Oł je – la la la!

Piszę bardzo mało, a dzieje się bardzo dużo. Nie wspomniałam do tej pory, że pojawił się u nas w końcu piekarnik i zamiast jeść truskawki na surowo, zrobiłam ciasto z truskawkami, do tego muffinki truskawkowe. W końcu upiekłam też chleb, robiąc przy okazji ciasteczka z cytryną i ricottą z zupełnie improwizowanego przepisu. Moja kuchnia przypomina laboratorium, tylko coraz więcej rzeczy robię na wyczucie. Z fizyko-chemicznymi doświadczeniami łączy mnie pasja odkrywania, rozpoczęta pytaniem: dlaczego?. I tak się toczy, liczba zdjęć rośnie, tylko życia brakuje na wszystko.

Nic nie mówiłam i nie pisałam o wypadku, jaki wydarzył się kilka tygodni temu. Na szczęście poza dwoma rozwalonymi, skasowanymi samochodami wszyscy uczestnicy żyją i mają się dobrze. Kiedy usłyszałam przez okno pisk opon i huk, byłam bliska zawału po raz pierwszy. Po raz drugi, kiedy okazało się, czyj był jeden samochód, obrócony o jakieś 270 stopni i z wgniecioną całą przednią maską… To straszne, że kiedy wybiegłam z bloku, stało już tam grono sąsiadów. A byłam pierwszą osobą, która zadzwoniła z ulicy na 112, bo dyspozytor nie miał pojęcia o wypadku. Mogę przysiąc, że niemal cały blok wylazł z nor swoich domów. Ale nikt jakoś nie kwapił się pomóc, podejść, podać wodę, spytać, jak się ludzie czują. WSZYSCY, no dosłownie WSZYSCY, poza starszym sąsiadem z naprzeciwka z naszego piętra i schorowaną sąsiadką z klatki obok, stali jak te dupy wołowe i gapili się. To było tak obrzydliwe z ich strony, że wciąż jak ich mijam, to myślę tylko o tym.

Mam zatem apel: jeśli nie macie nic do zrobienia (są już służby na miejscu), nie chcecie udzielać pierwszej pomocy (co i tak nakazuje Wam prawo), nie znacie ludzi (a nawet jeśli znacie, to nic nie robicie) i uważacie, że gapienie się z chodnika to najlepszy sposób na „ocenianie” wypadku – lepiej siedźcie w domu i oglądajcie sensacyjne seriale!

Jestem teraz u siebie w domu rodzinnym i próbuję pomóc siostrze zająć się jej córeczką. Dziecko jest kochane, uśmiecha się szerzej, niż ustawa przewiduje, cieszy się na mój widok. Czyli jest ok. Gorzej, że kiedy chce coś wymóc, przewraca się na glebę i z miną zbitego psa zaczyna ryczeć wniebogłosy. Do tego, kiedy chce się ją podnieść, wije się i wypręża, jakby:

  • włożenie pieluchy,
  • wsadzenie do wózka,
  • jedzenie obiadu,
  • ubranie spodni,
  • wstanie z podłogi,
  • oddanie telefonu

było czymś wysoce niewykonalnym. Moje siły to dziś przerosło. Jak to się dzieje, że kiedy ona zaczyna płakać, a nagle zjawi się ktokolwiek inny, niż obecni w pobliżu i weźmie na ręce, od razu ryk ustaje? I nie ma znaczenia, czy trzyma ją mama. Jeśli mama, to cudze ręce będą lepsze. Jeśli rzuciła się na podłogę, bo wyjęłam jej widelec z rączki, to na przykład dziadek czy babcia będą otuchą zbolałej duszy. A ileż można słuchać płakania bez łez, takiego krzyczenia raczej?

Mam też trochę swoich spraw, które próbuję ułożyć. Jest w tym jakieś szaleństwo, bo nie da się w jeden weekend połączyć wyjazdu do Warszawy, do Katowic, Bielska, w góry i nie wiem, gdzie jeszcze. Mogę być tylko w jednym miejscu naraz, tak się dziwnie złożyło Panu Bogu, jak człowieka stwarzał. A spotkać chcę się w kilku miejscach z kilkoma osobami. Jak żaba, co to stała na środku polany i nie wiedząc, czy ma iść do „pięknych” czy „mądrych”, w końcu krzyknęła: Przecież się nie rozdwoję!.

I z takim wnioskiem pozostawiam Was na noc. Dobrej nocy.

Kto to śpiewa?

Jestem wykończona i przemęczona. Początkowa szalona satysfakcja zamienia się na miejsca ze zwykłym zmęczeniem. Wzięłam na siebie dużo za dużo i jeszcze słyszę, że ludzie pracują, a po nocach wyrabiają tysiąc procent normy. Kobiety, zamiast na traktory, stoją nad betoniarką i sypią piach. Taaaaaa. A ja?

Czytaj dalej