Nowy rok, nowa ja ;)

Jak wspaniale, że mamy Nowy Rok rozpoczęty mrozem!

Wymarzona zimowa pogoda. Szczególnie w górach. Mróz. Słońce. Skrobanie szyb. <Ekhm>. W mieście jak dla mnie może być nieustannie plus osiemnaście, słońce z lekkim wietrzykiem i deszcze nocami, żeby rano było czym oddychać.

A w dzień: słońce, plus osiemnaście etc., etc.

Zima = śnieg.

Tylko gdzie ten śnieg?!

wschod slonca2

Tak drzewiej bywało. Jakieś trzy zimy temu.

A teraz… Niby tak samo, tylko bez tego śniegu. Można zimą zrobić zdjęcie i udawać, że to pamiątka z letnich wakacji. Nie tak miało być, panowie, nie tak. :)

Chciałam tylko powiedzieć, że mam się dobrze.

Oto podsumowanie mojego dnia z marca 2014 roku. I wtedy nawet była zima! :)

———————————————————-

Witajcie.

Dookoła mówią, że świat zwariował. Że szaleje zbrojenie, sankcje i inne straszne słowa.

A u mnie na stole kolorowy obrus, z zielonym bieżnikiem i kuchenny ręcznik z zielono-żółtymi motylami. Szklana buteleczka z 4 kolorowymi rurkami.

A z oknem rano było biało. Odśnieżałam samochód! To nic, że już cieplej i zostały tylko resztki białego (!) śniegu, który wczoraj rozpoczął się wielką burzą, kiedy byłam w pracy. Nagle pociemniało, zawiało i zaczęło walić gradem i śniegiem. A dziś – już po wszystkim.

Dziś jest wtorek. To znaczy, dla mnie jest coś między sobotą a niedzielą, bo poprzednie wolne miałam kilka dni temu. W środę bodajże. A potem… Nie wiem. Chyba teraz.Jutro znów środa i znów do pracy.

Co tam w głowie huczy po wyjeździe

Wróciliśmy z tej Słowacji. Końcówka była wręcz niewiarygodna, bo z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Jadąc przez góry w stronę Korbielowa, zrobiło się plus jedenaście. Przede mną gazetka z marketu. Co się dziwić, że jest wyprzedaż nart. W końcu bez śniegu to te narty można sobie co najwyżej do piwnicy wsadzić.

Przygotowaliśmy się na naprawdę na wysokim poziomie. Jakby miało spaść sto centymetrów śniegu, jak teraz w Południowym Tyrolu, mieliśmy rakiety śnieżne. Moglibyśmy śmigać, jak nie przymierzając, rasowi Eskimosi.Jakby na to miał spaść zamarzający superszybko deszcz i zostawić supergrubą warstwę, mieliśmy raki. A gdyby tak nic się nie działo, to i tak mieliśmy kijki i stuptuty.

Nie działo się nic. Raz jeden, przebiegając w poprzek stoku narciarskiego na Chopoku i unikając bliskiego spotkania z parapetowcami, skacząymi po specjalnych górkach, można było żałować. Poza tym, spędziliśmy czas na pięć sposobów:

