O odwadze słów kilka

 

Odkąd chodzę często na basen, czyli od jakiegoś tygodnia, myślę na basenie o jednym facecie. Odkąd chodzę na basen = od kiedy to postanowiłam na stałe wrócić do cywilizacji, zamiast myśleć, czy mięso zeżre mi lis, a ser zjedzą myszy, i czy drewna starczy do podłożenia wieczorem do pieca.

Czytaj dalej

Nie znajdziesz już nic więcej

Szukanie w pamięci jest jak grzebanie w śmietniku. Wchodzisz do środka wielkiego wysypiska, odgrzebujesz jedną rzecz za drugą, ale wciąż nie możesz odnaleźć tej właściwej.

Praktykujemy nasze własne 101 zabaw filozoficznych. Wytrwale, bez zastanowienia, codziennie na nowo. Chociaż nieraz byśmy ich nie chcieli.

 

Scenka rodzajowa nr 1.

Spotykasz człowieka, którego znasz od lat, ale zupełnie nie pamiętasz, jak się nazywa i skąd się znacie. Możesz rozmawiać z nim długo i namiętnie, wymieniać najnowsze ploteczki, opowiadać o dobrym filmie, który grają w kinie. Możesz nawet poprosić o pozdrowienie żony/męża, jeśli o nim wspomni.

I nawet uda Ci się nie mieć zaskoczonego wyrazu twarzy, że ten ktoś jest już po ślubie.

 

Scenka rodzajowa nr 2.

Zaczynasz dyskusję o dobrej literaturze, którą poznałeś przy okazji studiów czy też własnych poszukiwań. Okazuje się, że Twój rozmówca czytał wiele tych samych książek, więc z radością wchodzisz na swoją działkę, swoje pole do popisu. I słyszysz sformułowanie, bardzo znamienne, podwalinę całej teorii niemal. I zaraz potem słyszysz pytanie, czy kojarzysz nazwisko autora. Jest przecież światowej sławy naukowcem, a Ciebie męczyli przez kilka semestrów z jego prac. Oczywiście, że kojarzysz to nazwisko. Tylko nie dziś. Nie w tej chwili.

Masz je na końcu języka, ale przypomnisz je sobie dopiero, kiedy się rozstaniecie.

 

Scenka rodzajowa nr 3.

Czekasz na przystanku na autobus. Siedzisz na ławce pod rozkładem jazdy. Masz sporo czasu, więc rozglądasz się po okolicy, obserwujesz przechodniów i zerkasz do przejeżdżających samochodów. Myślami jesteś gdzieś indziej – może marzysz o urlopie albo zastanawiasz się, czy zamknąłeś drzwi. Patrzysz na zegarek, Twój autobus jeszcze ma kilka minut do przyjazdu. Obok zatrzymuje się młody człowiek, patrzy na rozkład i pyta: „Przepraszam, która godzina? Widziałem, że patrzysz na zegarek.”. A Ty, żeby odpowiedzieć na pytanie, potrzebujesz jeszcze raz spojrzeć. Bo pomiędzy patrzeniem na zegarek a sprawdzaniem na nim godziny jest cienka linia, przed którą bezwiednie się zatrzymujemy.

Przyznaj się przed samym sobą. Zapomniałeś spojrzeć na godzinę, patrząc na zegarek. Zatrzymałeś się na poziomie biernej obserwacji ruchu wskazówek albo migającego sekundnika.

 

Scenka rodzajowa nr 4.

Piszesz pismo. List oficjalny, oświadczenie podatkowe czy podanie. Powinno to być coś ta, wystarczająco mocno absorbującego uwagę, żebyś od czasu do czasu zastanawiał się nad doborem słów. Do pokoju wchodzi ktoś i pyta, jaki dzień tygodnia mamy. Jeśli nie myślałeś o tym wcześniej, a nie jest to poniedziałek ani piątek, pewnie w tej chwili nie będziesz wiedział. Tak samo, jak nie będziesz wiedział, jaki jest kod do drzwi, które codziennie otwierasz. Ani jaki masz pin do telefonu. Przyciskasz klawisze automatycznie. Gdyby nagle się zamieniły miejscami, mógłbyś mieć problem z wejściem do domu czy włączeniem telefonu.

Wygodnie jest zapomnieć. W procesie działania biorą wtedy udział tylko nieliczne komórki w mózgu. Odpoczywasz od myślenia.

Scena rodzajowa nr 5

Wspomnienie żyje przez jakiś czas, ale mijające dni pokrywają je grubą warstwą kurzu. Cała wspólnota stara się, z zaciśniętymi pięściami, zdecydowanie, stanowczo, zostawić za sobą przeszłe wydarzenia, i powolutku imię zaciera się, fakty zostają zniekształcone i wydają się coraz bardziej odległe, aż wreszcie, bezpowrotnie, nadchodzi zapomnienie.
Nadchodzi śmierć.

To proste. Gdy już raz przyzwyczaimy się do zapomnienia, okazuje się, że to jest bardzo łatwe. Umysł, słabnący z wiekiem, pomaga pogrzebać przeszłość. Niekiedy drzwi otwierają się i stają w nich dawne upiory. Ale inne drzwi, większość z nich nigdy się nie otwiera, a zmarli nie powracają ani ze śmieci, ani z zapomnienia.
To proste. Zapomina się każdego dnia.

Espido Freire, Zmrożone brzoskwinie

Scenka rodzajowa nr 6

Życie stawia przed nami nowe słowa. Czy jeśli teraz podam Wam jedno małe słówko, zapamiętacie je na zawsze? Czy jeśli powiem, że śmierdzi jak zepsuta cebula, a jednocześnie przywodzi na myśl najpiękniejsze wspomnienia z dziecinnych zabaw na karuzeli, to uwierzycie? Czy będziecie pamiętać słówko, czy wyłącznie ten cebulasty opis?

panoplia - 1. «pełne uzbrojenie starogreckiego hoplity lub średniowiecznego rycerza»
2. «motyw dekoracyjny skomponowany z elementów uzbrojenia, sztandarów i proporców»

(wg Słownika Języka Polskiego)

A co, jeśli to słówko nie śmierdzi starą cebulą ani nie ma nic wspólnego z dziecinnymi igraszkami na placu zabaw?

Zapomnicie je jeszcze przed końcem czytania tego wpisu?

Scenka rodzajowa nr 7

LIST 22;
SIÓDMA WERSJA
KOTA
kot długo mości się na kołdrze
szuka samego środka miękkości
przykrywa go sobą dokładnie
w jego ciele zaczyna
pracować
elektrownia
jest teraz najciemniejszym punktem
w głębokościach tej nocy
nieruchomieje
leniwie emanuje
bliźniacze gęste
światło snu

Krzysztof Lisowski, w: Przechodzenie przez rzekę, 1997 r.

Bycie kotem to bycie futrzastym kłębkiem zapomnienia. Jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi. Zero pytań kim jestem, skoro bycie kotem to niemal bycie esencją doskonałości. Przynajmniej w kocim rozumowaniu. Zapominanie idealne. Po co pamiętać, po co grzebać we wspomnieniach, skoro tyle dróg do odkrycia?

 

Scenka rodzajowa nr 8 lub też zamknięcie serii

Ponieważ Related Posts będą zmieniały się jeszcze wiele razy, zależnie od kolejnych wpisów, proponuję własną wersję tych najbardziej dopasowanych. Inne ćwiczenia w istnieniu, zapamiętywaniu i zapominaniu o świecie. Roger Pol-Droit byłby ze mnie dumny. ;)

  1. Grudniowe poczucie, że właśnie tak wygląda życie. Butnie i obuwniczo. That’s life.
  2. Styczniowe zabawy słowem pisanym i kilka pomysłów na wesołe życie bez zmartwień. No prawie. Could you remove or change the name of the “Sexsmith” font?
  3. Lipcowe, całkiem niedawne zabawy. Sztuk pięć. Zabawy okołofilozoficzne.
  4. Refleksja nad zerwanym mostem i nieogoloną brodą. To było tak dawno.

 

Spróbujcie. Najpierw zapamiętania, potem zapomnienia. Jakie to ma znaczenie. Pod koniec życia fałszywe wspomnienia mieszają się z prawdziwymi historiami i nawet my sami nie wiemy, skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy.

