Oł je – la la la!

Piszę bardzo mało, a dzieje się bardzo dużo. Nie wspomniałam do tej pory, że pojawił się u nas w końcu piekarnik i zamiast jeść truskawki na surowo, zrobiłam ciasto z truskawkami, do tego muffinki truskawkowe. W końcu upiekłam też chleb, robiąc przy okazji ciasteczka z cytryną i ricottą z zupełnie improwizowanego przepisu. Moja kuchnia przypomina laboratorium, tylko coraz więcej rzeczy robię na wyczucie. Z fizyko-chemicznymi doświadczeniami łączy mnie pasja odkrywania, rozpoczęta pytaniem: dlaczego?. I tak się toczy, liczba zdjęć rośnie, tylko życia brakuje na wszystko.

Nic nie mówiłam i nie pisałam o wypadku, jaki wydarzył się kilka tygodni temu. Na szczęście poza dwoma rozwalonymi, skasowanymi samochodami wszyscy uczestnicy żyją i mają się dobrze. Kiedy usłyszałam przez okno pisk opon i huk, byłam bliska zawału po raz pierwszy. Po raz drugi, kiedy okazało się, czyj był jeden samochód, obrócony o jakieś 270 stopni i z wgniecioną całą przednią maską… To straszne, że kiedy wybiegłam z bloku, stało już tam grono sąsiadów. A byłam pierwszą osobą, która zadzwoniła z ulicy na 112, bo dyspozytor nie miał pojęcia o wypadku. Mogę przysiąc, że niemal cały blok wylazł z nor swoich domów. Ale nikt jakoś nie kwapił się pomóc, podejść, podać wodę, spytać, jak się ludzie czują. WSZYSCY, no dosłownie WSZYSCY, poza starszym sąsiadem z naprzeciwka z naszego piętra i schorowaną sąsiadką z klatki obok, stali jak te dupy wołowe i gapili się. To było tak obrzydliwe z ich strony, że wciąż jak ich mijam, to myślę tylko o tym.

Mam zatem apel: jeśli nie macie nic do zrobienia (są już służby na miejscu), nie chcecie udzielać pierwszej pomocy (co i tak nakazuje Wam prawo), nie znacie ludzi (a nawet jeśli znacie, to nic nie robicie) i uważacie, że gapienie się z chodnika to najlepszy sposób na „ocenianie” wypadku – lepiej siedźcie w domu i oglądajcie sensacyjne seriale!

Jestem teraz u siebie w domu rodzinnym i próbuję pomóc siostrze zająć się jej córeczką. Dziecko jest kochane, uśmiecha się szerzej, niż ustawa przewiduje, cieszy się na mój widok. Czyli jest ok. Gorzej, że kiedy chce coś wymóc, przewraca się na glebę i z miną zbitego psa zaczyna ryczeć wniebogłosy. Do tego, kiedy chce się ją podnieść, wije się i wypręża, jakby:

  • włożenie pieluchy,
  • wsadzenie do wózka,
  • jedzenie obiadu,
  • ubranie spodni,
  • wstanie z podłogi,
  • oddanie telefonu

było czymś wysoce niewykonalnym. Moje siły to dziś przerosło. Jak to się dzieje, że kiedy ona zaczyna płakać, a nagle zjawi się ktokolwiek inny, niż obecni w pobliżu i weźmie na ręce, od razu ryk ustaje? I nie ma znaczenia, czy trzyma ją mama. Jeśli mama, to cudze ręce będą lepsze. Jeśli rzuciła się na podłogę, bo wyjęłam jej widelec z rączki, to na przykład dziadek czy babcia będą otuchą zbolałej duszy. A ileż można słuchać płakania bez łez, takiego krzyczenia raczej?

Mam też trochę swoich spraw, które próbuję ułożyć. Jest w tym jakieś szaleństwo, bo nie da się w jeden weekend połączyć wyjazdu do Warszawy, do Katowic, Bielska, w góry i nie wiem, gdzie jeszcze. Mogę być tylko w jednym miejscu naraz, tak się dziwnie złożyło Panu Bogu, jak człowieka stwarzał. A spotkać chcę się w kilku miejscach z kilkoma osobami. Jak żaba, co to stała na środku polany i nie wiedząc, czy ma iść do „pięknych” czy „mądrych”, w końcu krzyknęła: Przecież się nie rozdwoję!.

