Focaccia z semoliną i oliwą z oliwek

Focaccia. Nasluchałam się tyle o niej w czasie ostatniego wyjazdu na Słowację, że w pierwszym lepszym markecie wrzuciłam do wózka wszystkie rodzaje mąki „00″ i upiekłam po powrocie z ferii. :)

Ach! Zjadłam focaccię (taką prawdziwą, a nie udawaną i robioną w hotelowej restauracji jako suche ciasto) na kolację. I śniadanie. I grzanki do sałatki. I… Umieram z radości. Pierwsze kilka kawałków zjadłam na gorąco.. Boże, toż to było genialne. Nie przypuszczałam, że zamiast robić kolejny żytni chleb na zakwasie, wezmę się za pieczenie ciasta na wskroś pszennego. PYCHA! A to, że wcześniej zdążyłam jeszcze upiec muffinki dyniowe to tylko szczegół. :)

Focaccię robiłam już kiedyś, ale z racji posiadania wielkiej wyobraźni i talentu do kombinowania w kuchni, nie zrobiłam jej takiej zwyczajnej, tylko taką wymyślną, z tapioką i ziemniakami (klik). Tym razem uprościłam na tyle, że jestem w stanie zrobić ją niemal wszędzie. Pod warunkiem, że będzie piekarnik!

Czytaj dalej

Na ksywę też trzeba sobie zasłużyć

Ale kręci mi się w głowie! Mój błędnik nie jest w stanie niczego zinterpretować. Świat się kołysze, a ja niby siedzę prosto. Jeśli po kilku godzinach spędzonych na łódce już tak mam, to jestem w stanie uwierzyć w każdą historię o marynarzach, którzy chorobę morską dostają właśnie przy wysiadaniu na brzeg. Ekhm, przy dobijaniu do brzegu.

Właściwie ja szybko się dostosowuję do nowych warunków. Jak dłużej jeżdżę pociągiem, to potem nie mogę zasnąć bez stukotu kół o tory na zwrotnicach. Jak wyjeżdżam na wakacje, to po powrocie nie mogę zasnąć we własnym łóżku. Adaptacja możliwie jednostronna, jak widać.

Aha. O ile żeglarstwo ma tę zaletę, że na wodzie można się szybko opalić (bez kremu z filtrem to nie ma co nawet się rozbierać), o tyle nie ma co liczyć na czyste stopy. Wieczorem i tak będą brudniejsze od najbrudniejszych.

Okazuje się, że pływanie jest nie tylko przyjemne, ale po opanowaniu skomplikowanej plątaniny lin, sznurów, takielunku, miecza, knag, forpiku, baksztagu, forewindu i innych elemetów… Nawet daje nieco satysfakcji, jak słyszy się o icku i wie, że chodzi o ten mały sznureczek, który dynda, przyczepiony do linki. I wszystko ma swoją nazwę, każdy najdrobniejszy element, każdy pizdryk i to wszystko, o co można się potknąć.

Dziś pływaliśmy we czwórkę na sporej łajbie. Na lepsze określenie nie będę się wysilać. Na modelach statków, łódek i kajaków to ja się znam gorzej, niż na samochodach. W każdym razie porównując Bezika, w którym z niemałym trudem mieściły się trzy osoby, to na tym większym cztery mogły rozłożyć nogi! To jest dopiero życie.

A jak Eol nie zapoda wiatru, to człowiek tak siedzi, kołysze się, rozgląda za łabędziami i kaczkami…Myśli, co by tu znowu zjeść, jak uda się dopłynąć do brzegu. Bajka. Jakie problemy można mieć w słoneczny dzień na łódce? Wszystkie telefony i dokumenty zostały na brzegu. Nikt nie dzwoni, nikt nie pogania. Nie ma dokąd się spieszyć. Wykładam nogi przed siebie, zerkam za burtę, moczę dłoń w wodzie. Plusk, plusk, plusk. Świat ma wymiar łódki. Reszta to telewizja. ;)

A jak po zejściu na brzeg chce się jeść! Taka zwyczajna kiełbaska (nomen omen) smakuje nieziemsko. Do tego kawałek upieczonego chleba, warzywka z grilla i pora wracać na łódkę. Ale żeby zasłużyć sobie na ksywkę, wypadałoby zrobić coś więcej, niż położyć połówki papryki na ruszcie i zostawić je pod czułą opieką „operatora grilla”.

Także była jeszcze sałatka. Dziś to generalnie full wypas, bo P. wziął ze sobą marynowane pieczarki, A. i T. sałatę masłową, rzodkieweczkę, czosnek w zalewie, ja dorzuciłam oliwki, kukurydzę, kapustę pekińską, cebulkę, szczypiorek. Trochę pomidorków, wielka micha żarcia i wszyscy zadowoleni. Reklamacji nie było, jeszcze nam zostało na później.

Do tego na kolację tortilla z marynowanym kurczakiem, sosem czosnkowym, kapustką pekińską, czerwoną cebulką, sosem pomidorowym.

A na deser ciastka kowbojki. Prosto z przenośnej lodówki, żeby czekolada rozpuszczała się w ustach, a nie w trzydziestostopniowym upale. I jak, zasłużyłam na nową ksywę?

W sumie bagażnik mieliśmy zapakowany jak na tydzień. Ale zasada jest prosta. Przecież na tydzień/miesiąc/rok bierze się tyle samo rzeczy, co na krótki wyjazd. Na dłuższy wrzuca się dodatkową parę skarpet, koszulkę i bieliznę. Reszta zostaje taka sama.

Uśmiech się! :)

Bawcie się dobrze na Waszym długim weekendzie, nawet jeśli jest ciągle przerywany pracą. Pamiętajcie, nie trzeba jechać na koniec świata, żeby wspaniale spędzić czas!