Zytka.

To było tak dawno

 

Są mosty na wzgórzu spalone w południe
i tarcza blaszana nad drzwiami fryzjera
i brzytwa po której nie krzepnąc krew spływa

Nie wiem, jak mają inni Blogerzy, ale dla mnie samo wpisywanie tagów do wpisu to już jest wyczyn myślowy. Najpierw wpisuję tagi, a potem myślę, skąd mi przyszły takie do głowy. Chwila zamyślenia. Moment zatrzymania. Przymykam powieki. Żebyśmy się poznali.

Ty i Ja. Pięć liter. A słowo pięć ma tylko cztery.

Moje miłości pomiędzy Ty i Ja nieskończenie blisko związane są z górami. Nawet szalone zakochanie w zupce chińskiej o smaku sera w ziołach zaczęło się i skończyło w górach. Gdzieś do tej pory mam paragon z pierwszej wycieczki o smaku Nudli.

(Czy ja mogłabym pisać o miłości bez pisania o jedzeniu???)

Słucham. W życiu piękne są tylko chwile. Zapamiętujemy je, żeby odtwarzać. Kiedy wszystko zaczyna się walić. Kiedy brakuje pomysłu na temat do rozmowy. Kiedy szukamy inspiracji do obiadu.

(Poddaję się. Nie umiem pisać o miłości bez wtrętów o żarciu.)

Chwile, które łączą Obecnych. Dzielą Rzeczywistość na Tu i Teraz oraz na Tam i Kiedyś.

w miasteczku anioły więdnące na drzewach
od czterech miesięcy nie golą już bród

Kiedy przygniata pewność niepewności, a rzesze ludzi zdają się przypływać i odpływać, jak pod urokiem zmiennych faz Księżyca, pozostaje spojrzeć wysoko w górę. Odszukać Gwiazdę Polarną. Odetchnąć powietrzem czystym jak dziecięca łza. Pobiegać boso po rosie. Bawić się ze szczeniakiem. I uśmiechać szczerze do własnych myśli.

Za murem szkło tłucze wylękła dziewczyna
a tarcza blaszana jak słonce się żarzy
wiec mruży dziewczyna swe oczy i ślepnie

Połączenie odrażających zapachów i wzruszających dotyków. Ostra mieszanka tego, co niewypowiedziane z tym, co krzyczą na dachach. Oddarcie z intymności na rzecz pierwszej strony w kolorowym tabloidzie. Ucieczka daleko w świat bez telewizji i zasięgu sieci komórkowych. Oto Życie.

Nie żyje już fryzjer zmęczony nad rzeką
pod drzwiami zostawił list i znaczki cztery
i brzytwę i ucho odcięte lecz czuje
rodzina napisze nagrobek jak wróci

Słownik filozoficzny. Śpiewy na dwa głosy. Rozwiązanie zagadki o średnicy Ziemi i sznurku. Spokój wieczoru po dobrze spędzonym dniu. Wygodne buty. Dobry sen. Bycie miłym.

Nie bądź zbyt krytyczny. Poznajmy się lepiej. Bliżej. Sprawdźmy, czy tęsknota za Ludzkością może zelżeć w porozumieniu z Człowiekiem. Zróbmy coś niezwykłego. Zostawmy po sobie tajemnicę. Taką, do której będzie można się uśmiechać do końca życia.

Nie wyjaśniajmy wszystkiego, niczym w rozbiorze zdania i wiersza. Zostawmy kilka szpar w myślach dla ciekawskich, którzy mają odwagę szukać Prawdy. Bądźmy odważni, gdy rozum zawodzi. W ostatecznym rozrachunku jedynie to się liczy.

Oto Życie. Anioły więdnące na drzewach.

 

 

———————

Fragmenty:

W Miasteczku Anioły – słowa Kazimierz Mikulski, muzyka Grzegorz Turnau

Przesłanie Pana Cogito – Zbigniew Herbert

Inspiracje:

Przyjemności – Bertolt Brecht

I moje wpisy z okolic 6 grudnia 2011 roku.

Zabawy okołofilozoficzne

Jak to życie potrafi odmienić najlepsze plany i najbardziej uszczegółowione zadania. Można starać się mocno, mozolnie i z wytrwałością Syzyfa pchać ten kamień, zwany rzeczywistością. Można równie dobrze uciekać, kluczyć, zahaczać o nieznane wątki. Odkrywać siebie poprzez zdziwienie. Działać tak szybko, żeby za sobą nie nadążać.

Plan jest przecież perfekcyjny. Gotowość więcej, niż stuprocentowa. Do startu, odmierzanego li tylko trzaskiem suchej gałązki lub wystrzałem z pistoletu, pozostało zaledwie kilka setnych sekundy. Rzeczywistość ma w końcu co najmniej szesnaście wymiarów. Przestrzeń nie kończy się na pięciu możliwych elementach. A całka to po prostu odwrotność pochodnej.

♣♣♣

Zabawy nienazwanym, próby sił pomiędzy intelektem, wrażliwością a ułomnością. Walka to czy tylko przyjacielskie spotkanie?

Przesłanie. Piękne niczym szelest listu, wpadającego do skrzynki. Listonosz odchodzi do następnego domu. A niecierpliwość każe wyciągać małymi paluszkami papier, zamiast biec po kluczyk do domu. Rozrywanie koperty, dotykanie opuszkiem palca liter, zapisanych czyjąś czułą ręką. Oglądanie znajomych trzydziestu dwóch liter, a jednak wciąż niosących niespodzianki.

Dziś dostałam piękny list. Kopertą była ramka, papeterią kolor ekranu, krój pisma zunifikowany. Jestem w trakcie czytania… Chciałabym dotknąć go dłonią, sprawdzić głębokość wgłębień po długopisie na kartce w kratkę. Lub w linię. Mogłabym nawet wodzić palcami po monitorze. Jeden z niewielu maili, który jest prawdziwym listem. Nie suchym zlepkiem Witaj-[wstaw dowolną oficjalną treść]-Żegnaj. Nie jest reklamowym spamem, na który sama się zgodziłam. Nie jest też korespondencją służbową.

♦♦♦

Jak widzicie, list zadziałał już na mnie, chociaż dopiero zaczynam docierać do początku. Słowa mnie oczarowały. Spotyka mnie tyle niezwykłych Osób, które zatrzymują się w moim życiu i od czasu do czasu któraś usiądzie w moim życiorysie niczym w przytulnej knajpce przy filiżance mocnej kawy. Nie chcę, żeby ten list się kończył. Jest szczery, głęboki. Napisał go Ktoś, kto mógł olać wszystkie problemy, sprawy. Tak zwyczajnie, bo prawie się nie znamy. Ktoś, kto mógł poprzestać na suchym Cześć, kiedy się widzieliśmy. Ale to nie jest taki zwykły człowiek. To Homo Sapiens. Człowiek Myślący. Jakże często nadużywamy nazwy tego gatunku dla określenia istot o gąbczastym mózgu, zalanego coca-colą, tłuszczem z fast-foodów i manią „mieć”. MIEĆ NATYCHMIAST.

I te kilka telefonów dziś. Z jednego planu na sobotę i niedzielę zrobiły się cztery… Rozrosła się okoliczna prawda (nie)realna i spotkała kamienie milowe własnych działań. Ten głos w słuchawce. Te słowa, budzące śmiech, wzywające do kolejnego spotkania. Jak nie tam, gdzie do tej pory, to w najcichszym miasteczku w Polsce. Albo pod Operą w Sidney. Jaka to różnica. Piękno nosi się w sercu. Posiedzimy, uszczkniemy troszkę magii od siebie nawzajem. Może ktoś weźmie wreszcie ze sobą atlas nieba i będzie można szerokimi ze zdumienia oczami patrzeć świadomie.

♥♥♥

Ćwiczenia z filozofii. Jeśli jeszcze nie nabyliście 101 zabaw filozoficznych Rogera Pol-Droit, to najwyższa pora przynajmniej się dowiedzieć, co to takiego. Niech to będzie zadanie wprowadzające. Podpowiedzi szukajcie tutaj.

