Dużo zdjęć i jeszcze więcej wspomnień

Jakoś tak dziś wyszło, że zebrało mi się na wspominanie. Znalazłam folder ze zdjęciami sprzed dwóch lat, wrzucony zupełnie osobno, niż wszystkie. Jak już kliknęłam, to zginęłam. Porwała mnie fala wspomnień i to by było na tyle. Dobrze, że obiad w postaci zupy czosnkowej (absolutny hit każdego zimnego dnia, szczególnie przy gorączce i katarze!) i gnocchi z indyczkiem i sosem brokułowym był za mną. Inaczej byłoby ciężko oderwać mnie od laptopa. ;)

Czytaj dalej

Nie znajdziesz już nic więcej

Szukanie w pamięci jest jak grzebanie w śmietniku. Wchodzisz do środka wielkiego wysypiska, odgrzebujesz jedną rzecz za drugą, ale wciąż nie możesz odnaleźć tej właściwej.

Praktykujemy nasze własne 101 zabaw filozoficznych. Wytrwale, bez zastanowienia, codziennie na nowo. Chociaż nieraz byśmy ich nie chcieli.

 

Scenka rodzajowa nr 1.

Spotykasz człowieka, którego znasz od lat, ale zupełnie nie pamiętasz, jak się nazywa i skąd się znacie. Możesz rozmawiać z nim długo i namiętnie, wymieniać najnowsze ploteczki, opowiadać o dobrym filmie, który grają w kinie. Możesz nawet poprosić o pozdrowienie żony/męża, jeśli o nim wspomni.

I nawet uda Ci się nie mieć zaskoczonego wyrazu twarzy, że ten ktoś jest już po ślubie.

 

Scenka rodzajowa nr 2.

Zaczynasz dyskusję o dobrej literaturze, którą poznałeś przy okazji studiów czy też własnych poszukiwań. Okazuje się, że Twój rozmówca czytał wiele tych samych książek, więc z radością wchodzisz na swoją działkę, swoje pole do popisu. I słyszysz sformułowanie, bardzo znamienne, podwalinę całej teorii niemal. I zaraz potem słyszysz pytanie, czy kojarzysz nazwisko autora. Jest przecież światowej sławy naukowcem, a Ciebie męczyli przez kilka semestrów z jego prac. Oczywiście, że kojarzysz to nazwisko. Tylko nie dziś. Nie w tej chwili.

Masz je na końcu języka, ale przypomnisz je sobie dopiero, kiedy się rozstaniecie.

 

Scenka rodzajowa nr 3.

Czekasz na przystanku na autobus. Siedzisz na ławce pod rozkładem jazdy. Masz sporo czasu, więc rozglądasz się po okolicy, obserwujesz przechodniów i zerkasz do przejeżdżających samochodów. Myślami jesteś gdzieś indziej – może marzysz o urlopie albo zastanawiasz się, czy zamknąłeś drzwi. Patrzysz na zegarek, Twój autobus jeszcze ma kilka minut do przyjazdu. Obok zatrzymuje się młody człowiek, patrzy na rozkład i pyta: „Przepraszam, która godzina? Widziałem, że patrzysz na zegarek.”. A Ty, żeby odpowiedzieć na pytanie, potrzebujesz jeszcze raz spojrzeć. Bo pomiędzy patrzeniem na zegarek a sprawdzaniem na nim godziny jest cienka linia, przed którą bezwiednie się zatrzymujemy.

Przyznaj się przed samym sobą. Zapomniałeś spojrzeć na godzinę, patrząc na zegarek. Zatrzymałeś się na poziomie biernej obserwacji ruchu wskazówek albo migającego sekundnika.

 

Scenka rodzajowa nr 4.

Piszesz pismo. List oficjalny, oświadczenie podatkowe czy podanie. Powinno to być coś ta, wystarczająco mocno absorbującego uwagę, żebyś od czasu do czasu zastanawiał się nad doborem słów. Do pokoju wchodzi ktoś i pyta, jaki dzień tygodnia mamy. Jeśli nie myślałeś o tym wcześniej, a nie jest to poniedziałek ani piątek, pewnie w tej chwili nie będziesz wiedział. Tak samo, jak nie będziesz wiedział, jaki jest kod do drzwi, które codziennie otwierasz. Ani jaki masz pin do telefonu. Przyciskasz klawisze automatycznie. Gdyby nagle się zamieniły miejscami, mógłbyś mieć problem z wejściem do domu czy włączeniem telefonu.

