dzień jak co dzień – a jednak inny :) #dzienjakcodzien#

Witajcie.

Życie biegnie w swoim zwykłym tempie. Mela podśpiewuje pod nosem i pyta dlaczego drzewa nic nie mówią. Ja obudziłam się o piątej, bo to moja zwykła pora na wstawanie i weekend nie ma tu nic do rzeczy. Wytrzymałam w łóżku do siódmej, marząc, żeby zasnąć chociaż na chwilę.

Po raz pierwszy od dawna nie śniła mi się praca. Śniła mi się moja rodzina. Dom. Na sercu robi się ciepło.

Wstałam. Do dziewiątej miałam już za sobą podwójne espresso, ciasta gryczane z masłem orzechowym; ciasto z kaszą manną i sprzątanie. Nawet zdjęcia zdążyłam zrobić. Tylko śniadania nie było widać.

Do jedenastej miałam milion pomysłów, co zrobić i jak. Koktajl z roszponki i rzodkiewki. Albo z jabłek i pomarańczy. Czas sobie leniwie płynął, razem z Anią siedziałyśmy w naszej malutkiej kuchni i oglądałyśmy zdjęcia weselne. Jest taka para, która współpracując ze specami od ślubów, celebruje swoje wesele w tradycyjnym stylu w każdym kraju, który odwiedzają. Potem przerzuciłyśmy się na oglądanie tortów weselnych i etykietek na słoiki.

Śniadanie było wciąż w fazie planów.

Koło południa przyszła pora na herbatę i kanapki z szynką, hallumi i pomidorkiem. Tak. Życie jest piękne. :)

A potem nastąpiła faza smętnej muzyki, przebojów sprzed lat i zrobiłam kompot z rabarbaru, katując nas w nieskończoność Starym Dobrym Małżeństwem. Bo co innego można śpiewać przy gotowaniu takiego kompotu?

A na koniec można zaśpiewać razem z Lee Rockerem „Night Train to Memphis” i pomyśleć, jak wykorzystać wolną niedzielę. Bo to, że na wycieczkę pociągiem – to wiadomo! :)

Kiedy tylko przestaję się przejmować tym, na co i tak nie mam wpływu – na przykład ludźmi, na których mi zależało, ale im nie zależy – świat robi się piękniejszy po stokroć.

Don’t worry, baby. You’ re gonna be just fine.

Chodźmy na ciasto!

Przepis za przepisem – jakżeby inaczej!

Witajcie.

Życie pięknie toczy się dalej, ja mam mnóstwo nowych pysznych przepisów, tylko zostaje ciągle jedno ale pod nazwą „Dzięwięć-Godzin-W-Pracy-Przed-Monitorem”.

I od razu odechciewa mi się w ogóle naciskać taki mały okrągły przycisk „Power” w komputerze,

Pora to zmienić. Rządy się zmieniły, obyczaje też, czasy – jak wyżej. Włączyłam tego grata i po miesiącach nieobecności nadrobię dziś moje zaległości. Ach. I ech! :)

Walnęłam tym blogiem, kiedy okazało się, że nie tylko nie mam miejsca na publikowanie zdjęć, ale też nie mam opcji ściągnąć ich tutaj z Google Plus. Teraz spróbuję z Pintrestem, potem ze wszystkim, co się będzie dało. Ten blog dodawał mi energii do działania.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto cudze wysiłki skaże na porażkę i obwieści klęskę. Nie wiem, czemu w to kiedyś uwierzyłam, skoro od początku pisałam dla siebie.

Nie jestem wielką diwą kulinarnych programów, ani najsłynniejszy blogerem roku. Zupełnie nie przeszkadza mi to w życiu i jakaś część mojej duszy, którą we współczesnym kosmopolitycznym świecie można nazwać amerykańską, wciąż jest ze mnie dumna i wymachuje książką kucharską niczym wielką flagą.

O. I już. Pisanie daje mi tak wiele przyjemności. Jedzenie, fotografia, wyglądanie przez okno w pracy, spacer po górach. Prostota. Piękno. Życie!

Do zobaczenia niedługo w nowym przepisie.

Za dużo zakwasu? To już nie problem! Płaskie chlebki i inne ciekawostki.

Witajcie. Dobry wieczór.

Praca na nockę sprzyja zajmowaniu się dobrą częścią życia.* Przede mną jeszcze dwie nocki. Na pierwszą kolega przyniósł cały strój moro na jakieś spotkanie fanów SF i konstruował mackę potwora ze starego prześcieradła, koszulek i paru innych elementów. Miał też ze sobą taką strzelbę na kulki, żeby strzelać na spotkaniu.

Dziś wrócił z siniakiem na pół nosa, bo jakiś dzieciak walnął go w maskę na twarzy tak mocno, że wbił mu noski od okularów w sam środek nosa. Czy te dzieci oglądają tak dużo telewizji, że sądzą, że tylko ich może boleć, a inni przebierańcy są sztuczni?!