I z takim wnioskiem pozostawiam Was na noc. Dobrej nocy.

O tym, co ważne

Mój głos w sprawie wszelkich aktów wolności, klauzuli sumienia  i tego, co ludzie próbują nazwać, a dusza wie bez słów. Pozwolę sobie użyć słów Sándor Márai’a z jego Księgi ziół. Niech tytuł Was nie zmyli. Życie jest dużo bardziej zaskakujące, niż myślicie

Fragment pod tytułem: O tarpejskiej skale.

O TARPEJSKIEJ SKALE

Wcale nie jest pewne, że Spartanie, zrzucając z Tarpejskiej Skały dzieci o wątłym ciele, wraz z mizernymi ciałkami nie wyrzucali silnych, potężnych dusz. Zawsze kochałem wątłe dzieci; nie tylko żywiłem naturalną słabość do tak bezbronnych, małych, bladych istot, ale i respekt, a nawet pociąg. Wcale nie jest pewne, że największe wysiłki ludzkości biorą na siebie i wykonują je doskonale zbudowani zapaśnicy i nienaganni gladiatorzy, co więcej, sądzę, że chuchra też mają swoją sprawę na świecie, i być może ta ich sprawa wcale nie jest błahym zadaniem. Naturalnie, nie mówię, że mamy hodować mizeroty, mówię jedynie, żebyśmy ufali życiu, jego zamiarom względem ludzi, i uwierzyli, że istoty o wątłej posturze też mają swoją sprawę na naszym świecie. Być może życie właśnie ich wypatrzyło sobie do tak potężnych zadań, pod których ciężarem padłby gladiator. Tarpejska Skała zatem nigdy nie może być rozwiązaniem. Życie wie lepiej niż Spartanie, kogo ma zachować do współpracy, a kogo odrzucić.

Trwają testy, proszę o cierpliwość

Witajcie.

Na blogu trwają testy. Zmieniam kategorie, kombinuję z nowym wyglądem. Dajcie mi szansę. Będzie dobrze!

Spędziłam dziś dzień w ogrodzie. Zasadziłam sałatę, jarmuż, kalarepę i zioła. Na kolację pokroiłam suszoną szynkę od pana Marcina z targu. Wybraliśmy się tam po dosłownie kilku miesiącach. Pan nas, nie dość, że poznał, to jeszcze ochrzanił. Na jesieni miał dla nas kurę wiejską na rosół, a my się nie zjawiliśmy! Okazało się, że pani ze sklepu nie przekazała mu informacji o naszym wyjeździe. A on biedny biegał po wsi, szukając dla nas kurki rosołowej. Ten człowiek jest wielki. I sprzedaje najlepszą na świecie wędlinę, kiełbasy i boczuś wędzony. Dał nam spróbować jakiegoś czegoś pieczonego z mięsem. Nie musicie kupować, po prostu spróbujcie.

Wyjątkowy człowiek o wielkim sercu.

Pani, która z szerokim uśmiechem przy stoisku zaraz obok pyta: Dzień dobry, co dobrego dla Was?, też jest kochana. Uśmiecha się na nasz widok, stwierdza, że to już tradycja, że bierzemy u niej chałkę i pakuje nam dwie najlepsze bułeczki drożdżowe. Jak tu nie lubić targu?

Niedaleko stał pan z sadzonkami. Hodował je w ziemi ogrodniczej, więc nie rozleciały się po drodze do domu. Za to jarmuż, kupiony od pani na drugim końcu, był wyjęty prosto z błotnistej ziemi i zawinięty po pięć sztuk w folię aluminiową. Wszystko zasadzone i czekamy na efekty.

Mama mnie trochę ostudziła, mówiąc, że jarmuż to zimowe warzywo kapustne. Przecież ja się nie doczekam!

 

Ogródkowe opalanie i grzebanie w ziemi

Zajęłam się ogródkiem! A raczej ogromnymi połaciami ogrodu, na którym się nie znam i chluby mi to nie przynosi. Ale się poznam.  Przynajmniej na uprawie rzodkiewki, fasolki zielonej, buraczków i kopru. Kupiłam dziś nasiona, wypada więc wyrzucić je z torebeczki i przerobić na jedzenie.