Wygodnie jest zapomnieć. W procesie działania biorą wtedy udział tylko nieliczne komórki w mózgu. Odpoczywasz od myślenia.

Scena rodzajowa nr 5

Wspomnienie żyje przez jakiś czas, ale mijające dni pokrywają je grubą warstwą kurzu. Cała wspólnota stara się, z zaciśniętymi pięściami, zdecydowanie, stanowczo, zostawić za sobą przeszłe wydarzenia, i powolutku imię zaciera się, fakty zostają zniekształcone i wydają się coraz bardziej odległe, aż wreszcie, bezpowrotnie, nadchodzi zapomnienie.
Nadchodzi śmierć.

To proste. Gdy już raz przyzwyczaimy się do zapomnienia, okazuje się, że to jest bardzo łatwe. Umysł, słabnący z wiekiem, pomaga pogrzebać przeszłość. Niekiedy drzwi otwierają się i stają w nich dawne upiory. Ale inne drzwi, większość z nich nigdy się nie otwiera, a zmarli nie powracają ani ze śmieci, ani z zapomnienia.
To proste. Zapomina się każdego dnia.

Espido Freire, Zmrożone brzoskwinie

Scenka rodzajowa nr 6

Życie stawia przed nami nowe słowa. Czy jeśli teraz podam Wam jedno małe słówko, zapamiętacie je na zawsze? Czy jeśli powiem, że śmierdzi jak zepsuta cebula, a jednocześnie przywodzi na myśl najpiękniejsze wspomnienia z dziecinnych zabaw na karuzeli, to uwierzycie? Czy będziecie pamiętać słówko, czy wyłącznie ten cebulasty opis?

panoplia - 1. «pełne uzbrojenie starogreckiego hoplity lub średniowiecznego rycerza»
2. «motyw dekoracyjny skomponowany z elementów uzbrojenia, sztandarów i proporców»

(wg Słownika Języka Polskiego)

A co, jeśli to słówko nie śmierdzi starą cebulą ani nie ma nic wspólnego z dziecinnymi igraszkami na placu zabaw?

Zapomnicie je jeszcze przed końcem czytania tego wpisu?

Scenka rodzajowa nr 7

LIST 22;
SIÓDMA WERSJA
KOTA
kot długo mości się na kołdrze
szuka samego środka miękkości
przykrywa go sobą dokładnie
w jego ciele zaczyna
pracować
elektrownia
jest teraz najciemniejszym punktem
w głębokościach tej nocy
nieruchomieje
leniwie emanuje
bliźniacze gęste
światło snu

Krzysztof Lisowski, w: Przechodzenie przez rzekę, 1997 r.

Bycie kotem to bycie futrzastym kłębkiem zapomnienia. Jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi. Zero pytań kim jestem, skoro bycie kotem to niemal bycie esencją doskonałości. Przynajmniej w kocim rozumowaniu. Zapominanie idealne. Po co pamiętać, po co grzebać we wspomnieniach, skoro tyle dróg do odkrycia?

 

Scenka rodzajowa nr 8 lub też zamknięcie serii

Ponieważ Related Posts będą zmieniały się jeszcze wiele razy, zależnie od kolejnych wpisów, proponuję własną wersję tych najbardziej dopasowanych. Inne ćwiczenia w istnieniu, zapamiętywaniu i zapominaniu o świecie. Roger Pol-Droit byłby ze mnie dumny. ;)

  1. Grudniowe poczucie, że właśnie tak wygląda życie. Butnie i obuwniczo. That’s life.
  2. Styczniowe zabawy słowem pisanym i kilka pomysłów na wesołe życie bez zmartwień. No prawie. Could you remove or change the name of the “Sexsmith” font?
  3. Lipcowe, całkiem niedawne zabawy. Sztuk pięć. Zabawy okołofilozoficzne.
  4. Refleksja nad zerwanym mostem i nieogoloną brodą. To było tak dawno.

 

Spróbujcie. Najpierw zapamiętania, potem zapomnienia. Jakie to ma znaczenie. Pod koniec życia fałszywe wspomnienia mieszają się z prawdziwymi historiami i nawet my sami nie wiemy, skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy.