Na dzisiejszej nocce mam moją prywatną listę przebojów Trójki. Od pierwszej dziesiątki do ostatniej, która jest właśnie przy trzydziestym dziewiątym. A za oknem miałam Międzynarodowe Pokazy Pirotechniczne, czyli poczwórny Sylwester włosko-polsko-słowacko-wspólny w ciągu jednej nocy. Jak dobrze, że okna w naszym biurze wychodzą na właściwą część Katowic. :)

A to niżej to to Lista Przebojów w najczystszej postaci. Mając siebie, trzymamy świat, by nie staczał się każdego dnia. Tak jak ja się staczam. Mamy siebie i mamy coś jeszcze. Yeah. Reggae!

Po tym uroczym wstępie zapraszam na chlebek, który możecie zrobić nawet w górach na ognisku, na dużym, płaskim kamieniu znalezionym gdzieś po drodze. Da się! Niedawno moi znajomi zaprosili mnie na Leśne Granie – kompletnie zamkniętą imprezę, na którą zaprosili ponad dwieście osób, prosząc o to, żeby nie umieszczać informacji w żadnych publicznych miejscach, portalach, forach i tak dalej.

A teraz jest już dawno „po imprezie”, więc mogę Wam napisać, że jedną z atrakcji było robienie chlebków chapatti. Na kamieniach, pod nimi paliło się ognisko. Stolnicą był najbardziej płaski duży kamień. To był smak! Drewno, dym, nieziemska atmosfera, muzyka na każdym kroku i o każdej porze od rana do nocy i od nocy do rana.

Przepis oryginalny jest taki: 2 kilogramy mąki pszennej tortowej i kilogram mąki pełnoziarnistej, 1 1/2 kostki masła, garść soli i woda (tyle, żeby ciasto dało się zagnieść). Odstawić do odpoczęcia, wałkować cienki placuszki na mocno posypanym mąką kamieniu (trzeba doliczyć dodatkową mąkę!) i po uprażeniu z obu stron, odwrócić raz jeszcze. Gotowe smarować miękkim masłem (można ręką, trzeba doliczyć dodatkowe masło).

Zjadać gorące.

Zdjęcia tych cudów zostały jedynie na tablecie Maćka, a więc możemy ich nigdy nie zobaczyć. Jak się uda, od razu je tu wrzucę :)

Mój przepis jest nieco inny i ma bardzo praktyczne podłoże. Chodzi w nim o to, żeby wykorzystać nadmiar zakwasu. Autorem przepisu jest Heffrey Hamelman, który jednym kojarzy się z guru piekarnictwa, a innym jeszcze z niczym, bo nie piekli chleba.

Płaskie chlebki i krakersy

Składniki:

  • 70 g mąki pszennej razowej
  • 70 g mąki pszennej tortowej
  • 320 g płynnego zakwasu levain***
  • 5 g soli
  • 2 g kminu rzymskiego

Przygotowanie:

  1. Wszystkie składniki trzeba wymieszać w misce ręką lub mikserem. Jak to mówi Mistrz Hamelman, aż siatka glutenowa będzie wykształcona w średnim stopniu. Jeśli nie wiecie, to ja Wam też nie powiem. Dłużej, niż mieszanie łyżką, krócej, niż 10 minut. :)
  2. Odkładamy na etap tak zwanej fermentacji wstępnej, czyli zostawiamy przykryte folią spożywczą na 30-60 minut. Zytka rekomenduje 60 minut jesienną porą, kiedy jest zimno, a kaloryfery jeszcze nie grzeją.
  3. Po tym etapie potrzebujemy podzielić ciasto na porcje 57-gramowe. Ja dzieliłam na porcje nożem na 70-gramowe kawałki, ale tak naprawdę to zależy od wielkości Waszej żeliwnej patelni.Moja ma 26 cm średnicy.
  4. Po podzieleniu odkładamy na chwilę, żeby ciasto odpoczęło. To dokładnie tak, jak z ciastem na pierogi. Nie można go zbyt długo maltretować, bo będzie się opierać przy wałkowaniu. Wałkujemy kawałki na placki o średnicy 15 cm, delikatnie podsypując mąką. Moje doświadczenie pokazało, że „delikatnie” może oznaczać bardzo dużo, w przeciwieństwie do wałkowania kruchego ciasta.
  5. Rozgrzewany dość mocno patelnię żeliwną, grillową (lub inną bardzo ciężką z grubym dnem) patelnię. Aż wylane na nią krople wody będą parować i podskakiwać z sykiem. Dokładnie taka temperatura panuje nad płytą pieca kaflowego. Jeśli woda nie chce wyparować, to jest za zimna, jak paruje bez podskakiwania – to za ciepła. Kładziemy chlebek na patelni, po minucie odwracamy na drugą stronę i prażmy 30-45 sekund. Chlebek się zarumieni. Odwracamy ponownie na 15 sekund. Zawijamy placek w bawełnianą ściereczkę i wkładamy do plastikowej torby, co zapobiegnie wysychaniu.

Po upieczeniu można smarować klarowanym/zwykłym masłem, żeby nabrały aromatu.