Prostota jest wymagana. Żadnych ale?, żadnych dlaczego?. Zamiast tego poczucie, że śmieszność jest darem od Stwórcy i nie można jej marnować nadaremnie. Spróbujecie? Te ćwiczenia nie wymagają kondycji fizycznej. Kto wie, może stosujecie je codziennie lub od okoliczności do okoliczności. Warto coś dla siebie zrobić. Ostatnio proponowałam Ćwiczenia w styczniu. Pół roku temu. O, proszę, tutaj. Pora na nowości.

  1. Nastaw budzik na nietypową godzinę. Poranne wstawanie to zmora wielu ludzi. Te wszystkie czynności, jakie należy wykonać, żeby móc spojrzeć na siebie w lustrze i jeszcze się rozpoznać. Wyrobienie się ze wszystkim wymaga czasu, samokontroli i regularnej determinacji. Podsyćmy to uczucie. Zbudujmy dodatkową motywację. W ćwiczeniu nie chodzi jednak o budzenie się o wpół do czwartej nad ranem. Nic z tych rzeczy. Wstajecie o siódmej? Budzik dzwoni o 7:00, a Wy i tak zawsze minutę przed budzikiem? To ustawcie go tym razem minutę wcześniej. I sprawdźcie, o której się obudzicie. Tyle. Mało zaskakujące? Zobaczymy.
  2. Jedź na rowerze  po mieście i zwyczajnie się zgub. Proste. Dajcie sobie szansę na odkrycie miasta, zamiast biec wydeptanym traktem. Mówią tak wszystkie przewodniki, prawda? Ale możecie to zrobić też w zwykłym mieście, nie tam żadnym turystycznym przybytku rozkoszy i uniesień. Nawet w swoim własnym. Znam ludzi, którzy wiele lat poruszali się tylko po jednej części Krakowa, bo w inne nie jeździli. Nagle po dwudziestu paru latach trafiali tam z jakiegoś powodu i okazywało się, że świat trwa. Nie skończył się za mostem, blokiem, kamieniem. Byłam świadkiem takiego jednego olśnienia. Piękne i wzruszające. Uczymy się wciąż na nowo i przeżywany świat naszym nieznanym sercem. A mówiąc już mniej górnolotnie – może akurat traficie na mały osiedlowy sklepik z wyjątkowo miłą panią ekspedientką, która sprzeda Wam najlepsze na świecie ogórki małosolne?
  3. Idź na film o jedzeniu. Bądź przy tym koniecznie bardzo głodna/głodny. Polecam Jiro śni o sushi. Pomysł wypróbowany. A na jakie rzeczy ma się w trakcie ochotę! Aż warto zapisać, co przyjdzie Wam do głowy.
  4. Uśmiechnij się! Najpierw do siebie, potem do lustra, potem do kogoś zwyczajnie na ulicy. Na początek możesz wybrać pogodną staruszkę lub radosnego rodzica z dzieckiem. Jak jednak potrzebujesz powodu, to go sobie znajdź. Uśmiechaj się do ludzi, bo to nie boli. Bo wzmacnia mięśnie twarzy. Bo poczujesz się pięknie. Albo dlatego, że ja Cię o to poprosiłam.
  5. Poczytaj Herberta. Dajcie sobie szansę poznać coś mniej sztandarowego, niż Pan Cogito. Jakkolwiek wyjątkowy i niezwykle budujący, może warto poznać coś innego. Kolejarzom proponuję poszukać Dróżnika. A wszystkim proponuję fragmenty listów do Hali Musiołkowej, Muzy Zbigniewa Herberta.

 

14 III 1953
Z przyjaciółmi kłopoty… Kubiaczek kocha się, Mistrz Kisiel pije wódkę. Jerzy Z. mistycyzuje. Laski kiwają nade mną głową z żalem i modlą się o nawrócenie poety… Leopold wzywa do knajpy. Małe pieski marksistowskie zaczepiają na ulicy i chyba w mordę w końcu strzelę…

List bez daty
Cała Warszawa żyje wyścigiem. Mnie też ogarnął zbiorowy szał, stałem przedwczoraj na MDM-ie z tłumokiem bielizny wśród upału, przez pół godziny. Transmisja odwlekała się. Speaker zapowiedział Beethovena. – „Po cholerę ten Beethoven kiedy tam się Królak poci” – powiedział przy mnie starszy pan…

 

Ćwiczenia mogą trwać od sekundy do kilkunastu tygodni. Bywa, że przeciągają się na całe życie. Trwają sobie…

Trwałość? Czym jest na świecie trwałość?

•••

Prawdziwe dziwaki, czyli Stacja Warszawa 5.5

Albo coś ze mną nie tak, albo wyglądam jakoś szczególnie, albo mam na czole wielki napis: Podejdź do mnie! Normalnie bez względu na to, jakim środkiem transportu się poruszam, czy idę na piechotę, czy jadę rowerem, czy autobusem, zasada działa. Zawsze, no zawsze, przylezie ktoś, będzie czegoś ode mnie chciał, albo tylko będzie chciał spytać, czy może chcieć coś ode mnie.

Dzięki M., która wyjechała na Opener’a, mam rower! I korzystam z tego, ile się da. Przejechałam dziś ze trzydzieści kilometrów. Trochę się bałam, że od razu się zgubię. Ale to nie takie łatwe na prostej drodze.

Trzy historie, trzy biedronki. W Ogrodzie Botanicznym była ich cała plaga!

Scenka nr 1. Obok murów obronnych Starego Miasta

Siedzę na ławce. Rower przypięłam do płotka, nogi uwolniłam z sandałów, wyjęłam (już) ciepłą wodę mineralną i reklamówkę z suchym chlebem. Zaczęłam swoją ucztę i pojawił się facet w koszuli. Ubrany zwyczajnie, nie jakoś obskurnie i nie nazbyt elegancko. Stanął przede mną. Z grzeczności zdjęłam okulary i usiadłam trochę mniej „luźno”.

On: Spokojnie, proszę się nie szykować, to nie jest napad! Chciałem tylko o coś spytać.
Ja: Słucham.
On: Nie ma pani może złotówki?
Ja: Nie mam, ale mam chleb. Mogę panu dać, jeśli pan potrzebuje.
On: A, chleb. To nie, chleb to ja mam w domu. No to przepraszam, miłego dnia.
Ja: Wzajemnie.

Facet poszedł. Następnych ludzi pytał o papierosa.

Scenka nr 2. Przed katedrą świętego Jana

Stałam na przeciwko katedry, żeby zobaczyć wszystkie herby, portale i inne takie tam cuda. Oparłam się o mur i… przykleiłam do wielkiej pajęczyny przy rynnie.  Kiedy obierałam się z nitek, podeszło do mnie dwóch starszych panów. Jeden mówił cały czas, drugi tylko się śmiał razem ze mną.

Pan nr 1: Oj, panienka się przykleiła do muru!
Ja: Widzi pan, a chciałam tylko zobaczyć, jakie herby tu są na katedrze.
Pan nr 1 (zadzierając głowę do góry): Mieszkam tu tyle lat, a nie mam pojęcia!

Opowiedziałam panom o wszystkich trzech herbach, miałam je ślicznie opisane w notatkach cioci. Okazało się, że nie mieli pojęcia o ich istnieniu. Najciemniej pod latarnią, jak to mówią. Potem pan spytał, skąd jestem i okazało się, że nazwa nie jest mu obca.

Pan nr 1: Ja wiem, gdzie pani mieszka, bo ja zjeździłem całą Polskę wzdłuż i wszerz, setki razy, ja dobrze wiem, gdzie to jest!
Ja: To pan dużo podróżował?
Pan nr 1: A tak! A teraz to nawet bez mapy jeżdżę, bo ja już wiem, gdzie jadę. Ja to mówię, że na węch jeżdżę.
Ja: Na węch?

I tu zaczęła się dopiero historia…

Pan nr 1: No, kiedyś to nawet znajomej powiedziałem, że nie wiem, jak do niej dojechać. Ale wiedziałem. Ale tak jej powiedziałem, żeby było wesoło. I poprosiłem ją, żeby mi dała swoje skarpetki, to po nich trafię na miejsce. Jak jadę gdzieś na kilka dni, to wrzucam zawsze do bagażnika jakieś koszulki, ze dwie pary skarpetek. Czystych, oczywiście. I kiedyś jak pojechałem do tej znajomej, to wypadły mi te skarpetki z bagażnika. No to jej powiedziałem, że to właśnie tamte skarpetki, dzięki którym dojechałem. Wszyscy się śmiali.
Ja: Świetnie, ma pan poczucie humoru!
Pan nr 1: A pewnie, jest wesoło!