Zytka.

Maraton i tapenade

Przejechałam dziś jakieś 55 kilometrów rowerem, jeśli wierzyć mapom z Googla. Z czego dwadzieścia zrobiłam totalnie niechcący, bo miałam ochotę sprawdzić, dokąd dojadę Mostem Śląsko-Dąbrowskim. Nigdy nie przejeżdżałam go rowerem i dziś już wiem, dlaczego. Kiedy jadąc w różne strony, po raz trzeci wyjechałam w tym samym miejscu Północnej Pragi, a zaczęło zmierzchać, spytałam w końcu jakąś kobietę, gdzie jestem i jak mogę się dostać do innej części Warszawy.

Jak usłyszała, skąd jadę i dokąd, i ile razy jechałam już tymi samymi ulicami, zrobiła taką minę, jakbym co najmniej rozmawiała z nią na wylotówce do Gdańska, gdzieś w okolicach Łomianek. A tymczasem wystarczyło wrócić kolejny raz niemiłosiernie długą, ale w miarę prostą drogą, omijając wykopy (nasza stolica będzie mieć dumną drugą nitkę metra, więc pół miasta jest nieprzejezdne) i już dotarłam do miejsc, które rozpoznaję, czyli pod Stadion Narodowy. Po Euro2012 to już pewnie 99.9% Polaków go rozpoznaje.

Warszawa mnie bardzo zaskakuje. Moje nogi też to czują. Na pewno nie stracę kondycji przed wyjazdem w góry. A myślałam, że będę łączyć pracę z nieco mniej aktywnym wypoczynkiem. :P

Ale jaki dobry obiad dziś sobie zrobiłam. Prosty, niewyszukany, chociaż może część składników dość oryginalna. Wszystko, zapewniam, pasowało do siebie. Pomimo początkowego poczucia, że wcale niekoniecznie.

 

Smażony makaron z tapenade, indykiem, pieczonym oscypkiem i pomidorową sałatką z sosem balsamicznym

 

Tak tylko cichutko

Właśnie wróciłam z filmu Nietykalni. Wybierałam się na niego od maja, ale przez ciągłe zmiany miejsc „zamieszkania” albo nie trafiałam na dobrą godzinę do większego miasta, albo już nie grali. Na szczęście dla mnie, kino Muranów jest kinem studyjnym, także tam repertuar nie zmienia się co tydzień.

Wchodząc do budynku, nie czuje się zapachu popcornu. A na sali nikt nie szeleści papierkami z chipsów.

Miałam ochotę płakać, że film się skończył. Bo poza tym, śmiałam się tak, że prawie spadłam z fotela. A przy wyjściu wszyscy się do siebie uśmiechali… To nie była cukierkowa bajka romantyczna. To był film, jakich mało. Ale za to wzbudził na twarzy uśmiech typu „banan” na długie godziny.

Magia dnia codziennego. Szaleństwo życia. Radość z prostoty. Wariactwo!

A w poniedziałek idę na Jiro śni o sushi. Czekałam na ten film od ponad roku. I w poniedziałek w Muranowie są bilety po 11 złotych. :D

 

Zytka Maurion

 

PS. To było niesamowite. Takie małe znaki od Życia, że jest ok. Wracałam autobusem 111. O 22:22. A w ciągu dnia było pewnie ze 33 stopni.

Królewna, jestem pewna!

To cytat z bardzo, bardzo starej rozmowy przy obiedzie u mnie w domu. A dziś ja tak mówię o sobie. Może pójdę oddać krew, to się okaże, czy mam błękitną?

Zwiedzałam Łazienki Królewskie i kiełkowała we mnie myśl, że, kto wie, może ze dwadzieścia pokoleń wstecz nie było tylu Polaków i jestem jednak JAKOŚ spokrewniona z królem Stanisławem Augustem? Mamy podobny gust, ja też uwielbiam piękne wnętrza. Gdyby się okazało, że jesteśmy rodziną, to mówicie mi Królewno. Marzenie każdej niegdysiejszej dziewczynki. Być królewną…

(oczywiście: dawno dawno i daleko daleko) I potem trafia się królewicz, który po Bardzo Długim Pocałunku Na Dobranoc zamienia się w ropuchę. A królewna podróżuje na barkach jeża super-Hedgehog-mana i zwiedza świat. Ale jeż postanawia w końcu zostać w magicznym lesie, bo spotkał tam kolegę Kulawego Konia.