*** Ja po prostu wzięłam mój płynny zakwas, który karmię na zasadzie: 2-3 łyżki zakwasu, 100 g mąki, 125 g wody. Możecie też dokarmiać zakwas przed pieczeniem na zasadzie 100% – tyle samo zakwasu, co mąki i wody – wszystko odmierzone na wadze.

Ilość wody w tym przepisie powinna być ściśle uzależniona od nawodnienia, czyli hydracji Waszego zakwasu. Jeśli karmicie zakwas na zasadzie: Ile wlezie wody, to domieszam mniej więcej trochę mąki, to spróbujcie kilka razy zważyć składniki i po kilku takich akcjach dokarmiania spokojnie możecie trzymać się proporcji z tego przepisu. W innym razie trzeba nieco zmodyfikować ilość mąki..

Te chlebki są pyszne. I każdemu pachną niesamowitymi wspomnieniami. Mają w sobie coś kompletnie niepowtarzalnego i nie do podrobienia.

CIEKAWOSTKI

  1. Jak przechować zakwas w Szwecji – oddać do hotelu!
  2. A jak w Ameryce? :)

 

*Skoro nie mogę spać, a wypada być zajętą, to przecież nie będę łamać sobie głowy nad problemami osobistymi, skoro one i tak śnią mi się każdej nocy, a uwolnić się od nich nie sposób.

Aha! A dziś jest już 26 września, sam początek dnia. Idę spać, żeby dojechać do domu po pracy. Jeszcze nie wiem jak, ale przecież ja sobie poradzę. Nie z takich miejsc się wracało! :)

Na jesienną chandrę

Oczywiście chandra jest tak głupim słowem, że nawet nie wiem, skąd to mi się bierze (że jestem mitologiczne zwierzę).

Witajcie.

Moje życie znów wywróciło się do góry nogami, a to dobry moment, żeby przysiąść nad blogiem, uzupełnić go o przepisy z ostatnich miesięcy i zrobić w końcu coś dla siebie.
Zrobić coś dla siebie.

Będę liczyć gwiazdy. :)

To moje motto od dłuższego czasu. Zająć się sobą, zaopiekować się tą małą dziewczynką, która domaga się więcej gorącego chleba i więcej ciastek czekoladowych. Do kawy. To już w ramach marzeń mnie obecnej.

Odkrywam się na nowo, a może w ogóle po raz pierwszy w życiu wiem, że prawdą są te wszystkie banały typu „jak weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie, to zobaczysz, jak dużo się zmieni”.

Wzięłam się w garść. W kwietniu wyprowadziłam się od chłopaka, bo nasze relacje przypominały opowieść Anthony’ego de Mello o facecie, który wsiadł do autobusu z wielką torbą. I tak siadł, trzymając torbę na kolanach. Ludzie go pytali, co tam wiezie, a on na to, że bombę. Na to zebrał się tłum i krzyczy” Bomba? To niebezpieczne! Proszę natychmiast włożyć ją pod siedzenie!”.

Ekhm. No właśnie. Miałam dość trzymania bomb pod siedzeniem autobusu.
Czytam bardzo dużo książek. Jestem z tych osób, które wyrabiają polską normę dla kliku osób miesięcznie, więc zawyżam cholerne statystyki. W które po pięciu latach socjologii nie wierzę, bo statystyczny Polak nie istnieje. Ale całego „Przebudzenia” jeszcze nie przeczytałam ze zrozumieniem. To zupełnie jak z „Prorokiem” Khalila Gibrana.

Zresztą, ja uwielbiam książki, które można czytać sto razy i dalej być w nich zakochaną. Uwielbiam je nad wiele, wiele rzeczy. I spraw. Tak na przykład są dla mnie ważniejsze, niż niektórzy znajomi.

I niż masło orzechowe.

I moje niektóre zdjęcia (szczególnie z czasów, kiedy dopiero uczyłam się trzymać lustrzankę w rękach).

I nawet ważniejsze, niż mój ulubiony kubek, który dostałam w prezencie od chłopaka. Kubek jest z cieniutkiej porcelany, wysoki, chudy jak ja i równie piękny. :) A wszystko smakuje z niego lepiej. Całkiem poważnie!

Książki. Jestem zawalona książkami, odkąd się tu przeprowadziłam. W mieszkaniu Maćka i w domu na wsi na wszystko było mnóstwo miejsca. Było więcej pokojów, więcej półek. Nie musiałam mieszać bakalii z foremkami do ciast i kłaść ich obok trzydziestu książek kucharskich. I około dwóch tysięcy przepisów w segregatorach.

I obok podręcznej biblioteczki, takiej złożonej pewnie ze stu pięćdziesięciu książek. Rodzina w domu nie może odżałować do tej pory, że wzięłam tylko część swoich książek, bo ich już się nie mieszczą. Więc jak tylko przyjeżdżaliśmy z Maćkiem samochodem, od razu znajdowały się jakieś kartony z książkami, które na pewno chcę zabrać. :)

Takie życie, pełne przepisów, książek, zdjęć i kolorów.