  1. Chodziliśmy po dolinkach.Ziarska cała nasza, zjechaliśmy na sankach na dół, do samego parkingu. Może trzy osoby na jednych sankach to dużo, ale dało radę.Ja już wiem, po co są sanki. Żeby mieć pretekst do wyjścia z domu i żeby dorośli też mogli mieć trochę zabawy.Kvačianska dolina zdobyta łącznie z Oblazami, gdzie dopadły nas dwa koty, łaszące się bardziej od psów. Miejsce zachwycające o każdej porze roku.
  2. Moczyliśmy tyłki w basenach.Odwiedziliśmy Tatralandię, co do której obiecuję sobie zawsze, że więcej tam nie pójdę, bo nie wytrzymam. Było „fajnie”. Rozwaliłam sobie kostium na dupie i mam dziurę. Poprzedni kostium załatwiłam w ten sam sposób na zjeżdżalni.Pojechaliśmy też do Bešeňovej. Pomijając grobowe ciemności na zewnątrz i pół godziny szukania parkingu, pomijając chore ceny, kiedy duża część basenów jest nieczynna i pomijając kilometrowe korytarze, które trzeba przejść z jednego miejsca do drugiego – było nieźle. Następnym razem trzeba jechać tam, pomoczyć się trzy godzinki TYLKO w zewnętrznych basenach, oszczędzając sobie lipnych zjeżdżalni i chlorowanej wody oraz około 10 euro na głowę.
  3. Chodziliśmy po sklepach. Ileż to ciekawostek można spotkać w zwykłym Kauflandzie czy Hipernovej. Słowackie chipsy i czekolada Studencka. Musztarda francuska Maille w kilku smakach. Włoskie karczochy w puszce. Niemieckie oryginalne żelki o wielu smakach. Herbaty Pickwick. Ach. Och. Ech. I ceny jakieś normalne.
  4. Jedliśmy dobre rzeczy. Pyszne smażone sery, zupy czosnkowe, pizze normalnie jak włoskie. Mmmmm.
  5. Spaliśmy! Tak długo to ja nie spałam daaaaaawno, daaaaawno temu. Słodkie lenistwo. Na szczęście krótko to trwało, bo ileż można.

Dwa razy byliśmy na basenach i dwa razy ze znajomymi. Śmialiśmy się, że w ramach biletu poprosimy o rodzinny – dwóch dorosłych facetów, jedna kobieta i dwie dziewczynki w wieku szkolnym. A na Słowacji jednak zniżki są jakieś chore. Żeby mieć bilet rodzinny można mieć dziecko do lat 7. Albo do 140cm wzrostu. A później co? Przestaje być czyimś dzieckiem?! Albo najlepiej mieć dziecko do lat 3 i przyjść między 18-tą a 21-ą. Paranoja.

Lubię ten kraj i jego mieszkańców, ale czasem zaskakują mnie jak w czeskim filmie.

Czas na basenach umilał nam owy znajomy. Gaduła niepojęta. Gdyby wpuścić go do pokoju pełnego ludzi, a żaden z nich nie mówiłby po polsku, nikt by nie zauważył. Zagadałby na śmierć tych ludzi. Nawet nie musieliby do tego kiwać głowami, że nie rozumieją ani słowa.

Przy okazji okazało się, że nie je cebuli na pizzy. A na surowo je tylko razem z żoną, bo inaczej musi spać osobno i nie dostaje buziaka na dzień dobry. Poza tym, facet nie lubi octu, z warzyw je chyba tylko świeże długie ogórki ze skórką, na kolację potrafi zjeść główkę surowego czosnku, a wszystko, co kwaśne, jest dla niego niejadalne.

Jego córka za to jest już gigantycznym ewenementem. Wygląda jak anorektyczka, której najgorszym koszmarem jest usiąść przy stole i zjeść cokolwiek. Do menu nawet nie zajrzała. Na pizzy nie je niczego. Ser żółty widać ją gryzie w zęby, bo tak. Pomidorów nie je. Szynka żadna (ani salami, ani prosciutto, ani kiełbasa czy boczek czy kurczak) też jej się nie komponują z pizzą. W ogóle to po co iść z kimś takim i zamawiać pizzę? Przecież mają tam w menu zupełnie inne dania.

Tatuś jednak zamawiał u przemiłego kelnera pizzę bez niczego. I dopytywał, czy może mają focaccię. Pan kelner nie wiedział, co to jest. W menu tego nie mają. Na litość boską, pizza to nie focaccia, a stary bar mordownia nigdy nie będzie miał gwiazdek Michelina! Wprawdzie jedliśmy w bardzo przyzwoitej i przyjemnej hotelowej restauracji, ale wielkie zadziwienie „Jak to, nie macie focacci?” kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Ale o nich jutro, bo na dziś starczy.

Dobrej nocy! :)

Się dzieje się!

Był u Was Święty Mikołaj? Ja mocno wierzę, że do mnie przyjdzie, jak skończy się huragan. Bo kto łaziłby w taką pogodę!

Normalnie szaleństwo w biały dzień. Biały tak dosłownie, bo wczoraj wchodząc do domu było biało. Coś pomiędzy bardzo gęstą mgłą a burzą piaskową. Naszą budowę ogarnął szał szlifowania. Jeden koleś jedzie z taka maszyna i zdziera ściana. A drugi, kładzie w tym czasie kafelki. Trzeci maluje sufit. Ja nie wiem, czy to właściwa kolejność. Jeden syfi, a drugiemu to pewnie oblepia cały pędzel i nasz sufit przy okazji.