Mój dzień był dość osobliwy, jak na „siedzenie” na wsi. Rano zrobiłam sobie wycieczkę do pobliskich ogrodów do zwiedzania. Inaczej mówiąc, byłam w szkółce ogrodniczej z pięknym terenem zaaranżowanym na różne ogrody. Wypiłam kawkę z wielkiego włoskiego ekspresu, pogawędziłam o wszystkim z czterema paniami z obsługi i zrobiłam trochę zdjęć z pozycji żaby.

Pisząc „pogawędziłam”, miałam na myśli zadanie stu pytań z serii: A jak się zająć tym? A jak tamtym?. Generalnie wyglądało to tak:

Ja (stojąc z kartkę w ręku i spijając każde słowo z ust kobiety): A truskawki? Można jeszcze czymś nawozić?
Pani: Teraz to już nie, za późno. Jeśli już kwitną, to za późno. To trzeba zrobić dużo wcześniej, wtedy można nawozić.
Ja: A maliny? Przycina się je teraz?
Pani (chyba już zupełnie jej nie dziwi, że pytam o wszystko, co robi się na przedwiośniu, a nie przy plus trzydziestu stopniach): Nie, nie. Maliny przycina się dużo wcześniej, na wiosnę, albo na jesieni można je ściąć. To zależy, czy są jesienne, czy wcześniejsze. Obcina się wszystkie pędy, żeby zostały tylko młode.
Ja (inwencja się we mnie obudziła): A można je skosić kosiarką?
Pani: Nie, ale można je nisko ściąć.
Ja (zerkając na karteczkę, z której wynika, że jak spytam o wszystko, to zostanę tu już na noc, bo do domu przez pola nie trafię): A wrzosy? Co się teraz robi z wrzosami?
Pani: Wrzosy trzeba ściąć nisko, najlepiej teraz to zrobić.

Proszę, pierwsza rzecz z listy, którą mogę zrobić od razu! Tylko nie mam sekatora. Cha cha cha. I jeszcze winogrona trzeba przyciąć. Nagle się okazuje, że gdybym tylko chciała, mogę nie wychodzić z terenu działki do zimy, a i tak nie zdążę wszystkiego zrobić. Dlatego postanowiliśmy przerobić część grządek na trawnik.

I dlatego wyrywam chwasty, które rosną sobie szczęśliwe na grządkach, przez wiele lat pieszczotliwie uprawianych przez dwie osoby. Grządki były ze specjalną ziemią, płodozmianem, obornikiem, kompostem, czymś tam pieczarkowym i dziesiątkami innych rzeczy, które normalnie ludzie uznają za zbędne, skoro wszystko i tak wyrośnie.

Aha. Grządki były od sznurka (a może i linijki), a wejście na nie groziło grzywną, klątwą i biegunką przez tydzień.

A teraz te dwie osoby nie chcą przyjeżdżać. Pozostało mi poczekać, aż chwasty będą do kolan, żebym na pewno je zauważyła i tak już kolejny dzień wyrywam po kilka godzin dziennie. Nienawidzę tego, generalnie najchętniej miałabym wszędzie dziką łąkę, jak w Alpach i Dolomitach. Ewentualnie trawnik, żeby było gdzie leżeć i trochę drzewek dla cienia.

Tymczasem w niezrozumiały dla mnie sposób zajmuję się chwastami. Nie grozi mi polubienie tego. Chcę tylko to skończyć i w końcu położyć się na tej całej trawie.

Kiedy zadałam pani wszystkie pytania, ona zrobiła smutną minę i bardzo poważnie powiedziała: Eeee, tylko tyle? Myślałam, że więcej!. Ja naprawdę zajęłam jej z pół godziny czasu. Spytałam o dziesiątki warzyw, nawozów, rodzaje agrowłókniny inne takie bajery. A ona zasmucona. Następnym razem przyniosę ze sobą atlas roślin ogrodowych i będę pytać o każdą po kolei.

01:44 – Strefa rokendrola wolna od angola i Zytka

Cha, cha,cha! Właśnie Szanowny Pan Redaktor przeczytał mój list… Jak miło. Słucham Strefy bardzo rzadko, bo zwykle po północy już śpię. Ale dziś bardzo, bardzo potrzebuję zająć się czymś innym, niż spaniem i tak wyszło.