Nie powiem, brakuje mi wszystkiego. Przede wszystkim, brakuje mi nas z czasów, kiedy wszystko było super i marzyliśmy, żeby się w końcu przeprowadzić na wieś na stałe. Siedzieliśmy w fotelach z Ikei, na gołym betonie, grzejąc stopy na podłogówce i smażąc kiełbaski w kominku.

I było genialnie, cholernie genialnie.

A potem nastąpiło życie, które jak zawsze jest totalnie inne, niż nasze wyobrażenia. A szaleństwo to wciąż robić tą samą rzecz w ten sam sposób i liczyć, że wyjdzie coś innego.

Nawet pan Albert E. to wiedział.

PS. Maciek tego na pewno nie przeczyta. Czytał mój blog tylko na samym początku i tylko przez przypadek, kiedy przy udostępnianiu mu zdjęć z naszego pierwszego (ach, ach. ach) wyjazdu w Karkonosze. Prawie tylko we dwoje. Z jego wspaniałym przyjacielem, który tylko się uśmiechał w BARDZO charakterystyczny sposób i udawał, że szybko zasypia. ;)

A potem… już wiedział, dlaczego robię tyle zdjęć jedzenia. I najwyraźniej na tym poprzestał, bo nigdy nie skomentował nawet słowem moich tekstów na temat budowy, życia, wyjazdów i czegokolwiek.

A jeśli dotrwaliście do teraz, oto nagroda-niespodzianka. Piosenka, której chętnie będę używać jako budzika i będę się przy niej (może?) w końcu gimnastykować. Bo na pewno nie będę uprawiać fitnessu we własnym pokoju! Wystarczy, że mam na parapecie bazylię i rozmaryn.

Piosenka, którą usłyszałam w bacówce równe trzy lata temu. A wczoraj znalazłam małą żółtą karteczkę z nazwą piosenki. I zakochałam się w życiu od nowa!

If I was to walk away from you, my love… Could I laugh again ?

Pytanie było proste. Jak życie. Jak  świński ogon. Jak zakręcanie słoika.

I jak to w życiu, odpowiedź „tak” lub „nie” zupełnie nie ma nic do rzeczy. I nic nie wyjaśnia.

Szczególnie, kiedy czekam na nią długo, bardzo długo. I wcale  nie dostaję odpowiedzi.

You’re killing me again
Am I still in your head ?
You used to light me up
Now you shut me down

Co mam powiedzieć? Jak mam powiedzieć? Jeśli moje myśli rozpierzchły się na wszystkie strony, a w głowie kołacze się tylko Sting, śpiewający I’m so happy that I can’t stop crying?

O czym myślę? O tym, że mój aparat nie żyje, bo nie mam obiektywu. O tym, że czasem przydałby się telefon z nawigacją. I o tym, że powinnam teraz ciężko pracować, ale jestem rozwalona totalnie.

Jak dobrze, że dziś póki co jest w miarę spokojnie. Każdy robi swoje, a nocka sprzyja robieniu „swojego”. Można nawet myśleć, co w ciągu dziennej zmiany w środku tygodnia jest rzadkim i luksusowym dobrem.

Dlaczego zawsze w takich chwilach okazuje się, że ktoś chce się ze mną spotkać? Martusia z Grzesiem, Piotrek kochany. Moi Drodzy.

Rozmawiałam jakiś czas temu z koleżanką poznaną w górach. Jest uosobieniem spokoju i optymizmu. I kiedy spytała mnie o takie zwyczajnie jak leci, nie umiałam się powstrzymać. Jest mi ciężko i już.

Nie radzę sobie, do cholery. Nie radzę sobie i już.

I jakby podsumował to pan Konwicki:

I bardzo dobrze.

Chciałam powiedzieć, że mam się dobrze.

Witajcie.

To będzie wspomnienie. Dochodzę do siebie i z przyjemnością wspominam. Wczoraj, kiedy wróciłam do domu, zmęczona, zdenerwowana, bo pan taksówkarz i jeszcze jedna osoba czekali na mnie ponad 15 minut, a ja dalej byłam w pracy… Wczoraj, mój Ukochany Mężczyzna się mną zajął.

Wysłuchał mojej historii. Dał mi się wygadać. Zachęcił do ukojenia nerwów. Mimo, że sam miał przeraźliwy dzień i moje problemy w pracy to wręcz święty spokój przy tym, co on przeżywał i co pewnie trzeba będzie nam powoli oswajać.

Mam dla Was taki spokój – przypomnienie lata w zdjęciach i przepisach. A potem… Zresztą, pooglądajcie proszę i wszystko się okaże w swoim czasie.

(C) Zytka Maurion 2011

Na pocieszenie, skoro jest środek nocy i ciemno za oknem (tak jakoś dochodzi wpół do pierwszej), może chcecie muffinkę cytrynową z makiem? :)

Dookoła mówią, że świat zwariował. Że szaleje zbrojenie, sankcje i inne straszne słowa.

