Chciałam powiedzieć, że mam się dobrze.

Witajcie.

To będzie wspomnienie. Dochodzę do siebie i z przyjemnością wspominam. Wczoraj, kiedy wróciłam do domu, zmęczona, zdenerwowana, bo pan taksówkarz i jeszcze jedna osoba czekali na mnie ponad 15 minut, a ja dalej byłam w pracy… Wczoraj, mój Ukochany Mężczyzna się mną zajął.

Wysłuchał mojej historii. Dał mi się wygadać. Zachęcił do ukojenia nerwów. Mimo, że sam miał przeraźliwy dzień i moje problemy w pracy to wręcz święty spokój przy tym, co on przeżywał i co pewnie trzeba będzie nam powoli oswajać.

Mam dla Was taki spokój – przypomnienie lata w zdjęciach i przepisach. A potem… Zresztą, pooglądajcie proszę i wszystko się okaże w swoim czasie.

(C) Zytka Maurion 2011

Na pocieszenie, skoro jest środek nocy i ciemno za oknem (tak jakoś dochodzi wpół do pierwszej), może chcecie muffinkę cytrynową z makiem? :)

Dookoła mówią, że świat zwariował. Że szaleje zbrojenie, sankcje i inne straszne słowa.

A u mnie na stole kolorowy obrus, z zielonym bieżnikiem i kuchenny ręcznik z zielono-żółtymi motylami. Szklana buteleczka z 4 kolorowymi rurkami. A może chcecie muffinki jogurtowe z cytryną?

Za oknem rano było biało. Odśnieżałam samochód! To nic, że już cieplej i zostały tylko resztki białego (!) śniegu, który wczoraj rozpoczął się wielką burzą, kiedy byłam w pracy. Nagle pociemniało, zawiało i zaczęło walić gradem i śniegiem. A dziś – już po wszystkim.

Dziś jest wtorek. To znaczy, dla mnie jest coś między sobotą a niedzielą, bo poprzednie wolne miałam kilka dni temu. W środę bodajże. A potem… Nie wiem. Chyba teraz. Jutro znów środa. I po weekendzie. ;)

Na deser – kanapki szczęścia. Z sierpniowych pomidorów.

Moi Drodzy. Miałam w końcu czas zrobić porządek w szafkach kuchennych. I poczytać przepisy. Znaleźć czas na robienie zdjęć i oglądanie zdjęć.

Jestem sobą i nikim innym być nie potrafię. Usycham bez możliwości działania po swojemu. A takie dni, które spędzam sama, organizuję w całości po swojemu i odnajduję kawałeczki siebie.

www.youtube.com/watch?v=CpnmPjo-Yf4

Na koniec – skoro mieliście się przekonać o czymś – wpis z dawien dawna – It’s packed up. Po polsku całość. Kiedy go czytam, plecy bolą mnie jeszcze bardziej, ale czuję się przeszczęśliwa. Mam nadzieję, że Wam również sprawi radość. :)

Dobrej nocy!

PS. Mieliśmy dziś na obiad ryż basmati z cytryną i goździkami. Pierwszy raz w życiu gotowałam ten ryż. Pyszny. Do tego marchewka z groszkiem (może drugi raz w życiu robiłam, wstyd się przyznać), kalafior z masełkiem i tartą bułeczką i surówka z kapusty pekińskiej i pomidora.

Jak na mnie, to chyba najbardziej tradycyjne danie, jakie w życiu zrobiłam z własnej, nieprzymuszonej woli. Taki polski odpowiednik comfort food, kiedy rzeczywiście najbliższy świat się zmienił totalnie i potrzebny jest jakiś punkt odniesienia, który ukoi i będzie ostoją.

Jedzenie. To zawsze działa, prawda?

PS. Chcecie jeszcze na koniec (ale już taki koniec-koniec) zobaczyć genialne zdjęcia? Weselne, dodam. Tak odjechane, że wydają się niemożliwe. Ustawię sobie jako stronę główną, bo działają jak gaz rozweselający. Południowoafrykański w dodatku.

Oczywiście stronę znalazłam dzięki szukaniu przepisów i etykiet do wydrukowania. Przekierowało mnie na inną stronę. I znów na inną Aż mnie wciągnęło na dobre.

Wesele Urliki i Dirka – Kikitography – Mpumalanga, niedaleko Lydenburga (328 km na wschód od Johannesburga).

Nikiszowiec w Katowicach

Jakiś czas temu umówiliśmy się z Mańkiem na rower. Chciałam wreszcie zwiedzić Nikiszowiec, a nie ma lepszego środka transportu, niż właśnie taki. Ta niezwykle charakterystyczna dzielnica Katowic była mi bardzo długo obca. Pojechaliśmy tam jakimś skrótem, przez park i las – skrótem, którego nigdy nie znajdę na żadnej mapie i na żywo tym bardziej. Miejsce wyłoniło się przed nami w pełnym słońcu. Piękne!