Letím na Bahamy s veľkými kuframi
okuliare na nose a klobúk na hlave
pretože je tu on, my sme tu stále v kose
je to šofér, ktorý nám nekúril v autobuse

Leciała po słowacku piosenka z jakimś tekstem. A dokładniej U.K.N.D – Všetko najlepšie. I piosenka o lemoniadzie.Zrozumiałam z tego tylko „kofola” i „wszystkiego najlepszego”.

Hej ty si tam bola, čo tam stojí kofola?
Hej čo si tam bola, na mňa sa lepí smola.

Pochwaliłam się tym w radiu za piętnaście druga w nocy i oto moje wysiłki zostały nagrodzone. How nice, how nice.

Dobrej nocy! Mamy od kilku dni w Polsce opady deszczu, co do których straszyli nas ogólnym potopem, ale jest trochę lepiej. Przerażające jest to, że jednak rzeki wylały i zalały okolice Nowego Sącza. Przez kilka dni wody spadło więcej, niż przez cały miesiąc…

Že vraj tu niekde nekúril šofér
dostal príučku, dostal ju po nose
konečne je tu raj ako na Bahamy
chodíme po meste s veľkými kuframi

U nas szczęśliwie rzeczka nie wylała i ponoć tutaj nie wylewa. I niech tak zostanie.

Całe życie czekamy na chwilę. Czasem tylko nie precyzujemy, na jaką i potem wychodzą dziwne rzeczy z tego czekania.

Spokojnej nocy! I niech już przestanie padać. A to adres strony tego wspaniałego zespołu słowackiego: 
http://uknd.sk/

Aha. Pamiętacie ten wpis? Będę trzymała się tamtej myśli jak, nie przymierzając, Jaś Fasola brzegu trampoliny na basenie.

Wyjątkowo dziwny sklep

Dziś byliśmy na rowerach. Wyjechaliśmy z Chorzowa, mieliśmy jechać do parku na rundkę rowerową i z powrotem, a wyszła wycieczka krajoznawcza. Trafiliśmy przez teren byłej kopalni Prezydent, przez tereny Huty Kościuszko i przez Rezerwat Żabie Doły do Piekar Śląskich. Trochę to było niespodziewane, bo nikt z nas nie wiedział, gdzie wyjedziemy. Te wszystkie miasta na Śląsku są połączone i czy jest się w Chorzowie, Bytomiu, Siemianowicach czy Piekarach to najlepiej widać na tablicach z nazwą miasta. Poza tym, jest to dla mnie zupełnie nieoczywiste.

Wycieczka była piękna. Mnóstwo miejsc, gdzie zrobiłabym zdjęcie za zdjęciem. Hałdy, zarośnięte tory do huty, ruiny betonowych bunkrów, zarośnięte stawy. I między ogródkami działkowymi, przy starej ceglanej kamienicy, stał samochód z podniesioną maską. Jechaliśmy kamienistą drogą, cisza jak makiem zasiał. Nagle z okolic samochodu wydobyła się genialna piosenka. Kiedy jedzie się półtorej godziny niemal w kompletnej ciszy i jedynym dźwiękiem jest szum pod kołami, dobra muzyka potrafi wryć się w mózg. Aż do powrotu do mieszkania ciągle ją nuciłam.

Spotkaliśmy po drodze niezwykłą panią. Pracowała w sklepie w Piekarach. Cała otoczka była już ciekawa, bo wąziutki sklep nosił miano Tradycja. Otwarty w niedzielę biznes, przyciągał nie tylko pieczywem (które obsiadały od czasu do czasu wygłodniałe muchy), ale też innymi dobrami. W tym masłem extra 200 g za 3,75. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że cały karton masła stał na ladzie chłodniczej, a sklepie było ze dwadzieścia pięć stopni. Myślę, że nad chłodziarką nawet więcej.

W lodówce pływały śledzie, zbrązowiałe od starości. Obok walnięta była na jakiś kiełbasach tacka z kotletem i inną, niezidentyfikowaną masą mięsną. Wyglądało to tak, jakby ktoś brudną łapą chwycił część i uciekł. Ciasta, leżące również nad ladą, wyglądały jakby były już nieco podstarzałe.