A u mnie na stole kolorowy obrus, z zielonym bieżnikiem i kuchenny ręcznik z zielono-żółtymi motylami. Szklana buteleczka z 4 kolorowymi rurkami. A może chcecie muffinki jogurtowe z cytryną?

Za oknem rano było biało. Odśnieżałam samochód! To nic, że już cieplej i zostały tylko resztki białego (!) śniegu, który wczoraj rozpoczął się wielką burzą, kiedy byłam w pracy. Nagle pociemniało, zawiało i zaczęło walić gradem i śniegiem. A dziś – już po wszystkim.

Dziś jest wtorek. To znaczy, dla mnie jest coś między sobotą a niedzielą, bo poprzednie wolne miałam kilka dni temu. W środę bodajże. A potem… Nie wiem. Chyba teraz. Jutro znów środa. I po weekendzie. ;)

Na deser – kanapki szczęścia. Z sierpniowych pomidorów.

Moi Drodzy. Miałam w końcu czas zrobić porządek w szafkach kuchennych. I poczytać przepisy. Znaleźć czas na robienie zdjęć i oglądanie zdjęć.

Jestem sobą i nikim innym być nie potrafię. Usycham bez możliwości działania po swojemu. A takie dni, które spędzam sama, organizuję w całości po swojemu i odnajduję kawałeczki siebie.

www.youtube.com/watch?v=CpnmPjo-Yf4

Na koniec – skoro mieliście się przekonać o czymś – wpis z dawien dawna – It’s packed up. Po polsku całość. Kiedy go czytam, plecy bolą mnie jeszcze bardziej, ale czuję się przeszczęśliwa. Mam nadzieję, że Wam również sprawi radość. :)

Dobrej nocy!

PS. Mieliśmy dziś na obiad ryż basmati z cytryną i goździkami. Pierwszy raz w życiu gotowałam ten ryż. Pyszny. Do tego marchewka z groszkiem (może drugi raz w życiu robiłam, wstyd się przyznać), kalafior z masełkiem i tartą bułeczką i surówka z kapusty pekińskiej i pomidora.

Jak na mnie, to chyba najbardziej tradycyjne danie, jakie w życiu zrobiłam z własnej, nieprzymuszonej woli. Taki polski odpowiednik comfort food, kiedy rzeczywiście najbliższy świat się zmienił totalnie i potrzebny jest jakiś punkt odniesienia, który ukoi i będzie ostoją.

Jedzenie. To zawsze działa, prawda?

PS. Chcecie jeszcze na koniec (ale już taki koniec-koniec) zobaczyć genialne zdjęcia? Weselne, dodam. Tak odjechane, że wydają się niemożliwe. Ustawię sobie jako stronę główną, bo działają jak gaz rozweselający. Południowoafrykański w dodatku.

Oczywiście stronę znalazłam dzięki szukaniu przepisów i etykiet do wydrukowania. Przekierowało mnie na inną stronę. I znów na inną Aż mnie wciągnęło na dobre.

Wesele Urliki i Dirka – Kikitography – Mpumalanga, niedaleko Lydenburga (328 km na wschód od Johannesburga).

Jeść!

Moi Drodzy.

Mam kilka nowych zdjęć i kilka nowych przepisów. Już nie mogę się doczekać, kiedy to wszystko połączy się w piękną całość i wyjdą:

  • tarta ze szpinakiem i łososiem;
  • kruche ciasteczka cytrynowe z migdałami;
  • obiadowa sałatka z indykiem w chrupiącej, złocistej panierce;
  • ciasteczka kruche, które mogą być bez cukru;
  • pyszna zupa, mocno rozgrzewająca na zimę;
  • słodkie papryczki nadziewane przeróżnymi pastami
  • wielka focaccia z fantastyczną „górą”;
  • chlebek na drożdżach, idealny do twarogu z miodem lub dżemem;
  • bułeczki na zakwasie
  • i kto wie, co ja tam jeszcze wymyśliłam przez ten czas, jak zostałam bez aparatu i ostatnio też bez kabla do laptopa. :)

Pozdrawiam Was gorąco. Prawie sprzed kominka, ale jednak nie.

PS. Jeśli macie ochotę na coś dobrego, spróbujcie kiedyś takich pysznych muffinek, które pewnego dnia wyczarowała moja Sistra na swoim bezglutenowym blogu.

Ja sama należę do osób, które postanowiły kiedyś kupić sobie wszystkie rodzaje mąki, jakie są na świecie i nieraz sięgam do przepisów Agi, żeby pysznie „upłynnić” moje zdobycze.

Zapewniam Was, że jakikolwiek przepis tam znajdziecie, wszystko będzie genialne. Ta dziewczyna ma nie tylko rękę, ale wykształcenie i doświadczenie. Polecam serdecznie i zapewniam, że nie ten wpis nie jest sponsorowany przez żadne WHO, WE, UNICEF czy inną Unię Europejską.

Jak się masz, Zytka Maurion?