Potem pan był ciekawy, gdzie mieszkam. Nie wdając się w szczegóły, powiedziałam, że mam rodzinę w Warszawie. I tu pan zaczął mi śpiewać piosenkę o tym, że rodzinka jest najważniejsza, że dobrze mieć rodzinkę. Nie mogę teraz znaleźć tekstu, ale był pogodny i humorystyczny.

Na koniec życzyliśmy sobie dobrego dnia i pan poszedł z kolegą. Kolega przed odejściem jeszcze powiedział mi, że w środku jest grób kard. Wyszyńskiego. Uśmiechał się przy tym bardzo miło. Pewnie też miał sporo ciekawych historii do opowiedzenia. W takich chwilach mam ochotę zaprosić ludzi na herbatę i słuchać bez końca.

Scenka nr 3. Rynek Starego Miasta

Pojechałam wczoraj wieczorem obejrzeć kamieniczki. Chociaż cały czas grzmiało i się błyskało, chciałam skorzystać za namową cioci z możliwości zwiedzania miasta i zobaczyć jak najwięcej. Akurat jak dotarłam do Rynku, zaczęła się normalna, regularna burza. Parasola nie wzięłam, bo wcześniej już lało ze trzy razy i jak dla mnie, dzienny limit był wyczerpany.

Schowałam się pod parasolem, wystającym z jednego z ogródków i tak stojąc, oglądałam kamieniczki i czytałam z przewodnika co ciekawsze rzeczy. Im bardziej lało, tym więcej piorunów się pojawiało (nie dam sobie głowy uciąć, że jedno to przyczyna, a drugie skutek). Ale przynajmniej widziałam tekst od czasu do czasu.

Przez płytę Rynku przeszedł facet ubrany jak kucharz. Biała bluza kuchenna, czarna zapaska na spodniach, biała czapka budyniówka. I do tego ogromny, niebieski parasol. Wyglądał bajecznie. Jak Papa Smerf. Chciałam mu zrobić zdjęcie  znienacka. On jednak zatrzymał się zaraz przy mnie i zaczął gadać z kelnerami w „moim” ogródku. Z odległości 10 cm trudno zrobić po ciemku zdjęcie z ukrycia bez lampy. ;)

Po chwili rozważań, gdzie siedzi więcej ludzi i ile udało się zarobić, pan kucharz poszedł sobie dalej, a ja wróciłam do szukania kamienicy, w której mularz zamurował czarnego kota, zamiast dziewicy. Cóż za wspaniałomyślność z jego strony, nie sądzicie?

Kiedy znów naszykowałam aparat, facet podszedł do mnie i zagaił rozmowę. Był nieco zaskoczony, że ktoś o dziewiątej wieczorem zwiedza Warszawę. I też wiedział, skąd jestem. Kiedyś mówiłam wszystkim pytającym, że jestem z Krakowa, ale odkąd mówię prawdę, to okazuje się, że większość osób albo potrafi doskonale zlokalizować moje miasto, albo ma tam rodzinę/znajomych/przyjaciół.

Pan ma u mnie w mieście brata. I ma na pewno, bo podał nazwę dzielnicy, którą może znać tylko tubylec. ;)

Potem niestety, pan postanowił przejść na ty, a w końcu zaczął wypytywać, co na moje podróże mówi chłopak.  Szybko nakreśliłam mu moją teorię, stworzoną właśnie do odpowiadania na głupie pytania. Zrozumiał, zgodził się ze mną i przeszedł do komentowania mojej urody. Ach. Och. Jaka piękna opalenizna! To ostatnie to raczej zgadywał, bo niby co widać spod kaptura kurtki. Po chwili zaprosił mnie na kawę. Albo na spotkanie. Albo co chcę.

Nie lubię, kiedy ktoś zaczyna się narzucać, po czym ściska mnie i twierdzi, że jest taki uczuciowy i czuły. Powiedziałam wprost, że źle się czuję, że nie życzę sobie obściskiwania.

I szybko się pożegnałam.

Dziś jechałam na rowerze, zobaczyć w ciągu dnia moje ulubione kamieniczki i facet łaził w tym ubranku po Rynku. Widocznie tam pracuje. Strzeżcie się go. ;)

Ale spotkałam też dwóch bardzo miłych panów, którzy nic ode mnie nie chcieli, a jeszcze mi bezinteresownie pomogli. Jeden podwyższył mi siodełko, bo miałam kolana na wysokości nosa. Ot tak, chociaż mógł sobie za to zażyczyć kasę, bo pracował w Cafe Wygodny Rower. Jeździłam do tej pory autobusem i nawet nie wiedziałam, że jest taki fantastyczny punkt niedaleko Ronda de Gaulle’a (rondo z palmą). Jutro idę tam na kawę. I popatrzeć sobie na fajnych panów, którzy znają się na kluczach od roweru.

I właśnie znalazłam na ich stronie informację, że mają jeszcze punkt na Muranowie i w Wilanowie. Czyli, że jakbym potrzebowała pomocy, to z pracy będzie niedaleko do punktu przy ul. Stawki 19. A jakbym się porwała na niedzielne zwiedzanie Wilanowa też na rowerze, to gdzieś tam też mają punkt. Stawki 19. Może jak to sobie powtórzę ze trzy razy, to zapamiętam. A może da się tam zaparkować rowerem? Bo jakoś nie bardzo widzę miejsce roweru na piątym piętrze, w sali z kilkoma innymi osobami i milionem pudeł z dokumentacją z projektu do sprawdzenia. ;)

To był jeden pan.

Drugi pan podbiegł do mnie, kiedy czołgałam się po schodach na górę z Nowego Miasta. Spytał, czy pomóc i wyniósł mi rowerek na samą górę. How nice. Przy trzydziestu stopniach na plusie to samo podniesienie ręki wymaga samozaparcia, nie mówiąc o dźwiganiu roweru.

Thanks a lot!

Jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia

Zanim wpiszę tytuł, który Wy zobaczycie jako pierwszy, spojrzę jeszcze jeden raz na tagi. Czy w ten sposób mogę streścić magiczny czas, zupełnie nierealny i wprost niemożliwy? Czy to możliwe, że wszystko działo się naprawdę i ja byłam w samym środku wydarzeń? No pewnie, że nie.

[To jest chwila, w której należy przygotować kolację i zasiąść z nią przed monitorem, albo porzucić nadzieje na w/w. Tylko dla tych, którym literki niestraszne. Sporo się ich dziś posypie.]

You’ll remember me when the west wind moves
Upon the fields of barley

Dzień dobry. Dobrý deň. :)

U mnie już tak jest, że albo wszystko idzie utartym torem, albo następuje efekt motyla i wszystko toczy się rytmem huraganu. Na co dzień jest to pierwsze, na wyjazdach z reguły to drugie. Tym razem też nie było wyjątków. Jeszcze dobrze nie wyjechałam, a już cały plan legł w gruzach. Pozostało się tylko poddać biegowi zdarzeń i obserwować, co stanie się za chwilę.

A były to chwile warte zapamiętania. Niczym złote łany zbóż w Stingowej piosence, niosły ze sobą wspomnienia najprostszych obietnic. Tych spełnianych jednym spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Przy takich obietnicach niepotrzebne są słowa. Chcę te kilka szalonych zapamiętać w jeden sposób. Wszystkimi zmysłami i na wszystkie sposoby.

See the west wind move like a lover so
Upon the fields of barley

Szukałam prostoty. Szukałam więzi między człowiekiem a przyrodą. Szukałam piękna, które będzie ocierać o kicz. Szukałam wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia i radości.

Jak łatwo się domyślić, znalazłam to wszystko natychmiast, a z każdą chwilą znajdowałam jeszcze więcej.