Pani ekspedientka mogła spokojnie stanowić wzór dla wszystkich kobiet z seriali typu Ranczo. Blondynka z hełmem z włosów na głowie, mocnym makijażem i obcisłą bluzeczką. Na to miała ubrany fartuszek. Przy kasie wyłożyła (a może zrobił to ktoś kilka dni wcześniej?) sałatki z tuńczykiem, kukurydzą i innym dobrem. Takie, które zdecydowanie powinny leżeć w lodówce. Przy plastikowych pudełkach na sałatki usadowiły się w większym pojemniku cztery powoli dogorywające nektarynki. Brzoskwinie? Cokolwiek to było, wyglądało okropnie.

Pod nogami leżały skrzynki z ziemniakami, podwiędłymi rzodkiewkami i chyba szpinakiem. Jeśli wylot ciepłego powietrza z lady chłodniczej jest odpowiedni dla rzodkiewki i ziemniaków, to ja widocznie żyłam w błędzie.

I jak tu robić zakupy w takim sklepie? strach dotknąć czegokolwiek. Zdecydowałam się na pierniczki toruńskie, bo przynajmniej były oryginalnie zapakowane i daleko od ciepła. O ile tam cokolwiek było daleko.

To było coś, co widuje się na filmach. o tego zazwyczaj leci smętna, nastrojowa muzyczka, a przed sklepem stoi ławeczka dla stałych bywalców. I chodzą kury, dziobiąc ubitą ziemię. Tutaj zjawisko było między blokami, niedaleko głównej ulicy. Da się, jak widać, zrobić wiochę w mieście. Taka, wiecie, nowa świecka tradycja.

Prawdę mówiąc

Nie wiem, jak będzie i co będzie.

Życie zmienia się niezależnie od tego, czy trzymamy się kurczowo jednej możliwości, czy też rzucamy na każdą kolejną. Wiem tylko tyle, że kiedy weszłam na Facebooka, jako tysiączna osoba polubiłam zdjęcie z napisem: „Jeśli ktoś jest smutny, podaruj mu swój uśmiech”. Paradoks.

Moja siostrzenica jest pełna wiary w cały świat. Istnieją rzeczy wyłącznie możliwe. Jej śmiech rozbraja każde serce. Kiedy zacznie szczerzyć zęby, problemy znikają. Trudno się dziwić, ma prawie dwa latka. Ja mam troszkę więcej lat i nie zasypiam po obejrzeniu Reksia przy kaszce. Wieczory są dla mnie zdecydowanie za długie. Zbyt szczere wobec siebie. Zbyt ciężkie, żeby położyć się i po prostu marzyć o niebieskich migdałach.

Mówią, że co się stało, to się nie odstanie. Jest w tym sporo racji. Czasu nie cofnę, do tej samej rzeki dwa razy nie wejdę i tak dalej. A wiem doskonale, do którego momentu chciałabym trzymać wciśnięty przycisk „cofnij”. Mam takie chwile, w których mówię „tak”, a myślę „nie, tylko nie to”. Intuicja mnie nie zawodzi. To ja ją zawodzę. Ufam, że wbrew wszystkiemu będzie dobrze. To raczej przekracza granice zdrowego optymizmu, jeśli mam namacalne dowody, że nie będzie dobrze.

W ramach życzeń świątecznych pewnie znajomy wysłał do mnie wiersz. Odpisałam zwyczajnie.A On na to:

Ty nie masz weny? Weź, nie rób sceny!

Nie mam weny. Mam za to kłębek nerwów gdzieś pod czaszką i próbuję zajmować się wszystkim innym, tylko nie najważniejszymi decyzjami.

Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie

Bardzo melancholijnie mnie nastraja część piosenek. Jedną z nich jest Until the end Norah Jones, drugą Thousand Oceans Tori Amos.

And you’ll never know how it makes me blue
Does it make you happy?

I w podobnym klimacie:

These tears I’ve cried
I’ve cried a thousands oceans
And if it seems
I’m floating in the darkness
Well I can’t believe that I would keep
Keep you from flying
So I will cry 1000 more
If that’s what it takes
To sail you home

Jestem dziś zupełnie nie w sosie. Wczoraj wróciliśmy po dziesięciu wyczerpujących dniach w Karkonoszach i Górach Izerskich, dziś jeszcze z samego rana pojechałam do domu. Mam tyle myśli w głowie, że nawet nie chcę skupić się na żadnej, bo kolejna noc będzie nieprzespana. W górach wywaliłam się na rowerze, rower wylądował na mnie i tydzień spania miałam z głowy. Nadciągnęłam sobie jakieś coś w szyi i każda pozycja do spania była dla mnie za trudna. Na poduszce śpię drugą noc. Siniaki o zmiennych barwach i inne drobiazgi to tylko taki lokalny koloryt ludowy.