Kiedy wchodzę na stronę swojego bloga jako administrator, po prawej stronie u góry pokazuje się zawsze taki tekst. Po angielsku widziałam go kiedyś w wersji typu „Howdy, Zytka?”. No proszę, nawet akapit robi się u nas angielski.

- Howdy, Zytka?
- Howdy, howdy! Ho, ho, ho, Santa Claus! Where is my present?!

Leżę. Zgodnie z zaleceniami lekarskimi, właśnie leżę na sofie i zajmuję się sobą. Mam piękne L4 na całe dwa dni. Moja firma zapewnia mi prywatną opiekę medyczną, ubezpieczenie na wypadek śmierci i najniższą krajową. ;)

Czyli – mogę sobie chodzić do lekarza, ile wlezie. A raczej – ile dam rady się zapisać przez internet. Udaje się raz na kilka razy, bo chyba pół Śląska ma tam opiekę wykupioną. A pewnie wszyscy z  korporacji. Lub, jak dość wzgardliwie określił to przyjaciel mojego chłopaka, a mój znajomy – korposzczury.

Szlachetne zdrowie, aż się zepsujesz. A wtedy każdy pozna, jako smakujesz.

Oczywiście oryginał dużo lepszy, ale że ja nie Jasiu z Czarnolasu, to nie będę się patyczkować. Miało być o wizycie u lekarza.

Czytaj dalej

Kiedy tak patrzysz na mnie

W Trójce mojej kochanej usłyszałam cudowną piosenkę „When I watch you sleeping” Neila Younga. Kiedy jej szukałam w czeluściach internetu, przypomniałam sobie o innej, polskiej piosence. Musiałam wyłączyć radio, żeby przypomnieć sobie słowa, ale udało się. ;)

Takie wspomnienie z dawnych lat. Bez żadnych podtekstów. Może tylko tyle, że cholernie się przywiązuję do ludzi, a coraz więcej wspaniałych osób odchodzi z mojej pracy i jakoś nie umiem się z tym pogodzić, że dopiero co ich poznałam i bardzo polubiłam, a oni już znikają.

Taka specyfika, można powiedzieć. Ale dlaczego poznałam ich zaraz przed ich zniknięciem? To tak jakby powiedzieć: Tu jest piękna kraina, popatrz sobie na nią przez okno samolotu, ale nie będzie Ci nigdy dane obejrzeć jej z bliska.

Wszyscy ci ludzie są jak niewiarygodnie urokliwe krainy. Każdy z nich kryje w sobie inne historie, którymi będą dzielić się z kolejnymi ludźmi. W takich chwilach lubię wierzyć, że życie jest podróżą i zostali postawieni na mojej drodze, żebym wzięła od nich to, co mają najlepszego do zaoferowania. A potem znikają, pozostawiając po sobie niezatarty ślad w mojej pamięci.

Brzmi to prawie jak mowa pożegnalna, ale większość z nich była dla mnie najcierpliwszym nauczycielem, mądrym przewodnikiem po arkanach mojej pracy oraz zwyczajnym kumplem, jakich chciałoby się mieć. Żeby ta praca nie była tylko ciążącym obowiązkiem. Żeby się chciało przychodzić na te wszystkie zmiany, jakie mamy, przez całą dobę.

For You, Guys!

Podróże kształcą

To niesamowite, jak łatwo można spotkać znajomych ludzi. A było to tak.

Wsiadłam kiedyś do autobusu do Krakowa. Miałam bardzo nieładny humor, graniczący z rozpaczą. Zebrałam się jednak w sobie na tyle, żeby kupić bilet przez internet i skorzystać z komunikacji miejskiej. W tym samym czasie dałam znać jednej znajomej, że będę w Krakowie.

Kiedy tylko zajęłam miejsce obok czyjegoś plecaka, przyszedł pan ubrany na sportowo. A nawet narciarsko. Właściciel plecaka wyglądał znajomo, ale stwierdziłam, że większość osób wygląda znajomo, szczególnie jak ubierze się w buty górskie i kurtkę narciarską. Takie zboczenie życiowe, że wszyscy wyglądają podobnie.

Już w samym Krakowie pan, wybudzony z drzemki i chrapania, obrócił się do mnie i spytał: „Pani też jedzie do Krynicy?”. Zajęta własnymi myślami, troszkę z opóźnieniem zareagowałam, ale niestety musiałam zaprzeczyć.

Wywiązała się między nami rozmowa, a ponieważ za chwilkę wysiadałam, postanowiłam się dowiedzieć, czy moja pamięć działa poprawnie i zaczęłam drążyć, czy pan poza narciarstwem łazi też po górach. Wyglądało to mniej więcej tak:

- A Pan chodzi też czasem po górach?
- A tak, chodzę, ze znajomymi byliśmy w tamtym roku w Tatrach.
- A po Beskidach też Pan chodzi?
- Tak, tak, byłem dwa lata temu…
- A na Krawculi Pan wtedy był?
- Niech pomyślę. Byłem! Ile śniegu tam było! Jak wyszedłem, to się po pas zapadłem w ten śnieg! Ze znajomymi byłem.
- To ja już wiem, skąd pana znam. Bo ja tam wtedy pracowałam.