Nikisz

Na Nikiszu, jak mówią na niego tutejsi, przewijają się ekipy z kamerami. To ponoć „Śląsk w pigułce” – ma piękne uliczki, specyficzne place przed kamienicami, czerwone ramy okienne, mnóstwo przejść między jednym podwórkiem a drugim. I mieszkali tutaj też robotnicy, więc ludzie mówiący po Śląsku. I z charakterem.

Ja zwiedziłam i jestem pod wrażeniem.

Czerwone obramowania okien – każde okno tak wygląda. Klinkierowe parapety, ceglane ściany, zaułki. Niesamowite miejsce.

Miejsca naprawdę jak z planu filmowego.Każde zachwycające, warte uwiecznienia. I co? Oczywiście nie wzięłam drugiej baterii do aparatu. Każde zdjęcie to moment wahania – uda się, czy się nie uda?

Można jeździć rowerem, przechadzać się po bruku, usiąść obok kościoła przy kawiarence i popijać kawę. Do kawy polecam muffinki cytrynowe z makiem – to był właśnie nasz zestaw. Przepis jeszcze dziś. :) Oto i one:

PS. Zajadając w kawiarni muffinki do niedzielnej kawy, możecie obserwować zjawisko bardziej powszechne, a niezmiennie budzące uśmiech na mojej twarzy – ludzie „przychodzący” do kościoła. Na tym zdjęciu kościół byłby po lewej stronie. Czy trzeba dodawać, że po drugiej stronie ulicy?

Dużo zdjęć i jeszcze więcej wspomnień

Jakoś tak dziś wyszło, że zebrało mi się na wspominanie. Znalazłam folder ze zdjęciami sprzed dwóch lat, wrzucony zupełnie osobno, niż wszystkie. Jak już kliknęłam, to zginęłam. Porwała mnie fala wspomnień i to by było na tyle. Dobrze, że obiad w postaci zupy czosnkowej (absolutny hit każdego zimnego dnia, szczególnie przy gorączce i katarze!) i gnocchi z indyczkiem i sosem brokułowym był za mną. Inaczej byłoby ciężko oderwać mnie od laptopa. ;)

Czytaj dalej

Oh, how does it feel to be the one shut out?

 

Robię miejsce na przyszłość. Wywaliłam dziś już prawie trzy gigabajty zdjęć z przeróżnych okoliczności i naszła mnie nieodparta chęć na kawałek Norah Jones. Słuchaliśmy ostatnio tego, zjeżdżając z beznadziejnie oznakowanego zjazdu z autostrady przed Krakowem. Po wyjeździe w Karkonosze. To miasto, ta piosenka, ten samochód, ten człowiek. Cóż za dzika satysfakcja, chociaż przecież nic się takiego nie działo. Sb turned me on.

Like a flower waiting to bloom
Like a lightbulb in a dark room
I’m just sitting here waiting for you
To come home and turn me on

 

© Zytka Maurion 2012

 

Powyrzucałam twarze. Znajome, a jednak zupełnie nierozpoznawalne. Nic nie bolało.

Zapominanie rysów twarzy boli mnie przy utracie ukochanej osoby. Kiedy umiera Ktoś Tak Bliski, że świat z przyzwoitości nie powinien dalej biec, ale zatrzymać się ze mną w niemym bezruchu. Kiedy odchodzi ode mnie życiowy VIP. Ktoś, kto jest jednocześnie kamieniem węgielnym i kamieniem milowym mojej drogi. Ktoś, kto potrafi mnie włączyć.

Nie ustaję w poszukiwaniach. Początek tej podróży będzie też jej końcem. Wsiadając na stacji numer jeden, wysiądę na sto pierwszej. Oby chociaż odrobinę mądrzejsza. Żebym mogła tak raz w życiu powtórzyć za jednym staruszkiem, że „kiedy miałem dwadzieścia lat, marzyłem o karierze i pieniądzach. Kiedy miałem czterdzieści, marzyłem o szczęśliwej rodzinie. Ale teraz mam osiemdziesiąt i codziennie modlę się do Pana tylko o to, żebym potrafił porządnie zasłać swoje łóżko”.

Na razie mogę powtórzyć za Przemkiem, że trochę spokoju jest, ale to zawsze okazuje się w sytuacji granicznej ;)

Like the dessert waiting for the rain
Like a school kid waiting for the spring
I’m just sitting here waiting for you
To come on home and turn me on

 

 

© Zytka Maurion 2012

 

Jestem pod ciągłym wrażeniem. Ten wyjazd był oszałamiający, imponujący, cudny i niewiarygodnie przyjemny. Miałam wakacje, po raz pierwszy w tym roku (i w tamtym…), takie prawdziwe i urzeczywistnione. Nie tam, jakiś taki sobie wyjazd w górki na trzy dni czy włóczenie się po śląskich dworcach i sprawdzanie kolejnych opóźnień pociągów w ramach podróży z pracy. To były wakacje. Odpoczęłam. Nie martwiłam się niczym. Prywatne all inclusive.