Zaczęło się bardzo niewinnie w strugach deszczu, a skończyło słodkim pocałunkiem słońca. Ain’t no sunshine when she’s gone. Ain’t no mountain high enough. I tak dalej w ten deseń. Wybaczcie mi ciągłe wstawki po angielsku. Ten wyjazd był nieco międzynarodowy. Dużo bliżej wszystkiego, co dalsze od Polski. Nawet słowackie radio lepiej odbierało i zasięg był lepszy dla sieci z końcówką SK, a nie PL.

So she took her love
For to gaze awhile
Upon the fields of barley

Wzięłam niczym bohaterka piosenki swojego ukochanego Nikona i poszliśmy przez pola, lasy, łąki i błota na górę. Ta historia mogłaby się zaczynać od słów Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Ale że zaczęła się inaczej, niech już tak zostanie.

Rozdział 1. Czwarty dzień na początku.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i siedmioma dolinami rozpoczynał się czternasty dzień czerwca. Było mu daleko do wspaniałej pogody z początku maja. Zimowej zawieruchy też nie przypominał. Pozostało mu jedynie rozpocząć się ulewnym deszczem, co niechybnie uczynił.

I w ten oto sposób powitałam dzień po dwóch godzinach snu i jeździe taksówką na dworzec. Wytarabaniłam się z moim cudownie ogromnym plecakiem i cóż… Okazało się, że zmieniły się dni odjazdu PKSu do Zakopca i najbliższy będzie następnego dnia. Jak w życiu, równanie było proste.

Nie ma autobusu = nie zdążę na pociąg = nie zdążę na kolejny pociąg = nie zdążę na busa = będę w środku nocy w górach  = będę szła w deszczu ze trzy godziny = dojdę i padnę na gębę.

Ale dobra. Siadłam na ławce, obok zasiadł plecak i kobieta z małym dzieckiem. Czekaliśmy elegancko na cud, który nie chciał się wydarzyć. Obiecałam sobie, że jeśli nic się nie stanie, wracam do domu, idę spać i mam wszystko w tyle. Są czasem takie chwile.

Po kilku minutach usłyszałam stukot walizki na kółkach i na horyzoncie zamajaczyła sylwetka kobiety w butach na obcasie. Oł je. Przed czwartą w nocy wszystko jest możliwe. Sylwetka nabrała realnych kształtów i barw, kiedy zbliżyła się niemal pod mój nos i oznajmiła, że będzie jechać autobusem do Kielc o 4:20.  Po chwili rozmowy okazało się, że będzie jechać nie do Kielc, ale nawet do Katowic. Tego mi było trzeba. Miałam zapewnioną towarzyszkę podróży niemal przez cały czas! A stąd już było tylko o krok do decyzji, że jedziemy razem.

W końcu i tak nie zdążyłyśmy na pociąg z Kielc do Katowic. Ale na dworcu PKS zdążyłyśmy na busa do Krakowa. I to tylko dzięki szalonemu maratonowi,  który przypadkowo rozpoczęłyśmy. Ale dzięki temu zdążyłyśmy w Krakowie na kolejnego busa do Katowic. Za dużo się podczas tych kilkuset kilometrów nie nagadałam. Jak tylko siadałam w fotelu, uruchamiał mi się w mózgu tryb SPANIE i budziłam się zaraz przed dworcem. Wada busów – człowiek siedzi złożony jak ryba w puszce i marzy tylko o szybkim zaczerpnięciu świeżego powietrza. W przeciwnym razie marzy o sporej i pustej reklamówce, którą natychmiast chciałby wykorzystać i pozbyć się treści z żołądka.

Z Katowic poszłam już na pociąg do Rajczy. Udławiłam się, jak usłyszałam, że bilet kosztuje 18,50. A ode mnie kosztuje 32,00. Im dalej, tym faktycznie taniej. W pociągu już się tak nie wyspałam. Weszłam do wagonu, a za mną cała wycieczka do Zwardonia. Na przeciwko zasiadło dwóch około 10-latków z PlayStation3, komórkami i innymi cudami techniki. Okno dalej chłopcy w wieku gimnazjalno-licealnym wydzierali się przez okna „Legia!”. Na pytanie wychowawczyni, czemu krzyczą akurat o Legii, skoro nawet nie są z Mazowsza, stwierdzili, że Legii nikt nie lubi, więc to dobry okrzyk na zwrócenie uwagi.

W Rajczy wysiadł ze mną też dziadek, którego panicznie bały się wszystkie dzieci z wagonu. Wyglądał trochę obleśnie, szedł o kulach i coś krzyczał przez szybę przedziału w trakcie jazdy. Ale jak wysiadł, to już tylko śpiewał po góralsku, idąc po moście. Ta scena nadawała się na początek filmu.

A potem znów lunęło. Weszłam do sklepu i poza żarciem, kupiłam wielki płaszcz przeciwdeszczowy. A potem odebrałam telefon z pytaniem, gdzie jestem i po wymianie informacji dostałam przykazanie nie ruszać się z  Rajczy i czekać na A., która właśnie schodziła na dół. Boże, błogosław wynalazcę telefonu komórkowego i tych, którzy go używają! Dzięki temu, że A. przyjechała po mnie spod samej granicy i wyjechała ze mną znów na granicę, szłam na górę niecałą godzinę. Zamiast niecałych trzech. Ale i tak ufajdałam się jak prosiątko w błocie. To jednak lepiej, że szłam w starych butach. Przynajmniej nie było ich tak żal. A spodnie uwaliłam od góry do dołu.

Doszłam na miejsce koło wpół do piątej. Moja podróż trwała pół doby. Tylko dwanaście godzin. Następnie wpadłam w gościnne objęcia, zdjęłam z siebie przemoczone ciuchy i zjadłam crupety na słodko i słono. I tak już pozostałam pod urokiem miejsca aż do poniedziałku.

W międzyczasie dowiedziałam się, że jestem dziwna. Zresztą, do jakiego wniosku można dojść, jeśli bierzesz cudzy aparat, a tam na tysiąc zdjęć jest dziewięćset dziewięćdziesiąt samego jedzenia? No ja nie wiem.

I to wieczorne pytanie, niosące w sobie więcej niż odrobinę wariactwa. Nie wiedziałam, co przyniesie mi los.

 

Rozdział 2. Się dzieje.

Im grubszy tort, tym głębiej odcisnąć trzeba twarz.

Właśnie tak bym podsumowała kolejny dzień. Mogłam zjeść przygotowane przez B. śniadanko (kanapki z masłem, serem, pomidorem, ogórkiem, cebulką i pieprzem, czyli thanks God, I’m a woman!) i wziąć się do roboty. Na drugie śniadanie miałam racuchy z wielką gębą, namalowaną bitą śmietaną. Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm!!!!

Robiliśmy pranie. To nie jest takie proste, biorąc pod uwagę brak stałego dostępu do prądu. Niezbędny jest agregat, mała praleczka do wirowania, dwie balie do płukania i silne ciała do wyżymania pościeli. Jestem prawie jak Strongman po takim fitnessie. I można pobiegać boso po trawie.

A na obiad pizza z pieca. Kaflowego. Z całą masą różnych dodatków,  z podwójną porcją sera i z radością. Ludzie, jak można się tak obżerać. Siekierą nie była krojona, ale przyznacie, że to całkiem niezły pomysł na zdjęcie. Niczym z gospody. Zjedliśmy jeszcze po dwa takie kawałki i się skończyło.

Po kolejnej porcji solidnej pracy przy różnych elementach wyposażenia, przyszła pora na posiłek. Czyli sałatkę owocową. Pomarańcza, banan, jabłko, rodzynki, nektarynka, sok z cytryny…  A potem wysiłek został okupiony najpiękniejszym zachodem słońca, jaki tego dnia mógł być na całym świecie. Zachód doprawiony kiełbasą z ogniska i bułeczkami drożdżowymi z pieca.

Ile tematów potraficie poruszyć, gapiąc się w ogień?

A ile, jeśli do tego słyszycie T.Love, R.E.M. i szkocką muzykę na przemian z Kazikiem? ;)

Rozdz. 3. Never ending story

Rano zdążyłam się spóźnić dwadzieścia minut. Przez cały dzień musiałam je nadrabiać i odrabiać. Spokojnie, tylko spokojnie. :)

Ten dzień się nie chciał skończyć. Tak jakby mógł to być jedyny w swoim rodzaju dzień. Tak jakby jutro nie nadchodziło nigdy, a czas dawno już przestał mieć znaczenie.