Coś  poprzekręcałam. Bajki dla Potłuczonych normalnie.

Co to są za bajki, aż się wierzyć nie chce
Może je napisał Franz Kafka po setce
Czy może Andersen mocno już zmęczony
Te bajki dla potłuczonych.

Tak. Być królewną. Ja bym nawet mogła całe te Pałace na Wyspie, na Wodzie i każdy inny zostawić państwu na chwałę i dumę. Mnie wystarczy, jak przekażą mi w spadku taką śliczną, porcelanową filiżankę jak do espresso, którą widziałam w Pałacyki Myśliwieckim )albo w Białym Domku?) na piętrze. Dziś już takich nie robią. A ja bym na pewno zrobiła z niej dobry użytek. A tak – stoi niemal zapomniana za szybką i mało kto poświęca jej uwagę.

Jest na to jeden sposób. Zrobię tak, jak w Bajce Sikory o Szewcu Dratewce (Sposoby Dratewki – bajka o smoku). Tylko skąd wziąć smoka? I króla?

Zadanie skazane na porażkę. Coś o tym napisał nawet sam Mistrz Sikora, jakby przeczuwając moje myśli. Oto jego słowa, jak sobie radzić w takich sytuacjach:

Nabrać jak najwięcej życiowej mądrości. To bezcenna wiedza o wysiłkach, których nie warto podejmować, o ludziach, na których nie można polegać, o dupie wyżej, której nie podskoczysz. Dzięki mądrości życiowej udaje się osiągnąć ten stan zniechęcenia, w którym człowiek przestaje się wygłupiać i porywać z motyką na kartofle. Kartofle są w sklepie za złotówkę!

Mam nadzieję, że pomogę tym artykułem osiągać świadome stany beznadziejnej egzystencji wszystkim tym, którzy tego zapragną i ochronię ich od przypadkowego sukcesu.

Źródło tej bezcennej wiedzy wypływa stąd:  www.sikora.art.pl. Warto zajrzeć.

Właściwie to chciałabym jeszcze mieć chociaż taki jeden holenderski kafelek. W kuchni. Taki ręcznie malowany, biały z niebieskim wzorem. To znaczy z historią opowiedzianą rysunkami. Każdy kafelek był inny!

Piosenka na koniec. Taka o królewnie i księciu, co to od pocałunku się przepoczwarzyli. And I’m so sad, like a good book, I can’t put this day back. A sorta fairytale with you.

Zytka ver. BETA

Jestem w dość wariackim nastroju. Proszę dziś na mnie uważać. A najlepiej obejrzeć i posłuchać razem ze mną Carlosa Lázzari. Potem ubrać odpowiednio elegancką wersję stroju męską lub damską i zatańczyć tango <klik>!

Dzieckiem szklarza nie jestem, także kiedy ktoś ogląda film, staram się nie wchodzić w sam środek telewizora. A jeśli ogląda mecz Włochy – Hiszpania, to sama się przenoszę z laptopem, żeby widzieć lepiej. Dziś nawet Maciej Orłoś w Teleexpressie zauważył, że ten mecz z miłą chęcią obejrzą kobiety. W końcu sporo przystojnych mężczyzn w jednym miejscu to jest niezła okazja. :D

Mistrzem komputerowym też nie zostałam stworzona, jako że narodziłam się jeszcze w starych, dobrych czasach. W owych dniach posiadanie komputera wiązało się z pracą naukową i bieganiem po wielkim pokoju w oczekiwaniu na podziurawione karteczki, wypluwane nieśpiesznie przez maszyny.

That’s the way you move me, darling.

Idąc dalej tym tropem, chciałam tylko napisać, że coś elegancko popsułam w przeglądarce i mimo aktualizacji, widać wielkie NIC. To już tryb awaryjny w InternetExplorerze 1.0 musiał lepiej wyglądać, bo przynajmniej coś tam się pewnie pokazywało.