I tak od słowa do słowa zaczęliśmy rozmowę o tej jego wycieczce. Niesamowite, siedzieć obok człowieka, który jedzie zza Grudziądza do Krynicy i spotkać się z nim po dwóch latach w zupełnie innych okolicznościach. Pamiętam jeszcze jedno zdanie z tej rozmowy: „A jak grzane piwo mi wtedy smakowało!”. :)

Nie wszystkich turystów pamiętam. Tylko tych, którzy zadbali o to, że dobrze ich wspominam i z niektórymi wciąż mam kontakt.

Następnego dnia spotkałam na dworcu w Krakowie innego człowieka. Dosiadł się do mnie z pytaniem „co tam dobrego w tej gazecie?”, kiedy przeglądałam najnowszy numer „Kuchni”. Następnie bardzo płynnie przeszedł do tematu restauracji, w których bywa codziennie i niechcący dowiedziałam się też, że kupił sobie łóżko z serii Sheratona za dwa tysiące euro i nie zamierza się nim z nikim dzielić oraz że kiedyś w burgerze za granicą dostał w gratisie włos. I że nie jeżdzi samochodem, bo go zwyczajnie nie ma.

Ten człowiek mógłby tak mówić w nieskończoność i prawdę mówiąc, też miałam wrażenie, że go znam. Wrażenie się spotęgowało, kiedy podał mi swoją wizytówkę i od razu wiedziałam, kto to.

Wykładowca na jednej z krakowskich uczelni. Facet, który najwyraźniej ma niespożytą chęć gadania o sobie. Poznałam go kiedyś w bibliotece miejskiej, gdzie ja czytałam książkę, a on wziął z półki czytelni największy atlas ze zdjęciami, jak w życiu widziałam i przez bitą godzinę gadał o tym, gdzie to on nie był.

Ja to mam szczęście do ludzi. Całą drogę powrotną w polskim busie kobieta opowiadała mi, że jej ojciec jest w szpitalu, że nie ma ja dojechać do domu (mieszka 30 kilometrów za Łodzią), że ma sześciu pracowników, którzy wciąż balangują w Zakopcu (a ona stamtąd wracała, bo była ich odwiedzić na urlopie). Wiem też, że Porozumienie Zielonogórskie to porozumienie lekarzy, którzy ponoć za wejście na teren przychodzi życzą sobie od pacjenta po 15 złotych. I takie tam szczególiki.

Babka poczęstowała mnie orzechami w karmelu, a ja ją herbatą z termosu. Gdyby nie ta wymiana, prawdopodobnie nie miałabym szans na sformułowanie kilku zdań od siebie.

No właśnie. A ja?

Kogo obchodzi moja historia? Ja nie umiem tak podejść do kogoś i zacząć gadać.

A może ten blog to takie właśnie podejście do Ciebie?

Serdeczne życzenia dla tych, co się nie boją zmian

Kiedyś to były czasy…

Mam nieraz ochotę powtarzać za Panem Sułkiem i Panią Elizą, że „kiedyś to było”. To ich narzekanie ma w sobie wystarczająco dużo nostalgii i realizmu, że słucham audycji z ich udziałem z wielką radością. Kiedy wspominają bardzo, bardzo dawne wycieczki i Pani Eliza dodaje: „No tak, panie Sułku kochany, teraz pan śpi w liściach, zawinięty w gazetę, żeby nie zamarznąć”, to od razu robi się cieplej na duszy.

A jak do tego Pan Sułek kochany skwituje wszystko swoim: „Ciiiicho, wiem! Niech pani nie przeszkadza!”, to już esencja życia w pigułce.

A piszę to dlatego, że właśnie jestem w trakcie lektury „Wysokich Obcasów Extra”, które podebrałam przyjaciółce. Jest tu mowa o postanowieniach i tym, jak się za nie zabrać, żeby od razu nie zapomnieć, po co to wszystko było.

Z wywiadu z dr Leszkiem Mellibrudą jasno wynika jedno:

To, co zostało tylko „pomyślane”, ma o połowę mniejsze znaczenie niż zapisane na kartce.

Dlatego warto pisać! :)

Wielka Racza i okolice

Korzystając z ostatnich (oby nie!) w tym roku pięknych, letnio-jesiennych dni z wysoką temperaturą wybraliśmy się na Wielką Raczę. Dawno nie jechałam pociągiem! A jak miło było wychylić znów głowę za okno, jak za studenckich czasów…

Owszem, wychylać się nie wolno, ale jest na trasie od Żywca w kierunku Rajczy taki jeden piękny zakręt. Uwielbiam go i gdybym dobrze pogrzebała, pewnie znalazłabym niejedno zdjęcie. Kiedy pociąg zakręca, ja otwieram okno i wciągam głęboko do płuc powietrze. Jestem w górach! Niesamowite uczucie. Szczególnie latem, kiedy łąki w dolinie przesiąknięte są upałem i aromatem kwiatów. Przecież to lepsze, niż najlepsza medyczna inhalacja.