Taj, jakbym ja sama bardzo nie chciała jego końca.

I never made promises lightly
And there have been some that I’ve broken
But I swear in the days still left
We’ll walk in the fields of gold

Po prostu. Zwyczajnie, bez żadnego zastanawiania się, oceniania, dobierania słów. Są chwile,  które przepadają bezpowrotnie, jeśli ich nie wykorzystamy. Są chwile, w których zwycięża piękna prostota. Na przykład robienie przez godzinę czy dwie zdjęć z długim czasem naświetlania. Słuchanie meczu w radiowej Jedynce. Oblewanie się wodą w wielki upał. Albo opowiadanie i słuchanie bajek o jeżu. Bo się akurat napatoczył do historii o królewnie. Albo spanie na niewygodnym łóżku i przewracanie się z boku na bok. Proste? Jeszcze nic nie było aż tak proste i bez drugiego dna. That’s a kind of magic!

A na dokładkę napiszę tylko, że zwykły olej roślinny czy zapalniczka mogą mieć wiele zastosowań, o których wcześniej nie wiedziałam. Albo z których nie zdawałam sobie sprawy. ;)

Ten dzień był tak cudowny, wesoły, pełen muzyki, żartów, głupich pomysłów i całkiem niegłupich realizacji, że piętnasty czerwca nie ma już innych znaczeń, jak tylko to jedno. Prostota. Bliskość czegoś nieznanego, choć niezwykle pięknego. Gapienie się w rozgwieżdżone niebo. Robienie tego, co do mnie należy i satysfakcja, że coś potrafię. Pomimo zmęczenia totalnego.

Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym.
Daleko, tak daleko… Jesteś tak daleko ode mnie, czasami jednak blisko tak.

Rozdział 4. Coraz bliżej nieba z dnia na dzień.

Pomimo wszystko, a szczególnie pomimo krótkiego czasu snu, tym razem zdążyłam na czas. Pewnie dlatego, że nie miałam daleko i obudził mnie mój budzik. Którego przez długi czas nie mogłam zlokalizować. A darł się jak szalony. Pewnie obudził też wszystkich innych, którzy planowali wstać bliżej dziesiątej, a nie siódmej.

Uczyłam się rozpalać w piecu kaflowym. To nie jest takie proste, jak rozpalanie w kominku. Tu niezbędna jest technika i wyczucie. I nawet zrobiłam placki ziemniaczane. Ja, która prawdopodobnie nigdy w życiu nie robiłam sama takich zwykłych placków. Na studiach dodawałam całą masę różnych rzeczy, typu marchewka, cukinia, czerwona cebulka. A tu masz babo placek ;)

I znów jadłam racuchy i sałatkę. Teraz nawet ze świeżym ananasem! I kto tu mówi, że ja wymyślam dziwne rzeczy? Ananas to zupełnie nie był mój pomysł. Ani troszeczkę. Ale nie narzekam, bo to było genialne. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem i doceniać własną pracę.

We’ll forget the sun in his jealous sky
As we lie in the fields of gold

Człowiek szczęśliwy to człowiek spełniony. Kiedy mogę sobie posłuchać Trójki do śniadania, albo podskoczyć ze trzy razy do taktu muzyki, drąc się przy tym na całe gardło, bo i tak nikt nie słyszy. Andrusowa piosenka Glanki i pacyfki idealnie się do tego celu nadaje. Podobnie jak Listy ze świata i Muzyka bez granic. To nic, że jest mnóstwo roboty. Śpiewając, wszystko idzie szybciej.

A wieczorem można znów wybiec na zachód słońca, pogadać z panami od huskych, którzy wrócili z oglądania meczu na Miziowej, podłożyć do pieca i poczuć, ile jeszcze tajemnic kryje się w ciszy. Zasnąć tak bardzo szczęśliwa, że to przekracza granice rozsądku i innych wymysłów. Nucić pod nosem But I feel tomorrow I’ll be crying z Kinga Crimsona (Epitah). I wiedzieć, że następnego dnia będzie ciężko powstrzymać łzy, zaciskając mocno usta.

Bo chociaż jestem silna, to przecież jestem tylko kobietą.

Magia ciągnie, zniewala, odrealnia, każe zgłębiać nieistniejące zakamarki duszy. Składa się na to obecność szczególnych Osób, szczególnych splotów wydarzeń i tej szczególnej optyki, płynącej z innego świata.

Rozdz. 5. Jeszcze chwilę tu pobędę…

Tak bardzo nie chciałam wychodzić w ten poniedziałek. I pomimo zakazu robienia czegokolwiek (Ty już dziś nie pracujesz), chciałam zrobić wszystko, żeby te chwile się nie kończyły. Na śniadanie wielka porcja sałatki z ananasem i racuchy. Gdybym robiła je sama, pewnie wcale by mi nie smakowały.

Zrobiłabym niemal wszystko, żeby nie wychodzić na zewnątrz na ten szaleńczy upał. Ale wyszłam. I dojechałam do Bielska ze Słowakiem, który opowiadał mi o swoim życiu. Jak wysiadłam od niego, przesiadłam się do przemiłego starszego kierowcy TIRa, który miał niesamowite historie do opowiedzenia. Sporo jeździł po Europie, to sporo widział i słyszał. Kocham takie rozmowy!

Kolejna przesiadka w Katowicach. A potem w Krakowie, z dodatkowymi tobołami. Sprzedawca w sklepie z butami rozpoznał mnie w drzwiach, kwestię butów mieliśmy obgadaną przez telefon. Przy okazji zainwestowałam w nową latarkę. A w księgarni nabyłam drogą kupna rozmówki polsko-słowackie.

Hej.

I po północy dojechałam do domu. Kierowca autobusu obudził mnie na dworcu pytaniem, czy jadę z nim dalej. Spałam jak kamień!

Dziś  w ramach relaksu popołudniowego wybraliśmy się rowerami na przejażdżkę z Tomkiem i Aneko. Odwiedziliśmy P., wygłaskaliśmy jego ogromne psy i wróciliśmy lasem. Piękna wycieczka. I już nie było tak gorąco.

Ale to by już było w post scriptum. W niedzielę znów jadę. W drugą stronę Polski tym razem. Na dużo dłużej. Jak wszystko pójdzie dobrze, a na pewno pójdzie dobrze, za miesiąc znów będę w Beskidach wieczorami gapić się w rozgwieżdżone niebo i marzyć o tym, co najpiękniejsze.

Bo w ciągu dnia nie ma czasu na takie sentymenty. ;)

Najwyraźniej nieskładnie

Są takie dni, w których wszystko układa się samo. Nie trzeba się starać, zabiegać. Nawet nie trzeba o niczym myśleć. A szczęście przychodzi samo. Wystarczy się schylić.

Dziś będzie tak troszkę o wszystkim, dobrze?

Wprawdzie jadłam wczoraj mnóstwo pysznych rzeczy, przygotowanych przez Tomka (w kuchni wysprzątanej na błysk przez Aneko), a sama przyniosłam tylko muffinki z rabarbarem i imbirem. I dziś zrobiłam sobie kuleczki z mięsa mielonego z mnóstwem dobrodziejstw z inwentarza (?!?). I delektowałam się zupą botwinkową. I…

I wszystkie te rzeczy chciałabym Wam pokazać i jeszcze na niektóre, nieobjęte patentem dodać przepis (lub, jak powiedział jeden pan psycholog: jeszcze nie skopirajotwane), ale to zupełnie kiedy indziej (i jeszcze dwa mecze obejrzałam, więcej w ciągu jednego dnia, niż przez całe dotychczasowe życie. I nawet dzięki Marshallowi wiem, dlaczego czeski bramkarz miał na głowie taką czapkę śmiszną).

Ale dziś świat kończy się na małej biedronce, która wędrowała po ogrodzie.

Taka chwila, która już nigdy się nie powtórzy. Zapisana nie tylko w pamięci podręcznej w głowie, ale też złapana na gorącym uczynku zaskoczenia.

