajcie z wiosny, póki nie zamieniła się w suche, upalne lato z potężnymi burzami. I róbćie to tak prosto, jak się da. Ale nie prościej. ;)

Take care of You,

Zytka.

PTSD na wiosnę

Przeczytałam artykuł kogoś mądrego i już wiem, że mam wspomnienia o charakterze intruzywnym i flashback. Niczym, kurde, jakaś lampa błyskowa na korcie tenisowym. Co za słowo! Ciekawe, czy przy czytaniu zmniejszyła mi się objętość hipokampa i teraz będzie można zlateralizować wyniki. A może dopadła mnie derealizacja?

 

 

Wiosna! :)

 

Zaraz wrzucam kilka przepisów, które się uzbierały w niezły stosik.

Edit: Cztery pomysły na tortillę już na blogu. Tutaj! Wystarczy kliknąć. :)

A na razie – historyjka. Przyszedł jakiś czas temu znajomy taty, bardzo wesoły człowiek. Kiedy mnie zobaczył, od razu powiedział: – Jak ty urosłaś!

Taaaaaaak. Od listopada do stycznia to faktycznie urosłam. Cóż mogłam odpowiedzieć? – Wujku, to przez te kurczaki! - No bo przez co, jeśli nie przez genetycznie modyfikowane mięso, jakie można dostać w markecie, potem zjeść i iść wyrabiać dowód osobisty z nowym wzrostem.

Wujek nie dał się nabrać. Wymownym ruchem wskazał na swoją twarz: – Ale jeszcze się nie musisz się golić?

Tu tryumfalnie włączył się tata. - Jeszcze nie musi, ale krem do twarzy już kupiła dla mężczyzn!

Dobra. Kupiłam. Krem for boys miał identyczny skład, jak krem for girls, tyle że był na promocji i zapłaciłam za niego 4 razy (słownie: cztery razy) mniej, niż ten dla kobiet. Przeczytałam dokładnie skład, ulotkę i w ogóle byłabym skłonna go oddać do sklepu w stanie nienaruszonym, gdyby czymś się różnił. Nie różnił się niczym, tylko kolorem oznakowania na pudełku. Niczym nie różni się dalej, bo mam też tę drugą wersję. Nawet zrobiłam test i jedną część twarzy posmarowałam jednym, a drugą drugim.

Nic. Nada. Zero absolutne.

Więc po co przepłacać?

Na porost włosów to on chyba nie działa, co?

 

 

Taka wiosna, że już w krótkim rękawie biegałam z aparatem.

 

UFO mi się zgniotło

Takiego zasuszonego motyla zgarnęłam razem z drobnym drewnem na rozpałkę. Przeleżał tak pewnie całą zimę, aż w końcu się zliofilizował i rozpadł przy podmuchu wiatru.

Od listopada zbieram się, żeby wrzucić post o paleniu w kominku. Całą zimę cieszyło mnie rozpalanie, ale wynoszenie popiołu i czyszczenie odkurzacza było wkurzające jak cholera. [Tak, tak, niektórzy mają w domu odkurzacze do kominka, a nie do dywanu.]  Pół minuty odkurzania, dwanaście razy tyle czasu czyszczenia i mycia. I tak zawsze się usyfiłam jak prosiątko. Taką cenę płaci się za nowoczesną technikę we własnym domu. Zostań bohaterem we własnym domu. Cha.

Ucho mi się wgniotło w szyję w nocy. Dziwne uczucie, wszystko słyszę, ale czuję przy okazji. Na co dzień nie mam AŻ TAKIEJ świadomości, że mam uszy. Dolby Double Surround Pro Logic. Życie w wersji kinowej normalnie.

Morał z tej historii jest dokładnie taki – Małysz lata dalej, niż latają ptaki. Już jest wiosna. Utopiliście Marzannę?

Mówi się, że prawdziwa sztuka obroni się sama. Ale nie przede mną!

Kabaret Potem. Dobrze się ich oglądało w hicie kinowym Baśń o ludziach Stąd. Kto nie słyszał o nich, kiedy już dostali tego Oscara i Złotego Lwa w Cannes? No dobra, trochę podkoloryzowałam. Ale ten film to jeden wielki kabaret. Scenariusz, reżyseria, wszyst-ko. Wszys-tko. Wszy-stko.