Kiedyś na jakimś forum wypowiadałam się w wątku, czy wolę chodzić sama po górach czy z kimś. Byłam wtedy za opcją „sama” i niewiele się w tej kwestii zmieniło. Ponieważ chodzenie w kilka osób nie wyklucza chodzenia samemu. Każdy idzie swoim tempem. Nikt nikomu nie wadzi. Spotykamy się na herbatkę, czekoladę na szlaku. Każdy jest w zasięgu wzroku, ale jest wolność włóczenia się. Nie trzeba słuchać tylko własnych myśli albo tekstów o oddalaniu się od wycieczki. Tłumy turystyczne nie były, nie są i raczej nie będą dla mnie marzeniem. Wolę na przykład Karkonosze zimą, kiedy spotkanie kogoś na mniej uczęszczanym szlaku jest świętem, a nie problemem, jak tu się wyminąć z tysiączną osobą na wąskim odcinku.

My poor heart, it’s been so dark since you been gone
After all, you’re the one who turns me off
You’re the only one who can turn me back on

 

 

 

© Zytka Maurion 2012

 

Zostało mi jeszcze kilka lat/zdjęć do wyrzucenia. Odkąd mam nowy aparat (oł je, bejbe!) nie ma już opcji Wykasuję później. Miałam na dysku wolne 680 MB. Teraz mam troszkę więcej, ale co to jest, jeśli dziennie robię kilkadziesiąt zdjęć. Żeby chociaż je zgrać i zdecydować, które odrzucić, potrzebuję miejsca.

W życiu potrzebuję dużo miejsca. Ja wolny człowiek jestem. Duszę się w blokowych czterech ścianach. Mogłabym mieszkać w domu z dużą kuchnią i wanną. W schronisku z widokiem na Małą Fatrę. Albo nawet połączyć jedno z drugim. Czy marzenia się spełniają, jeśli mówi się o nich na głos? Porzekadła ludowe twierdzą, że na pewno nie. A wszystko inne wskazuje na to, że spełniają się jeszcze piękniej.

My hi-fi’s waiting for a new tune
The glass is waiting for some fresh ice cubes
I’m just sitting here waiting for you
To come on home and turn me on
Turn me on

 

 

© Zytka Maurion 2012

 

A skoro widziałam dziś po raz pierwszy teledysk do piosenki, przy której można ostrzyć zęby i ściskać mocniej ściereczkę nasączoną niczym narkoza przed poważną operacją, to podzielę się tym z Wami. Uwielbiam Norę, tak samo jak Sade i piosenki fado. Dziś myłam samochód przy koncercie Lovers live, a całe popołudnie słuchaliśmy z tatą portugalskiej smutnej muzyki. Taka bardzo smutna może nie była.

Biorę się za usuwanie zdjęć. Jeśli przed teledyskiem pojawi się reklama, to niestety, ale trzeba ją jakoś przeboleć. Niedługo, żeby używać czegokolwiek, człowiek będzie podpisywał zgodę na wyświetlanie reklam na własnym czole.

Norah Jones – Happy Pills (official video)

Dobranoc. Wyrzucając kilka niepotrzebnych fotografii, śpiewam sobie tytułowy fragment. Chociaż niewiele mnie to w sumie obchodzi. Ale spytałam, żeby nie było, że nie. ;)

Zytka.

PS. Na zdjęciach widnieje dzisiejsze drugie danie.

  • Sałatka z selera, pora, świeżego szpinaku, cukinii, skórki cytrynowej. Sos tatarki z kwaszonym i konserwowym ogórkiem, mocno pachnący czosnkiem – na wspomnienie smażenego syra u Grubego, gdzie z chęcią popracowałabym z laptopem na kolanach, gapiąc się przez okno w świat. Siedziałabym oczywiście na wielkiej poduszce na parapecie, stworzonym z myślą o mnie.
  • Ryż w trzech odmianach, świetnie gotujący się na sypko. Bez żadnych wspomnień. Miałam na wyjeździe małą torebeczkę, ale spojrzenia pod tytułem Chyba nie zamierzasz tego zabierać skutecznie wybiły mi to z głowy i ryż został w samochodzie. I bardzo dobrze.
  • Burgery z łososia, szczypiorku i czerwonej fasoli. Ostatnio robiłam je ze trzy lata temu. Dalej czegoś im brakuje. Niby dodałam parmezanu, niby były aż za mokre przed przygotowaniem, a jednak. Przepis do modyfikacji.
  • A po obiedzie, na dobre trawienie – mocne espresso z ekspresu. Trzeba korzystać z przyjemności, póki są w zasięgu ręki.

 

 

 

© Zytka Maurion 2012

 

Zdjęcie było robione na krzywym stole. Ale nie jest wykluczone, że krzywo trzymałam aparat. ;)