Dzięki Annie-Marii, która opisuje swój magiczny świat w Kucharni, płakałam dziś z radości. Ponieważ skomentowała poprzedni wpis i dedykowała mnie swój okruszkowy wpis. Taka kruszynka radości, która chwyta za serce i potrząsa dotąd, aż wszyscy będą ozłoceni i uśmiechnięci. Dziękuję. Za piękno, którym obdarzasz świat. I za pochwałę świata, tak prostego w swojej wyjątkowości i tak wyjątkowego w swojej prostocie.

Ten tekst zobaczyłam na murze krakowskiego Kina Kijów w czasie ostatniej wycieczki objazdowej po Polsce. Budziłam się w tylu miejscach, że pod koniec nie mogłam zasnąć we własnym łóżku, jeśli nie wyobraziłam sobie:

  • siebie w pociągu;
  • siebie w autobusie;
  • siebie w busie;
  • siebie we wszystkich tych środkach lokomocji naraz.

 

Tak bardzo w/w napis przypadł mi do gustu, że zaczęłam zabawę z formą. Nie przerosła treści, mam nadzieję.

Banieczka napisała do mnie, że dziś jest Dzień Przyjaciela. To ciepło, rozlewające się w sercu, które pojawia się, kiedy bliska osoba widzi we mnie Przyjaciela. To poczucie, że w każdej chwili mam na kogo liczyć. Czy ja potrafię być takim oparciem?

 

serendepity /ˌsɛr(ə)nˈdɪpɪti/

the occurrence and development of events by chance in a happy or beneficial way

 

Cały dzień pod znakiem szczęśliwych okoliczności, które przecież nie są przypadkowe. Niech nadzieja będzie Waszym Nauczycielem, odwaga Przyjacielem i zdziwienie Mistrzem. Walczcie o marzenia.

Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.

Niech tylko będzie wciąż zdziwiona

Spójrzcie tylko. Cała moja i do tego piękna. :)

Bolą mnie nogi. I to jak! Dokładnie tak, jak powinny boleć po dobrej zabawie do rana i po jakiś dwudziestu kilometrach na rowerze pół na pół po asfalcie i mokrym lesie.

Mogę podzielić moje ciało na części i powiedzieć, która boli po czym. Stopy bolą po weselu. Łydki bolą po rowerze. Tyłek też po wycieczce rowerowej. Trzeba coś zrobić z siodełkiem. Potem boli mnie tylko głowa. Nie wiem zupełnie, po czym bardziej. Gorsze jest świeże powietrze czy dwa kieliszki wina? Właśnie. Ano to, ani to nie jest złe. :)

A jakie towarzystwo było dobre. Wyśmienite wręcz. Tak samo jedzenie.

I wszystko. WSZYSTKO. W-s-z-y-s-t-k-o!

Dzięki. Serdeczne dzięki. Dobra zabawa wymaga dobrego towarzystwa. A jak jeszcze można sobie potańczyć, pogadać o pracy, hartowaniu szyb, pociągach, górach, szkole (podstawowej na przykład), zmęczeniu materiału, delegacjach… to już  w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać. Jakie to różne tematy przychodzą do głowy nad ranem w ramach odpoczynku.

Zdziwiona byłam nieustannie. Zaskoczona ilością jedzenia, jakie można w siebie włożyć bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Zadziwiona tym, że wszyscy kończyli pierwszy deser, a ja dopiero zaczynałam drugie danie. Dla ciekawych – był też rosół. A tort był z truskawkami. ;)

Mnie dziwiła nawet dekoracja talerzy. Profesjonalizm obsługi. Weselne zabawy. A przecież to takie… proste. Oczywiste. Naturalne. Nie dla mnie. Niby dlaczego miałabym patrzeć na wszystko, jak na rutynowe zajęcie? Dla Pary Młodej to przecież było Jedyne Takie Wesele. Nie żadne tam rutynowe spotkanie przy okazji. Jestem wiecznie zdziwiona..

Dziś jechałam sobie na rowerze, niczym słynne cudowne dziecko dwóch pedałów i śpiewałam piosenkę za piosenką. Zdarłam sobie gardło do cna. Nie krzyczałam głośno, tylko tak wiecie, żebym słyszała. Darcie gęby w środku lasu nie jest w moim stylu. Szczególnie jeśli trzeba mocno trzymać kierownicę, jeśli się chce wyjechać suchą stopą z wielkiej kałuży.

Niech zdziwienie Wam towarzyszy. Dziś to o mnie piosenka, ale może i o Was? :)

Jestem żółwiem! :)

Będzie o Kobietach i Mężczyznach. Typowo w moim stylu i moim sposobem.

Miałam nie pisać o jedzeniu, tylko o Dniu Kobiet, ale wszystko, no wszystko, mnie do tego wręcz zmusza. Ale dziś nie będzie o moim, tylko cudzym jedzeniu, dużo lepszym i naprawdę mistrzowskim. :)

Ale zanim, to chcę bardzo serdecznie podziękować wszystkim Panom, którzy o mnie pamiętali i nie wysyłali mi masowych życzeń typu „Kopiuj – wklej”. Dziękuję za piękne tulipany z samego rana, za pyszne czekoladki, wspaniale życzenia, niespodziewane wiadomości i całą masę dobrej energii, jaką dziś ku mnie wysyłaliście! :)

 

 

 

 

Un rêve à la noix - by Alexandre Dubosc

 

 

 

 

To teraz mogę spokojnie pisać o jedzeniu. Dwa tematy, oba ważne i bardzo smaczne.

1. Na Facebooku pojawiło się fantastyczne zdjęcie Alexandre Dubosc. Niestety nie znam francuskiego, żeby zrozumieć treść strony internetowej tego wielkiego człowieka, ale fotografie nie potrzebują słów. Porozmawiałam chwilę na czacie z Alexandre (jakie szczęście, że oboje znamy angielski!) i dostałam pozwolenie na umieszczenie zdjęć na blogu. Cieszcie się zatem razem ze mną, bo jest z czego.

Dzień Kobiet, więc zacznę od zdjęcia zatytułowanego „Maman?”. Na tyle jeszcze rozumiem francuski ;D

 

 

 

 

Maman? by Alexandre Dubosc

 

 

 

Bajeczne. Przesłodkie, zważywszy na ilość czekoladowych lentilków na zdjęciu. Panie Alexandre, jest Pan Mistrzem. Przyznaję. Takie zdjęcia make me run very quickly to find something sweet. Panu też się przyznałam, kiedy spytał, czy they make me hungry.

Jakże by inaczej mogło być! One powodują, że właśnie zjadłam kolejne ptasie mleczko. I kolejne. I kolejne. Mądrze ktoś wymyślił, że pod spodem jest druga warstwa.

Taka sztuka obroni się sama.

Alexandre jest fotografem i reżyserem – iluzjonistą. Dosłownie. Znalazłam jego film w Internecie i mnie wciągnęło, jak chodzenie po bagnach. Jak studnia bez dna. Jak… oglądanie jedzenia. Nie waham się napisać, że tworzy arcydzieła. Na samym dole wrzucę film, który mnie zachwycił, zanim zachwyciły mnie następne. Oglądać tylko pod warunkiem, że najpierw wszystko przeczytasz!

Monsieur Dubosc mówi, że bardziej, niż samo jedzenie zachwyca go możliwość zabawy z jedzeniem, kolorem, fakturą. Humor jest dla Niego czymś naturalnym w życiu. W sumie jeśli użył do zrobienia malinowego tortu 1475 zapałek, to spokojnie może mówić o sobie, jako o człowieku z poczuciem humoru. I dodaje, że jajka są „gwiazdami w lodówce”!. (Cały wywiad wersja angielska lub włoska tutaj.)

Wejdźcie na stronę autora zdjęć. Gwarantuję, że zdziwienie, ta siła napędowa radości i wynalazków, nie opuści Was na długo.

Było o Maman, będzie i Papa.

 

 

 

Papa?

Papa ? by Alexandre Dubosc

 

 

 

 

Przejdźmy do drugiego punktu.

