Kraków jeszcze nigdy tak, jak dziś

Szłam sobie Rynkiem i jedynie to miałam w głowie.

Nie zrobię więcej zdjęć, tak wiem.

Z Krakowa mam dosłownie kilka zdjęć. W tym jedno chleba, jedno makaroników i jedno magdalenek. I może jakiegoś muru w jednej ze spokojniejszych uliczek. A, mam jeszcze zdjęcia tortu imieninowego Babci. Zjawy nie fotografowałam, bo znam ją za dobrze. Jeśli się nie mylę, z jednego z moich ulubionych kin zrobili teraz jakiś Lizard King… Albo się mylę i kino dalej tam jest, tylko akurat stało przed nim mnóstwo ludzi z jakimiś kartkami i chcieli wejść do tego klubo obok?

Krótka wizyta. Nie było czasu spotkać się z wieloma osobami, na spotkaniu z którymi bardzo mi zależało. Wolałam nie dawać znać, że w ogóle jestem. Może znajdzie się jeszcze tej wiosny wolny weekend i tanie bilety na Polskiego Busa. Bo osiem złotych z Katowic do Krakowa takim wypasionym autokarem, to jest jednak pół darmo.

Wciąż w drodze. Jutro szykuje się kolejna wycieczka, tym razem w stronę Dolnego Śląska. Pogoda piękna, to chce się jechać.

A co do goździków, to miałam rację. Goździków nie dostałam. Za to zapomniałam zabrać od Babci bukietu tulipanów. A tutaj (czy w ogóle mogę napisać, że u mnie?) została róża, którą miałam dostać z okazji dnia wiosny. Dnia wiosny???? Ja tam akurat świętowałam Dzień Kobiet. Ten, wiecie, co jest taki międzynarodowy.

PS. Zobaczcie to, jeśli zdarzyło się Wam szukać kluczy, telefonu albo portfela. Przysłał to do mnie Przyjaciel 9 marca z okazji „antywigilii 8 marca”. Dopisał pod spodem taki tekścik:

Niech dziewczyny mi wybaczą. <Buahaha!>

It’s packed up

Prawie packed i prawie up. Jeszcze tylko wepchnąć ponownie do plecaka trochę ciuchów, ciepłych skarpet i koszulek. Jeszcze tylko sprawdzić, czy zmieszczę się w dwudziestu pięciu kilogramach wagi plecaka. Może z każdym kolejnym wyjazdem będę ograniczać. Chociaż o kilogram. Zeszłam już z ponad trzydziestu. Kręgosłup mam tylko jeden.

– No za to będzie puszka pasztetu pełna do połowy.
– A można wymienić na jabłka?
– Można, ale będą całe tylko do połowy.

Wczoraj, a właściwie to już dziś w nocy, siedziałam, biegałam i kombinowałam. Zamiast czterech pudełek herbaty, wezmę po kilka sztuk z każdej. Zamiast kilku kilogramów mąki – dwa małe pudełeczka i reszta typu tapioka czy maizena w małych woreczkach. Tak samo przerzuciłam wszystko, co było większe, niż 500 gram. Kupiłam w sklepie papierniczym za pięć złotych pięćdziesiąt woreczków strunowych  (o takich) i przełożyłam już do nich yerbę, kolendrę, czarnuszkę, sól morską, trawę cytrynową, suszone nasiona, cukierki, kawę Oxfam z Tanzanii (polecam, chociaż zazwyczaj nie piję kawy rozpuszczalnej – bo nie dość, że wygląda, jakby miała drobinki złota, to jeszcze smakuje przygodą i jest naprawdę Fair Trade)… Mogę wymieniać jeszcze długo.

– Kawy?
– Prawdziwa?
– Nie, z żołędzi.
– To wolę herbatę.
– Herbata też z żołędzi, tyle że mniej szkodzi, bo to herbata.

Większe rzeczy też włożyłam, siłą rozpędu, do woreczków – tym razem takich. Mówię Wam, mam teraz każdą rzecz w woreczku. Ładowarki do telefonu, aparatu, akumulatorki, baterie. Miejsca więcej nie zajmuje, a ani nie zamoknie, ani się po drodze nie zgubi, bo będzie zamknięte. Istne szaleństwo woreczków. Plastik tu, plastik tam. Jak w Baśni o Ludziach Stąd.

– Świat schodzi na psy. Pamiętam, kiedyś to śmietnisko było jak jedna czwarta tego, co teraz. Ale co to były za śmieci…
– Społeczeństwo się spauperyzowało. Już nie ma prawdziwych śmieci.
– Kiedyś było drewno, marmur, porcelana, a teraz…
– Nylon, plastik, nylon…
– A kiedyś…
– A teraz plastik.
– Jedwab, len…

Mój nieco przydługi wywód na temat pakowania zakończę jeszcze jednym elementem.

Płynne rzeczy przelałam do buteleczek. Każda ma 100 ml, jest plastikowa i daje komfort psychiczny pod tytułem „Nie dźwigam słoików, metalowych puszek i szklanych butelek”. Dzięki temu pozwoliłam sobie na zabranie oleju arachidowego, oliwy do smażenia i extra virgin, octu balsamicznego, melasy, syropu waniliowego do kawy i słodkiego sosu chili. Bez przepakowania wzięłabym pewnie tylko buteleczkę sosu.

– Za późno, teraz jesteś już nasz.
– Faktycznie, teraz jestem jakiś nieswój.

Tak. Kosmetyki też mam w małych pojemniczkach. W ogóle robię się sama kompaktowa, tylko że plecak wciąż wielki. Było nie kupować w promocji (ech…) 85+10, tylko kupić uroczą sześćdziesiątkę bez możliwości podniesienia komina. Mam za dobry plecak. Ile do niego upchnę, tyle się zmieści. Tylko kto to podniesie. A niedługo pora wstawać.

Jak to mówią – czas nie guma, budzik nie sanki.

Tu by się przydał taki wielki napis: KONIEC.

Zdjęcia, takie słoneczne i letnie, są z dedykacją dla tych wszystkich, którzy polskiej późnej jesieni znieść nie mogą i włącza im się mechanizm autodestrukcyjny pod tytułem „Narzekanie na śniadanie, obiad i kolację być może gratis”.  Bo świat jest zbyt ciężki, żeby przykładać do niego wagę.

Cytaty z filmu Baśń o Ludziach Stąd. Bardzo dobry na długie wieczory. Pisałam już kiedyś gdzieś o tym filmie. Warto zobaczyć. Klasyka polskiego kina. I wszyscy znani kabareciarze byli tacy młodzi… ;)

– Bo ty w gruncie fajny jesteś.
– Tak? A przystojny też?
– Szczerze?
– No.
– Na pewno szczerze?
– To ja już muszę iść.