And my soul
Lights up when you’re there

Ale nic to, jak już psuć, to na całego. Jestem teraz superbezpieczna w internecie, bo jeśli go [internetu] nie będę używać, nic się nie przedostanie do światowej pajęczny. Pliki się od dawien dawna nie pobierają, czyli wirusa nie ściągnę. Strony się nie chcą przekierowywać, więc na żadną podróbę strony też nie trafię. Obrazki się nie pokazują, więc wszystko ładuje się w tempie odrzutowca najwyższej klasy. Tyle, że nic nie widać, poza plain text.

Zainstalowałam najnowszą wersję przeglądarki. Zrobiła update FlashPlayera i Javy. Jakby tylko się dało, z chęcią kliknęłabym w ustawienia domyślne albo fabryczne. Ale ich nie widzę.

I stole a rose in the Garden of Eden.

I zdradziłam ulubioną przeglądarkę na rzecz mniej ulubionej, ale sprawnej.

W dowód wdzięczności, że widzę wyraźnie nie tylko mecz, ale i coś na monitorze, chciałabym pokazać Wam Kogoś Szczególnego. Kogoś, dzięki komu wiem, że mam obie ręce sprawne w nadgarstkach i nogi w całości przy kostkach. Temu stworzeniu internet nie jest do niczego potrzebny. Mogę się założyć, że nawet z jego istnienia nie zdaje sobie sprawy. I dobrze. Tak powinno być, darling.

Koleżanka sprawdza codziennie, czy może jednak coś się zmieniło w budowie układu kostnego mojego ciała. I czy na pewno mam palce na swoim miejscu, a buty smakują tak samo, jak dzień wcześniej. Niezmiernie mi pomaga we wszystkim, co robię na dworze. Kiedy robiłam zdjęcia, szłam po czosnek do ogródka czy wychodziłam do sklepu, ona była przy mnie. Mówię Wam, nikt inny nie potrafi wynieść tak daleko butów albo tak dokładnie obgryźć sznurówek.

Genialne stworzenie z oczami o nazwie „Ja nic nie zrobiłam. Samo się zrobiło!”. I takie ogromne spojrzenie zdumionych  oczu, że jak wpadnie się do miski z wodą, to sierść będzie mokra. Jedno wiem na pewno: ona wie i rozumie dużo więcej, niż próbuje udawać, że wie. Szczególnie kiedy chodzi o zaprzestanie skakania po nogach i wieszania się zębami na spodniach. Świetna zabawa, tylko ludziom się szybciej nudzi, niż jej.

So unpretentious
Joyful and fine

A na koniec chciałabym zaproponować Wam ćwiczenie logopedyczne. Doskonałe, kiedy chcecie szybko załatwić sprawę w urzędzie, ale pani urzędniczka nie jest zainteresowana ewentualną obsługą petenta zza okienka. Myślę, że jeśli w tym tempie wypowiecie swoją prośbę, to ktoś zwróci na Was uwagę. Jeśli nie panienka z okienka, to może ochrona?

Zadanie bojowe:  śpiewanie na głosy razem z The Chieftains. Od początku do końca. Tylko się nie poplujcie za bardzo.

Wasza, oddana jak zawsze, Zytka.

 

* Cytaty z pięknej piosenki Jehro Stolen Rose.

PS. W TV pojawił się program W obliczu śmierci – GOPR.  To był ostatni odcinek drugiego sezonu. Drugi sezon? A ja nic nie wiem nawet o pierwszym! Byłam mocno zdumiona, widząc znajome twarze. Halę Miziową zimą i te wielkie zaspy śniegu, które przecież nie są niczym szczególnym zimą w górach. I widząc pieska, którego chciałam zobaczyć już od ponad roku, a ciągle nie było okazji.

Zajęcie po meczu – obejrzeć sobie na ipla <klik!> inne odcinki. Może znajdę jakieś inne znajome twarze Dobrych Ludzi, którzy ogromnie mi pomogli skończyć studia z oceną dobrą, zgadzając się pogadać ze mną o swojej pracy i miłości do gór? Kurczę, jakbym wiedziała, że miałam do czynienia z gwiazdami serialu dokumentalnego, to przecież ostatnio wzięłabym sobie autograf, zamiast paragonu za nocleg!

Tak czy inaczej, bardzo serdecznie pozdrawiam Panów Ratowników. I mam nadzieję, do szybkiego zobaczenia. Obym nie wystąpiła w kolejnym sezonie w roli ofiary.