Przeszliśmy się ze Zwardonia czerwonym szlakiem na Raczę. Dopóki siedzieliśmy w pociągu, pogoda była wspaniała. Wymarzona. Sprawdzało się wszystko z prognozy – pełne słońce i ciepło. Nawet dwie duże wycieczki, które zdominowały cały pociąg nie zmieniły mojej radości w irytację. Chociaż dzieci skutecznie zagłuszały stukot kół szeleszczeniem chipsów i żelek, a młodzież swoimi przekleństwami dobijała zupełnie. Było świetnie. W końcu jechaliśmy w góry.

Wyszliśmy z „dworca”, pożal się Boże, w Zwardoniu. Opalanie na ławeczce było genialne. Po wejściu na szlak zaczęło się chmurzyć i kropić. Delikatnie mówiąc, szlag trafił wszelkie prognozy. Szlak okazał się żmudną wspinaczką bez widoków na poprawę. Może przy słońcu widok buków wynagrodziłby wszystko, ale w pochmurny dzień – ciągnęło się niemiłosiernie.

Po około sześciu godzinach i odbitych stopach dotarliśmy pod schronisko. Przywitała nas uśmiechnięta dziewczyna, leżąca z książką na ławce. Zawinięta w śpiwór, korzystała z górskiego powietrza. Tak to ja lubię. Od razu było dobrze.

Tyle na dziś. Udało nam się wrócić dzięki wielkiej uprzejmości naszej nowej znajomej, wiecznie uśmiechniętej Ewy, która podrzuciła nas z Rycerki aż na bielski dworzec.

A teraz spać! Jutro mam umówioną wizytę u chirurga stomatologa, który będzie wyrywał moją ósemkę. Jedną czy dwie. Na razie chcę o tym zapomnieć. Mam w głowie te piękne buczki, promienie przebijające przez korony drzew. Ach.I z tą myślą idę spać.

Dobrej nocy Wam życzę.

Nikiszowiec w Katowicach

Jakiś czas temu umówiliśmy się z Mańkiem na rower. Chciałam wreszcie zwiedzić Nikiszowiec, a nie ma lepszego środka transportu, niż właśnie taki. Ta niezwykle charakterystyczna dzielnica Katowic była mi bardzo długo obca. Pojechaliśmy tam jakimś skrótem, przez park i las – skrótem, którego nigdy nie znajdę na żadnej mapie i na żywo tym bardziej. Miejsce wyłoniło się przed nami w pełnym słońcu. Piękne!

Nikisz

Na Nikiszu, jak mówią na niego tutejsi, przewijają się ekipy z kamerami. To ponoć „Śląsk w pigułce” – ma piękne uliczki, specyficzne place przed kamienicami, czerwone ramy okienne, mnóstwo przejść między jednym podwórkiem a drugim. I mieszkali tutaj też robotnicy, więc ludzie mówiący po Śląsku. I z charakterem.

Ja zwiedziłam i jestem pod wrażeniem.

Czerwone obramowania okien – każde okno tak wygląda. Klinkierowe parapety, ceglane ściany, zaułki. Niesamowite miejsce.

Miejsca naprawdę jak z planu filmowego.Każde zachwycające, warte uwiecznienia. I co? Oczywiście nie wzięłam drugiej baterii do aparatu. Każde zdjęcie to moment wahania – uda się, czy się nie uda?

Można jeździć rowerem, przechadzać się po bruku, usiąść obok kościoła przy kawiarence i popijać kawę. Do kawy polecam muffinki cytrynowe z makiem – to był właśnie nasz zestaw. Przepis jeszcze dziś. :) Oto i one:

PS. Zajadając w kawiarni muffinki do niedzielnej kawy, możecie obserwować zjawisko bardziej powszechne, a niezmiennie budzące uśmiech na mojej twarzy – ludzie „przychodzący” do kościoła. Na tym zdjęciu kościół byłby po lewej stronie. Czy trzeba dodawać, że po drugiej stronie ulicy?

Mój pierwszy raz z jarmużem (sałatka z jarmużem)

(C) Zytka Maurion 2014

Z rozmowy podczas drogi:
On (patrząc na pola z położonym zbożem po ulewnych deszczach): Zobacz, jakie pola! Musiało nieźle lać.
Ja: Zastanawiam się, jak wygląda nasza sałata? Może nic jej nie będzie.
On: Wiesz, że o tym samym myślę? Pewnie urosła.
Ja: A jakby jej coś było, to trudno. Pięćdziesiąt groszy [za jedną sadzonkę] jakoś przebolejemy. Najwyżej kupimy główkę.
On: A te wszystkie zabiegi pielęgnacyje? A opieka? A podlewanie? A… czułe myślenie o sałacie, jak nas nie było?
Ja: No tak. Najwięcej nas kosztowało to myślenie o sałacie!

Czytaj dalej