2. Mój znajomy znad morza zajął drugie miejsce w Konkursie na Targach Gastro-Hotel. Wiecie co? Szczęka mi opadła*, kiedy napisał mi, co tam zrobił. Po prostu genialne dania! Uważam, że Szanowna Komisja widocznie się nie zna, bo nic nie mogło się z tym równać. No proszę Was, dania mówią same za siebie. Kreatywność ma to do siebie, że proste rzeczy potrafi przekształcić w dzieła sztuki.

Tyle tych wykrzykników dziś, ale jak tu się nie cieszyć z kulinarnych sukcesów, kiedy jest się takim głodomorem, jak ja. Oto lista konkursowych dań:

  • Wołowina w pieprzu czerwonym, białym i czarnym.
  • Szpinak z suszonymi pomidorami, czosnkiem i serem pleśniowym lazur zawijany w tortillę, panierowany w sezamie białym i podsmażony.
  • Fasolka zieloną zawijana w boczek.
  • Papryczki chili nadziewane lazurem.

He made my day! Jestem w raju, chociaż tylko o tym czytam. Gdzie byłabym, gdybym mogła tego spróbować?

(Dowiem się przy kolacji, kiedy skończę jeść tortillę… Bo przepis już idzie do mnie, cha cha!).

Gratulacje Mateusz!

Zjadłam tortillę na kolację. Właściwie to drugie danie, jeśli uznam, że trzy porcje fenomenalnej zupy ogórkowej są tylko pierwszym daniem. Robiłam i jadłam różne rzeczy, ale takiego połączenia jeszcze nie próbowałam. Miałam krótki instruktaż na czacie. Gotowanie na ekranie!

  • Biorąc pod uwagę, że jeszcze zanim przyszedł przepis, ja już byłam w kuchni i zrobiłam trochę na oko…
  • Biorąc pod uwagę, że wszystkie składniki miałam, poza sezamem, więc wykorzystałam siekane orzechy…
  • I biorąc pod uwagę, że nie udało mi się zwinąć, bo naładowałam tyle nadzienia, że dało się złożyć tylko na pół….

Wyszło i tak PYSZNE! :)))))))))))

Nie pokażę Wam zdjęcia, bo przy tych idealnie doświetlonych, wykadrowanych, pomysłowych, z głębią, kontrastem, fokusem i w ogóle przy zdjęciach Dubosc moje się chowają w mysią dziurę. Wrzucę kiedyś, kiedy już zapomnicie, że to pisałam.

* Szczęka mi dosłownie opadła. Zbierałam z podłogi, przyciskałam ręką, a ona znów spadała w dół. Przepisy padły na właściwy grunt.

A teraz, zostały jeszcze 34 minuty Dnia Kobiet.  W Katmandu mamy czwartą dziesięć nad ranem i jest już piątek. Idę skorzystać i wymoczyć swoje chude kości. (Zytka, mówi się jestem szczupła!)

A ja się dziś obudziłam (szczupła tak samo przedtem i potem)o godzinie czwartej trzy. 04:03 było na zegarku. Potem śniło mi się, w ulubionym sklepie mojej Mamy (która robi nieświadomie prawdziwy marketing szeptany i wszystkie inne markety mogą się cmoknąć) nagle wprowadzili reglamentację towarów i na półkach prawie nic nie było. Po dwie sztuki tego i owego. I jedna kostka masła.

A naprawdę to dawali tam dziś tulipany przed południem. ;)

Patrzę i patrzę, że miało być też o kobietach. Jest o mnie? Jest. Jest zdjęcie z Maman? Jest. Także jest o kobietach.

I jest zapowiedziany film. Nagrodzony, a jakże. Proszę usiąść i się zachwycać.

Amen.

Who made my blue eyes blue

Zima trzyma! Welcome to the hotel California – such a lovely place… Z chęcią bym się wybrała do takiego hotelu, najlepiej na Florydzie. Tam dziś w miejscowości Winter Heaven jest 22 stopnie powyżej zera. Niemal czterdzieści stopni różnicy! Lekkie zachmurzenie z przewagą słońca. Prawdziwy zimowy raj! Mój ciel’ ;)

Dziś, na przekór śnieżnej pogodzie, będę myśleć o wakacjach w pełnym słońcu. O łażeniu po górach bez raków i bez nart. O ubieraniu cienkiej kurtki po wejściu na wietrzny szczyt. O chowaniu głowy przed upałem pod kapeluszem. I o plecaku, w którym dwulitrowa butelka mineralnej za chwilę przestanie tak ciążyć.

To ciekawe, ale nie tylko ja tak mam. Kiedy jestem w górach, już na wieczór pierwszego dnia mam ochotę na Pepsi. Inni mają ochotę na Coca-Colę, co tam komu w duszy gra, ale zależność jest ta sama. Słodkie, zimne, gazowane, z kofeiną, z plastikowej butelki. Ohyda! Normalnie mogę się obyć bez tego, przejść obok i nie zauważyć w ogóle istnienia takiego napoju. Co jest? Nie widziałam żadnej reklamy związanej z górami, w której pojawiałaby się Pepsi. Nie przypominam sobie, żebym w dzieciństwie jakoś szczególnie za nią tęskniła. A tu masz babo placek. Znaczy, Pepsi. Ciągnie mnie do tego czegoś, złożonego w większości z cukru i już.

Nie przypomnę sobie za cholerę, za żadne skarby i za nic, przed jakim filmem piłam wersję o nazwie Cino. Tak. Krótko, bo krótko, ale była i taka. Smakowała jak połączenie zwykłej Pepsi z kawą Cappucino. Stąd nazwa. Widziałam ją tylko w jednym sklepie. Może inne nie odważyły się wprowadzić jej do swojej oferty. Szkoda. Nawet ja, osoba znacząco uodporniona na takie dziwactwa, po prostu oszalałam na jej punkcie. Zachowałam etykietę, gdybym nie mogła uwierzyć, że to piłam. Niestety, to było w 2006 roku, więc etykieta zdążyła zginąć. Identyczne możecie obejrzeć tutaj.

Za oknem zima. A tu macie zdjęcie słowackiego Ladoveho stitu. Lodowy bez lodu. Teraz to tam pewnie idzie sobie wybić wszystkie zęby przy podejściu. Ale wtedy było całkiem ciepło i wesoło.Takich klimatów się trzymajmy.

W moich zbiorach powycieczkowych ostała się etykieta po czekoladzie. Oprawa graficzna godna zainteresowania. Zjedzona z przekonaniem, że świat stanie się weselszy, a przynajmniej humor się poprawi. Zachęcające to było, ale nie wiem, czy poza opakowaniem sugerującym zabronioną zawartość, miało to jeszcze coś wspólnego z konopiami. Zjadłam połowę opakowania. I nic. Czekolada o smaku czekolady. A jako konopny seminek czy jak toto się odmienia to oni włożyli siemię lniane albo śmieci zebrane podłogi. Serio. Chyba, że to była wersja uspokajająca i stąd brak widocznych oznak bezgranicznego szczęścia.

To Lec powiedział, że Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady. I miał chłop rację.

Zostaje jeszcze pytanie: Who made my blue eyes blue?

Eric Clapton. The Who. Elton John. Limp Bizkit. Mika. REM. Willie Nelson i Shania Twain. The Cranberries. Within Temptation. Crosby, Stills & Nash. Velvet Underground. Cary Brothers. Johnny Cash! Ida Jenshus. A nawet Paul Baribeau.

Wszyscy śpiewali o niebieskich oczach. Sprawdziłam własnym słuchem przed chwilą. Tyle zaskoczeń w jednym dniu. Skąd ja sobie przypomniałam o Pepsi Cino? I dlaczego ta czekolada mi przyszła na myśl? A skąd ja mam to wiedzieć.

Zaczęło się od Claptona. Śpiewał i śpiewał. It was you. It was you. It was you. A chórek dośpiewywał resztę. Who put the clouds around me. Who made the tears fall down. Who broke my heart in pieces. It was you who made my blue eyes blue.

Oryginalny teledysk niechętny do pokazania się na moim blogu, może to i lepiej. Momentami straszliwie ckliwy, jednoznacznie pełen miłości i takich tam bzdetów w stylu jazda na białym koniu i tym podobne w wykonaniu Julii Roberts i Richarda Gere. Dobrze, że chociaż na początku pokazali Claptona z gitarką.

I wszystko się wyjaśniło.