Pieczone za-razy, czyli rzecz o zapiekance

Always take a good look at what you’re about to eat. It’s not so important to know what it is, but it’s critical to know what it was.

Życie jest ciężkie, kowboju.

Rzecz ma się tak. Bierzesz garść makaronu. Jeśli masz duże dłonie, to będzie duża garść. Jeśli małe, to mała garść. Jeśli masz łapy jak zmutowany chomik, to… sam wiesz. Moment! Chomiki gustują w makaronie?

Najlepiej, jeśli ten makaron jest gruby. To znaczy – nie spaghetti, nawet nie linguine.

Ale rigatoni. Casarecce. Farfalle. Penne. Ruote. Coś z tej półki (klik!), a nie z tej (klik). Generalnie – każdy, który nadaje się do sałatki, nadaje się też do zapiekanki. Ja dałam ten z górnego zdjęcia. Jest pyszny i wszyscy się zastanawiają, co to jest takie dziwne, jak go jedzą. Gotujesz al dente. Jeśli to makaron włoski/niemiecki/sycylijski/w ogóle z pszenicy durum i pisze na nim ‚gotowanie 7-9 minut’, gotuj siedem.

Podstawa to upolować sensowne naczynie, najlepiej szklane i żaroodporne. Spójrz na ilość makaronu. Potem pomnóż ją przez trzy. I sprawdź, czy się zmieści. Jeśli tak – brawo, wygrałeś. Teraz tylko dopasuj pokrywkę! Możesz wysmarować naczynie masłem i zrobić sztuczkę magiczną. Rozgniatasz wielki ząbek czosnku płaską stroną dużego noża. I znów smarujesz. Nie wyrzucaj czosnku, dodasz go do reszty.

Makaron się wesoło gotuje w jednym garnku, a na rozgrzanej patelni (przecież każdy z Was już ją wyjął, prawda?) podsmażasz paseczki boczku. Albo tłustej kiełbaski. A może szynki? W każdym razie, po usmażeniu powinno bosko chrupać.

Zdejmujesz z patelni na talerzyk, zostawiasz cały tłuszcz, jaki tylko mógł się wytopić. Teraz wrzucasz pora. Dodajesz masło lub oliwę. Ja podsmażyłam pora w ilości pół torebki śniadaniowej o standardowej pojemności. Zapachy się unoszą, mieszasz makaron długą łyżką. To moment, w którym należy zdjąć okulary i przetrzeć porządnie, jeśli akurat zaparowały. Później nie będzie już czasu!

Wcześniej oczywiście wyjąłeś z lodówki inne warzywa, które chcesz dorzucić. Paprykę, mini-kolby kukurydzy, fasolkę szparagową. Zapomniany ząbek czosnku. Dodajesz je teraz (chyba, że fasolkę chcesz ugotować, to wrzucasz na 4 minuty przed końcem gotowania do makaronu). Do tego sowita szczypta świeżo zmielonego pieprzu, pół startej gałki muszkatołowej, odrobina soli. Mieszasz energicznie, bo aromaty wydobywające się z patelni dodają Ci sił.

 

W tym samym czasie, w którym odcedzasz makaron (masz przecież cztery ręce i już się rozdwoiłeś), polewasz hojnym chlustem oliwy i dodajesz do nadzienia cztery ulubione sery. Na przykład takie gatunki jak: feta, parmezan, gouda, capresse.

Jeśli Twoja Rodzina ma coś przeciwko trzymaniu w lodówce samych serów (bo śmierdzą; bo kiełbasa się nie mieści; bo nie da się ich jeść; bo kto to widział kupować tyle sera), to zatrzymaj się przy połączeniu zwykłego sera żółtego i mozzarelli. Jeśli akurat nie masz nic w lodówce poza serami (proszę, powiedz mi, gdzie mieszkasz i kiedy można Cię odwiedzić?!), możesz kombinować do woli:

  • feta, parmezan, gouda, capresse (wspomniane zresztą);
  • pecorino, ricotta, feta, gorgonzola;
  • wędzona mozzarella, mascarpone, parmezan, mimolette;
  • ementaler, Dziugas, oscypek, twaróg tłusty.

 

Wiem. Poniosło mnie. Ja dałam pierwszą kombinację, ale z chęcią dodałabym do niej sera z niebieską pleśnią i wędzonego oscypka. Albo brie. Wracając do tematu…

Wymieszaj dokładnie i spróbuj. Użyj wyobraźni. Jeśli czujesz, że nadzienie jest trochę za suche, żeby mogło jeszcze namoczyć makaron, dodaj solidną łyżkę śmietany. Potem drugą. Jeśli masz całą patelnię warzyw, to nawet trzecią i czwartą. I wreszcie przychodzi pora na Grand entrée. Wykładasz połowę makaronu do naczynia. Na to połowę nadzienia. Na to dodatkowy starty ser na całą powierzchnię. Sera nigdy za wiele, zapamiętaj.

Jeśli nie masz pewności, czy otrzymana w ten sposób warstwa nie zeschnie się na wiór, polej z każdej strony (w okrągłym naczyniu nie szukaj stron, tylko polej dookoła)  łyżką mleka. Co Ci szkodzi. Na to wyłóż kolejną warstwę makaronu i kolejną warstwę nadzienia. Polej mlekiem dla pewności. Na to duuużo sera. I chrupiący, bardzo chrupiący boczek. Dużo suszonych ziół. Pomidory w proszku. Czerwoną słodką paprykę. Bazylię. Pieprz kolorowy.

Wstaw do piekarnika, temperaturę ustaw na 180 stopni Celsjusza. Zapiekaj pod przykryciem około 40 minut, aż ser na wierzchu zacznie się rumienić, a boczek będzie cudownie skwierczał.

Jeśli się opanujesz i nie zjesz całej zapiekanki od razu z naczynia, odkryjesz, że zachowuje się dokładnie tak, jak lasagne. Daje się kroić po 15 minutach. Po kilku godzinach odgrzana smakuje jeszcze lepiej. A gdybyś tak miał więcej czasu przed pieczeniem i przygotował ją rano, a potem tylko upiekł… 100 % gwarancji zadowolenia!

Podając do stołu, możesz krzyknąć niczym Julia Child:

Bon Appétit!

 

I na koniec coś na deser.

  1. Co mógł jeść na śniadanie Twój sąsiad?
  2. Odkryj, co to jest con-KEEL-yay! Jak wymawiać śmieszne włoskie nazwy makaronu?
  3. Dlaczego warto poznać przyszłą teściową i co mają do tego buraki?
  4. I jak zrobić mus czekoladowy, mając tylko pięć minut, czekoladę i wodę w kranie?
  5. Dlaczego miłość wcale nie jest ładna?

Pozdrawiam siarczyście. Mroźnie. Zimowo.

Zytka Maurion 2012