Ten dym spowija całe jedno pomieszczenie. I całą resztę zupełnie nie wiadomo czemu. Pewnie ot, tak sobie.

Czytaj dalej

Life is cooking (roladki z cukinii)

Are you smarter than a cheese grater?

Gdybym nie zaczęła bawić się w panią kucharkę, pewnie nie dowiedziałabym się mnóstwa fantastycznych rzeczy.

A tak , idąc za radą Jamiego Olivera (thanks to kuchnia.tv!), pokochałam dania w pół godziny z sałatką i deserem włącznie. To były cudowne chwile, leżeć sobie w łóżku i oglądać programy tego wariata. Facet zachwyca się właśnie zerwanym liściem laurowym. Podkłada pod oko kamery i pyta:

-Czujecie ten nieziemski zapach? Kiedy tylko dodacie listek do swojego dania, od razu poczujecie różnicę!

Potem wrzuca całą garść (tylko kilka listków) bazylii do gara, obieraczką do warzyw kroi marchewkę i cukinię (słyszycie, jak bosko chrupie?), paprykę sieka w błyskawicznym tempie na równiutkie słupki, w słoiku miesza sos winegret, drugą ręką miesza makaron, a trzecią (bo ja nie wiem, jak można wszystko naraz robić tylko dwoma?) wyjmuje z piekarnika muffinki czekoladowe (twoi przyjaciele się im nie oprą!). I jeszcze starcza mu czasu, żeby ugotować chowder rybny z kukurydzą i zdążyć przed przyjściem gości.

Jakbym miała taką wielką kuchnię i nie musiała przejmować zmywaniem, to też bym się wyrobiła w 30 minut. Albo w sto trzydzieści, gdybym tak najpierw siadła nad stosem segregatorów i zaczęła przeglądać, które danie dziś zrobić. :)

Zimową porą warto włożyć na siebie coś kolorowego. Jak dziewczyna na zdjęciu na górze. Skoro słońce nas nie rozpieszcza, bijmy po oczach kolorami. Niech cały świat się dowie, że Polacy nie gęsi, nie muszą chodzić wiecznie na szaro, czarno i buro! Jestem za :)

 

Szybko, kolorowo i w mniej, niż 30 minut można zrobić Grillowane roladki z cukinii


Składniki:

  • cukinia
  • papryka
  • twardy ser feta
  • czerwona cebula
  • oliwa z oliwek
  • sól morska
  • gruboziarnisty kolorowy pieprz

Cukinię pokroić na cienkie paski (mandoliną, szatkownicą lub obieraczką do warzyw). Posmarować z obu stron oliwą, posypać solą i pieprzem.

 

Ser feta pokroić w kostkę o bokach 2×1 cm. Paprykę pokroić w cienkie paski, tak samo czerwoną cebulę.

Obsmażyć cukinię na rozgrzanej patelni grillowej z obu stron w ten sposób, aby cukinia była lekko miękka, ale jeszcze jędrna. Jeśli jest potrzeba dodania oleju, nie wylewać go na patelnię, ale jedynie posmarować warzywa.

Zdejmować cukinię szczypcami, układać kolejno plasterki na desce. Na jednym z dłuższych boków ułożyć po kawałku fety, cebuli i papryki. Szybko zawinąć i przekłuć wykałaczką, jeśli nie trzyma pionu :) Podawać na ciepło lub zimno.

Można przygotować do polania sos, złożony z 3 części oliwy, 1 części octu jabłkowego z dodatkiem płatków suszonych pomidorów, oregano, bazylii i czosnku w płatkach (przyprawa do bruschetty).

——

Głosowanie rozpoczęte! Jeśli chcesz, żebym wygrała skuter (jak nie masz prawa jazdy, to nic, dam Ci też poprowadzić), albo masz ochotę zaplanować ze mną wycieczkę marzeń , albo nie wiem co, to możesz się wykosztować i włożyć energię w wysłanie sms-a o treści A00241 na numer 7122. :)