Można powiedzieć, plejada polskiej sceny kabaretowej sprzed kilku lat, kiedy jeszcze żadni Łowcy.B ani inne takie nie byli znani. Moralny Niepokój, Potem, Stuhr, Tym, Kamiński, Górski, Kołaczkowska, Sikora. Koniecznie do obejrzenia, aż do ostatnich napisów końcowych. A jest ich ze cztery.

Oscara nie dostali, bo to było ambitne kino. Dialogi na cztery nogi. Jak ktoś nie rozumie znaczenia słowa aluzja czy przenośnia, to niech sobie daruje. Zanudzi się na śmierć. Nic tu nie jest oczywiste. A szczególnie kto jest kim. I o czym, do kogo mówi. Film niezatapialny jak Titanic.

Najlepiej obejrzeć kilka razy. Za pierwszym widzi się aktorów, za drugim dialogi, za trzecim całą resztę. Na przykład przelotne opady. Niski budżet nie musi oznaczać totalnego dna. Antylaureatem Węży nie będą, o to się nie martwię.

(mój) Tekst, jak ta przyroda, niedorozwinięta(-ty).


W takim przytulnym kurniku

Patrząc na rosnące ceny jajek, przypomniała mi się dziecięca piosenka, której Leitmotiv mówił ko ko ko, w takim przytulnym kurniku!

Nic z niej poza tym nie pamiętam. Jestem natomiast przekonana,  że te szalone wręcz wielkości klatek dla biednych ptaków powiększyły się o mikroskopijną ilość centymetrów, a to ceny podniosły się jak feniks z popiołów. Normalne odrodzenie. Było zwyczajnie, a tu pstryk, i zapłaciliśmy za wsiowe jaja 28 złotych za 30 sztuk. Czyli 0,9333333333 zł za sztukę. To dopiero jaja.

Mam piosenkę. Okazuje się, że sporo harcerzy to grywa na gitarze. Czy to możliwe, żebym uczyła się tego na lekcji muzyki? Podejrzane.

Gdy noc nadeszła już głucha i ciemno się robi w kurniku,
kura szepnęła słuchaj, budząc koguta po cichu ko ko ko,
(…)

I głos zamiera jej w grdyce i wszystko stało się bajką
Jak dobrze mieć tajemnice: słuchaj będziemy mieć jajko ko ko ko,
(…)

Gdy kura to powiedziała, kogut z zachwytu aż zapiał
przytulił ją do siebie: miła, nie będę już chrapał ko ko ko,
(…)

I tak spędzili tę nockę razem na jednym patyku
Jak dobrze jest mieszkać razem w takim przytulnym kurniku ko ko ko,
ko ko w takim przytulnym kurniku ko ko ko,
ko ko w takim przytulnym kurniku

Prawda, że bardzo życiowe?

Wiosna nastraja romantycznie. Ludzie zaczynają przebąkiwać coś o liryzmie i takich różnych pierdołach. Jeśli chodzi o poezję, to jakoś nie byłam w tym dobra. Szczyt swoich dotychczasowych umiejętności osiągnęłam w okolicach podstawówki, pisząc odę do kobiety.

Latem, mieszkając u rodziny na wsi, byłam u niej odebrać świeżo wydojone mleko. Kobieta była bardzo miła, ale zanim wydała mi należną bańkę, nagadała się nieprzeciętnie. Że krowy trzeba doić codziennie, że mało kto jeszcze ma we wsi krowy, że zimą jest ciężko, bo słabo z sianem, że jej krówki są bardzo mądre i tak dalej.

Nie umknęły mojej uwadze ciekawostki przyrodnicze. Podobno w zimie krowy same, automatycznie przestawiają się na późniejszą porę dojenia. Ja się im nie dziwię, bo kto lubi wstawać po ciemku. Ja na pewno nie. A krowy jeszcze muszą się podnieść i nie wiem, co tam dalej. Jedzą przed dojeniem czy mają poranną toaletę? ;) W każdym razie spłodziłam wiersz.

Pewna pani, co ma krowy
przestawia je na czas zimowy.

Bierzemy od niej mleko,
bo mieszka niedaleko.

Szesnastozgłoskowiec niemal.

A skoro już mowa o jajach. Dostałam sms-a od taty. Popłakałam się ze śmiechu, kiedy go przeczytałam.

Ale jaja były przed chwilą. Przyszła pielęgniarka i pyta się gościa:

- Czemu pan nasikał do pojemnika? Miał pan napluć!!!