Wiem, że za mało wiem, by wiele w życiu zmienić. Wiem, że za wiele w życiu chcę.

W skrócie wycieczka wyglądała tak.

Przyjechaliśmy do Robaczka w Wielki Czwartek. Od Wielkiego Piatku do Poniedziałku Wielkanocnego były Karkonosze. Hala Szrenicka z najgorszą kobietą w recepcji, jaką świat widział. Gdyby mogła, pewnie by mnie zastrzeliła po wejściu do schroniska. Na dzień dobry nie odpowiedziała, nie mówiąc o odwzajemnieniu uśmiechu.  Martinovka po czeskiej stronie, Samotnia i zejście do Karpacza. Potem rowerowo okolice Chatki Robaczka, Góry Izerskie i Singltrek pod Smrekiem. Jeden dzień w Görlitz na zakupach. I zleciało dziesięć dni, jak nic.

Ciągle jeszcze nie napisałam ani słowa o wyjeździe w Dolomity. Wyjazd był w tamtym roku w czerwcu. Okazał się tak trudny fizycznie i psychicznie, że nie umiem go ocenić jednoznacznie. Był wyczerpujący, obnażający strach i egoizm, pokazujący wszystkim czterem osobom z naszej wyprawy, kim jesteśmy. Albo może kim lepiej nie być na co dzień.

Wyjazd w Karkonosze i Izery nie był tak wykańczający, ale też pojawiły się w nim równie trudne do rozwiązania zagadki. Dobrze jest zachować piękne wspomnienia. Ale nie można przecież zapomnieć o złych, tylko wziąć z nich lekcję życia.

Sail you home…

Weszłam znów na fejsbuka. Raz na kilka miesięcy przypominam sobie, że toto istnieje. Odezwał się znajomy, który pochodzi ze Śląska, a rodzina przeniosła się w świętokrzyskie rejony. Ciekawe, że poza jedną znajomą z liceum, nikt nie wiedział, że przyjechałam. A tu odzywa się akurat ten znajomy, który mieszka właśnie tutaj. Kiedyś wybraliśmy się razem z moją przyjaciółką i lokalną grupą zapaleńców na skałki, jak jeszcze pracowałam w górach. Potem okazało się, że to był miłośnik kawy i dobrych filmów. Moja wiedza o kawie została przeformatowana. Pierwszy raz widziałam wtedy lodówkę i zamrażalnik załadowane kawą w ziarnach.

Your flowers grow in the frozen snow
And I’d like to know if it’s all a show
‘Cause you sure look happy
Are you really happy?

Ciekawostka. Otworzyłam stronę YouTube, a tam informacje o filmach, które oglądałam. W polecanych do obejrzenia jeszcze raz pojawiła się „Świnia” Katarzyny Groniec. Ale było też to:

To tyle i aż tyle.

PS. Człowiek, którego nie widziałam prawie dwa lata i który nie miał pojęcia, co się ze mną działo przez ten czas, powiedział mi dziś, że na optymizm dobrze działa podrywanie chłopaków. Nie tak dawno usłyszałam to od kogoś zupełnie innego. Idzie wiosna, czy coś?

Czas płynie, a ja wciąż nad jedną paczką płatków

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to było coś innego. Na przykład suche płatki owsiane, stające w gardle po pierwszym gryzie z racji pęcznienia albo opakowanie płatków gryczanych. Co do tych drugich, to udało mi się z nimi zrobić wyłącznie jedyną rzecz. Wysypałam ją w pięknie wyglancowanym samochodzie mojego chłopaka. Wtedy zdecydowanie był to „nowy” chłopak, bo znaliśmy się za krótko, żebym mogła sobie ot, tak, wysypywać cokolwiek. A to były takie drobniutkie płatki, o średnicy 1 milimetra. W ilości przekraczającej ludność Chin w rozkwicie.

A potem przyszła pora na jedno Jego zdanie:

Czytaj dalej

Dzięki za miłość – uwaga, będzie rzewnie

Groniec. Hey. Kowalska. Paktofonika. Wieczór wspomnień. Jak to się dzieje, że wystarczy jedno spojrzenie, przypadkowe spotkanie, nazwisko przeczytane w internecie, żeby wróciły wspomnienia?

