Jak się masz, Zytka Maurion?

Kiedy wchodzę na stronę swojego bloga jako administrator, po prawej stronie u góry pokazuje się zawsze taki tekst. Po angielsku widziałam go kiedyś w wersji typu „Howdy, Zytka?”. No proszę, nawet akapit robi się u nas angielski.

- Howdy, Zytka?
- Howdy, howdy! Ho, ho, ho, Santa Claus! Where is my present?!

Leżę. Zgodnie z zaleceniami lekarskimi, właśnie leżę na sofie i zajmuję się sobą. Mam piękne L4 na całe dwa dni. Moja firma zapewnia mi prywatną opiekę medyczną, ubezpieczenie na wypadek śmierci i najniższą krajową. ;)

Czyli – mogę sobie chodzić do lekarza, ile wlezie. A raczej – ile dam rady się zapisać przez internet. Udaje się raz na kilka razy, bo chyba pół Śląska ma tam opiekę wykupioną. A pewnie wszyscy z  korporacji. Lub, jak dość wzgardliwie określił to przyjaciel mojego chłopaka, a mój znajomy – korposzczury.

Szlachetne zdrowie, aż się zepsujesz. A wtedy każdy pozna, jako smakujesz.

Oczywiście oryginał dużo lepszy, ale że ja nie Jasiu z Czarnolasu, to nie będę się patyczkować. Miało być o wizycie u lekarza.

Czytaj dalej

Forumowe życie i moje początki z ZIP NFZ

Siedzę sobie i drugi dzień czytam różne fora internetowe. Kurde, jak to czasem dziwnie jest, że czytam wpisy zupełnie obcych osób, jakieś historie sprzed kilku lat, a jakbym czytała o sobie.

W ramach relaksu mam przed sobą kopertę z NFZ-tu z tajemnym hasłem do mojego konta. Będę mogła sobie sprawdzić, czy na mój koszt ktoś przeszczepił sobie trzy biodra albo wymienił wszystkie zęby na złote, używając mojego nazwiska. Serio, to ponoć czemuś to tam służy. Pewnie kontroli, jak wszystko.

 

Ło matko boska! Otwarłam magiczną kopertę. Wąglika w niej nie było, a więc można się logować. Wpisałam login. Kolejny zestaw cyferek do zapamiętania. Jak zgubię tą kartkę, to już nigdy przenigdy się tu pewnie nie zaloguję. Dobrze, że chociaż hasło można mieć swoje. Przecież jakbym miała mieć tamto, to byłaby kompletna klapa. Normalnie jak hasło do routera. Małe i duże literki, cyferki. Nie nadaję się już do takich zabaw. ;)

Ten cały ZIP mnie doprowadza do białej gorączki. Kazał mi zmienić hasło. Wylogował. Kazał zalogować jeszcze raz. Potem kazał dodać adres e-mail. Wpisać kod autoryzacyjny z maila. Zalogować jeszcze raz. Teraz chciałby, żebym wpisała jakieś awaryjne pytanie i odpowiedź. Jak tak dalej pójdzie, będę do rana siedziała (a jest wpół do dziesiątej) i wpisywała tysiące razy to samo hasło do każdej operacji. Aaaaaaaaaaaaaaa!

No tak. Wpisałam jeden zestaw pytań. Mam wymyślić drugi, bo inaczej to on nawet nie zatwierdzi. Co to ja, w Milionerach występuję, czy tylko chcę sprawdzić receptę?! Jak dla mnie wystarczy jeden zestaw, bo i tak nie zapamiętam dwóch.

I oczywiście kolejny raz trzeba wpisać hasło. Mój bank powinien im zazdrościć!

O proszę. Mogę sobie zaznaczyć opcję: Wyrażam zgodę na otrzymywanie powiadomienia na wybrany adres e-mail o pojawieniu się nowych komunikatów. A skąd ja mam wiedzieć, co to i dlaczego bym w ogóle tego chciała?

Udało się! Przeszłam przez te wszystkie uwierzytelnienia i okazało się, że pięć lat temu, jak byłam u dentysty, to płukanie kieszonki zębowej i aplikacja leku kosztowała 2,10zł. Słownie: dwa złote dziesięć groszy. Ale już zdjęcie rentgenowskie, nazwane tam jakoś dziwacznie, kosztowało dziesięć razy tyle.

Wiedzą o mnie wszystko. Ja już nic nie chcę. Może to dobra pora na pójście spać.

Operator został wylogowany.