Jak to jest, że siedząc sama w domu, kiedy nikogo nie ma, wraca do mnie wszystko, co działo się przez ostatnie lata? Czyżbym tylko w takich chwilach pozwalała sobie na bycie sobą?

Czytaj dalej

Kraków jeszcze nigdy tak, jak dziś

Szłam sobie Rynkiem i jedynie to miałam w głowie.

Nie zrobię więcej zdjęć, tak wiem.

Z Krakowa mam dosłownie kilka zdjęć. W tym jedno chleba, jedno makaroników i jedno magdalenek. I może jakiegoś muru w jednej ze spokojniejszych uliczek. A, mam jeszcze zdjęcia tortu imieninowego Babci. Zjawy nie fotografowałam, bo znam ją za dobrze. Jeśli się nie mylę, z jednego z moich ulubionych kin zrobili teraz jakiś Lizard King… Albo się mylę i kino dalej tam jest, tylko akurat stało przed nim mnóstwo ludzi z jakimiś kartkami i chcieli wejść do tego klubo obok?

Krótka wizyta. Nie było czasu spotkać się z wieloma osobami, na spotkaniu z którymi bardzo mi zależało. Wolałam nie dawać znać, że w ogóle jestem. Może znajdzie się jeszcze tej wiosny wolny weekend i tanie bilety na Polskiego Busa. Bo osiem złotych z Katowic do Krakowa takim wypasionym autokarem, to jest jednak pół darmo.

Wciąż w drodze. Jutro szykuje się kolejna wycieczka, tym razem w stronę Dolnego Śląska. Pogoda piękna, to chce się jechać.

A co do goździków, to miałam rację. Goździków nie dostałam. Za to zapomniałam zabrać od Babci bukietu tulipanów. A tutaj (czy w ogóle mogę napisać, że u mnie?) została róża, którą miałam dostać z okazji dnia wiosny. Dnia wiosny???? Ja tam akurat świętowałam Dzień Kobiet. Ten, wiecie, co jest taki międzynarodowy.

PS. Zobaczcie to, jeśli zdarzyło się Wam szukać kluczy, telefonu albo portfela. Przysłał to do mnie Przyjaciel 9 marca z okazji „antywigilii 8 marca”. Dopisał pod spodem taki tekścik:

Niech dziewczyny mi wybaczą. <Buahaha!>

Ktoś umie to powiedzieć lepiej, niż ja

Słuchałam dziś kilka razy „Kwiatów we włosach” według Kasi Kowalskiej. Zostałam sama z katarem i komputerem w domu, bo reszta się na basen wybrała. Jakoś sobie nie wyobrażam iść na basen, jak jeszcze kilka dni temu walczyłam z gorączką. Nie dla wszystkich dookoła jest to oczywiste, ale dla mnie tak.


Czytaj dalej

Dużo zdjęć i jeszcze więcej wspomnień

Jakoś tak dziś wyszło, że zebrało mi się na wspominanie. Znalazłam folder ze zdjęciami sprzed dwóch lat, wrzucony zupełnie osobno, niż wszystkie. Jak już kliknęłam, to zginęłam. Porwała mnie fala wspomnień i to by było na tyle. Dobrze, że obiad w postaci zupy czosnkowej (absolutny hit każdego zimnego dnia, szczególnie przy gorączce i katarze!) i gnocchi z indyczkiem i sosem brokułowym był za mną. Inaczej byłoby ciężko oderwać mnie od laptopa. ;)

Czytaj dalej

Jak dobrze nam zdobywać góry! [i myć auto po zimie]

I młodą piersią chłonąć wiatr.

Ja tam dziś gór nie zdobyłam, ale za to skorzystałam z iście wiosennej pogody [zimy to już raczej nie będzie...] i wymyłam samochód. Prosił się o to mocno, biedaczek, brudny jak nieboskie stworzenie. Tak dawno tego nie robiłam, że niemal zapomniałam, jak to jest.

Pan, który kładzie nam podłogę, jak mnie zobaczył z gąbką w ręce, powiedział:

Niech pani tak dokładnie nie myje! Jutro ma padać.

Jakby to było coś nowego, że zawsze po myciu samochodu leje jak z cebra. Na wszelki wypadek nie sprawdzam pogody, bo jeszcze chłop będzie miał rację.

Czytaj dalej